Przepływ na kółkach

Niektórzy mówią czasem po powrocie z roweru: „Ależ dzisiaj miałem flow!”. Słowo to jest popularne zwłaszcza w świecie MTB, przy czym używa się go raczej w potocznym znaczeniu, nie precyzując, czym ów wspaniały stan dokładnie jest. Bo co do tego, że jest wspaniały, nikt nie ma wątpliwości

Jeśli zgłębić zagadnienie tzw. flow, szybko odkrywa się, że to coś więcej niż tylko popularne wyrażenie w slangu miłośników enduro. Stoi za nim coraz pokaźniejsze zaplecze naukowe. Flow jest badany, opisywany, a wręcz aktywnie poszukiwany. Rośnie grono osób upatrujących w nim recepty na szczęście i udane życie. Przyjrzyjmy się mu więc i my – wszak rower można by wprost nazwać urządzeniem do wytwarzania flow.

© Natalia Jerzak


Czym jest flow?

Można przyjąć, że to pytanie intrygowało ludzi przez całe tysiąclecia. Nietrudno przecież dostrzec dążenie do osiągnięcia stanu flow w rytualnych tańcach, medytacji, mistycyzmie czy sztukach walki. Z tej szerokiej perspektywy wskazanie osoby, która opisała zjawisko flow jako pierwsza (niekoniecznie używając tego określenia), jest niemożliwe.

Niemniej jednak za pioniera tej koncepcji w jej współczesnym, naukowym ujęciu uznawany jest węgiersko-amerykański profesor psychologii Mihály Csíkszentmihályi. Od lat 70. zajmował się zagadnieniem tajemnicy ludzkiego szczęścia. Przeprowadzał ankiety, wywiady, monitorował stany psychiczne, starając się je systematyzować, szukać źródeł i powiązań. Odkrył, że najlepsze chwile ludzkiego życia – niezależnie od tego, czy jest to życie alpinisty, księgowego, buddyjskiego mnicha, kucharza, kolarza, dziecka czy dorosłego itd. – mają wyraźny wspólny mianownik.

Recepta na szczęście…

  Mianownikiem tym jest wejście w stan „optymalnego doświadczenia”, przejście na inny tryb percepcji, zanurzenie się w wykonywanej czynności tak dogłębne, że zapomina się o istnieniu świata dookoła, ba, zapomina się o istnieniu samego siebie. Ten wyjątkowy stan ciała i umysłu Csíkszentmihályi nazwał właśnie „flow”, co na polski tłumaczy się jako „przepływ”. Pierwszy pocałunek, czytanie wciągającej powieści, przeprowadzenie skomplikowanej operacji chirurgicznej czy komponowanie muzycznego arcydzieła – to pierwsze z brzegu przykłady chwil, w których może pojawić się flow. Chwil, które – notabene – zapamiętamy do końca życia. Które, być może, stanowią jego prawdziwą treść. Zauważmy, że flow raczej nie pojawia się podczas słodkiego leniuchowania na kanapie. Szczęścia, jak twierdzi Csíkszentmihályi, trzeba szukać w pełnej aktywności.


… i efektywność

No właśnie, szczęścia. Węgierski naukowiec skupiał się na nim, dowodząc, że ten, kto często przebywa we flow, staje się szczęśliwszy od innych. Niektórzy kontynuatorzy jego prac, jak Steven Kotler, współzałożyciel Flow Research Collective, kładą raczej nacisk na bardziej użytkowy wymiar flow – podniesienie ludzkich możliwości, jakie ze sobą niesie. Dzięki flow stajesz się lepszą, bardziej produktywną wersją siebie. Nic dziwnego, że tak interpretowana koncepcja flow wchodzi do nauki o zarządzaniu, biznesie, sporcie i innych kompetytywnych dziedzin życia.

Jak rozpoznać flow?

Gdy przepływ się pojawia, człowiek doznaje uczucia jedności z wykonywaną czynnością, zatracając poczucie własnego, odrębnego istnienia. Kolarz stapia się z rowerem. Znika poczucie czasu – kilkuminutowy zjazd zdaje się trwać wieczność albo na odwrót – nie wiadomo, kiedy minęły te ostatnie 20 km. Odczuwamy przy tym wyjątkową łatwość działania, jakby nasze ciało samo wiedziało, co ma w danej chwili robić. Zakręty, omijanie przeszkód, rotacja w wachlarzu – wszystko wydaje się przejrzyste i uporządkowane. Nie czujemy bólu i, co być może najważniejsze, niczego nie oceniamy. Żadnej analizy wspomnień, żadnych presupozycji na przyszłość. Tylko tu i teraz. Nie ma co kryć, w pewnym sensie mówimy o samodzielnie produkowanym… haju. Powyższe przykłady dotyczyły jazdy na rowerze, ale te same zasady rządzą wszelkimi innymi formami aktywności, w których doświadczamy przepływu, z pisaniem tego artykułu włącznie.

Bez płata łatwiej

Dlaczego flow daje tak wyjątkowe doświadczenie? Otóż w stanie przepływu mózg wyłącza funkcjonowanie części płata czołowego – tego obszaru, który odpowiada m.in. za nasze myśli, pamięć, obawy, projektowanie przyszłości i ocenianie skutków działań. Naszego „wewnętrznego Woody’ego Allena”, jak mówi o nim Kotler. Powód jest prosty, mamy ograniczone możliwości przetwarzania informacji (ok. 50 b/s), co sprawia, że jeśli stajemy przed odpowiednio trudnym zadaniem, mózg musi uwolnić dodatkowe zasoby – tak jak w przeładowanym komputerze wyłączamy aplikacje, które zbytnio angażują procesor. Jak widać, stan podwyższonej efektywności i satysfakcji nie wynika wcale z tego, że angażujemy „więcej mózgu”, lecz przeciwnie – że angażujemy go mniej!

Gdy płat czołowy staje się nieaktywny, neurotyczny reżyser w naszej głowie przestaje podszeptywać fikcyjne scenariusze i bajki. Nikną obawy i zmartwienia, skupiamy się tylko na działaniu. Wchodzimy w zakręt na alpejskim zjeździe, nie myśląc o tym, czy grozi to wypadkiem. Na 200 m przed metą wciskamy się między rywali z wielką prędkością, nie rozważając, jakie konsekwencje może przynieść kraksa ani tym bardziej nie spisując w myślach listy zakupów na jutro. Jutra nie ma, nie ma nas. Czujemy flow – i tylko to się liczy.

Eliksir szczęścia

Kto zaznał flow, będzie chciał jak najczęściej przeżywać go ponownie. Bo poza tym, że specyficzny stan pracy mózgu pozbawia nas chwilowo zmartwień, doświadczamy też efektów działania biochemicznego eliksiru, który – nomen omen – przepływa wtedy przez nasz organizm. Mieszanka dopaminy, serotoniny, endorfin, anandamid i noradrenaliny działa jak doskonały lek antydepresyjny i stymulator w jednym. Jest nam dobrze, a jednocześnie wspinamy się na wyżyny własnych możliwości, lepiej oceniamy sytuację, mięśnie szybciej reagują, poprawia się percepcja. Czy można chcieć więcej?

Kiedy powstaje flow?

Skoro (mniej więcej) wiemy, na czym polega fenomen flow, jak również nie mamy wątpliwości, że chcemy go przeżywać jak najczęściej, chciałoby się umieć go wywoływać. Najczęściej pojawia się on oczywiście samoczynnie, niemniej jednak badacze wskazują na konkretny zestaw warunków koniecznych do zaistnienia flow. Oto one:

Zadanie musi być odpowiednio trudne. Zbyt wysoki poziom wyzwania sprawi, że zamiast we flow wpadniemy w panikę. Zbyt niski wystarczająco nas nie zaktywizuje. To kluczowy czynnik. Musisz czuć wyzwanie, ale też ufać, że mu podołasz. Jeśli przed każdym zakrętem na zjeździe palisz hamulce ze strachu, flow jest raczej poza zasięgiem. Musisz popracować nad umiejętnościami lub znaleźć łatwiejszy zjazd. Jeśli jesteś „Kwiatkiem”, nawet nie zauważasz, że był zakręt – i też nie wchodzisz we flow. Chyba że to zjazd na 7 km przed metą Mediolan-San Remo, do której samotnie uciekasz. Założę się, że jest wtedy flow jak diabli.

Warunek złożoności wyzwania wyjaśnia, dlaczego flow tak łatwo przychodzi na singletrackach, natomiast na szosie trudniej go uchwycić. Podczas jazdy w terenie pracuje całe ciało, i to we wszystkich kierunkach, ze skokami włącznie – mózg ma co robić. Szosa bywa monotonna, potrzebny jest więc zjazd lub mocne tempo grupy, by wyzwolić stany sprzyjające flow. Być może to jest właśnie przyczyną eksplozji popularności gravelbike’ów, które tę monotonię zaburzają, przenosząc szosowców w świat terenowej jazdy i, co za tym idzie, częściej doświadczanego flow.

Cel musi być jasny. Wątpliwości zabijają flow. Na rowerze raczej rzadko się pojawiają, a cel jest naturalny – pokonanie zaplanowanej trasy, zrealizowanie konkretnego treningu, wygranie wyścigu, pokonanie zjazdu lub wspięcie się na przełęcz. Dobrze pamiętam, jaki miałem flow w pierwszych dniach Race Through Poland… i jak bardzo się od niego oddaliłem, gdy gdzieś w połowie trasy zacząłem wątpić w sens dalszej jazdy i straciłem pewność, co robić – jechać, odpoczywać czy wycofać się z wyścigu.

Poważne konsekwencje ewentualnego błędu bardzo „wyostrzają uwagę”. Gdy stawką jest co najmniej zostawienie skóry na asfalcie, zmysły pracują na pełnych obrotach i o flow raczej łatwo. No risk, no fun, chciałoby się powiedzieć. Csíkszentmihályi przekonuje jednak, że nie chodzi o ślepe szukanie adrenaliny i ryzyka, a przeciwnie – o świadomość kontroli i unikania zagrożenia w trudnych momentach. Dlatego gdy jedziesz krajówką wśród tirów, nie poczujesz flow, bo nie możesz mieć poczucia, że panujesz nad sytuacją – zagrożenie ma charakter obiektywny, zachowanie kierowców jest poza twoją kontrolą. Co innego na pustym, krętym zjeździe z dobrą widocznością, gdzie ryzyko obiektywne jest dużo niższe, a wszystko (prawie wszystko), jest w twoich rękach. Gdy czujesz, że mimo dużej szybkości panujesz nad rowerem, jesteś w przedsionku stanu flow. Znów wraca wątek umiejętności technicznych – warto je podnosić.

Natychmiastowa odpowiedź to kolejny warunek zaistnienia flow. Na rowerze, podobnie jak klarowny cel, szybki feedback jest czymś naturalnym. Gdy zjeżdżasz w pełnym skupieniu, każda sekunda daje informację, czy wciąż dobrze ci idzie. To ważne. Pewnie z tego samego powodu dobrze jest mieć licznik na długiej, monotonnej trasie, można cały czas monitorować postępy i mimo że główna nagroda – dojechanie do celu – jest odsunięta w czasie, możesz realizować cele cząstkowe. Podobnie działa jazda z kimś o podobnych, a najlepiej nieco większych umiejętnościach. Największy flow, jakiego zaznałem na rowerze, pojawiał się zawsze, gdy starałem się dotrzymać tempa innemu kolarzowi – czy to na szosie, czy na rowerze górskim. Informacja była rzeczywiście natychmiastowa – zawsze wiedziałem dokładnie, kiedy zaczynam tracić dystans, a kiedy go odzyskuję.

Całkowita koncentracja, czyli brak rozpraszaczy. To dość oczywiste, że pojawiające się co chwila powiadomienia z telefonu bardzo utrudniają osiągnięcie przepływu. Gdy je wyłączymy, problem będzie w zasadzie rozwiązany. Tu znów na pierwszy plan wychodzi naturalna predestynacja rowerzysty do osiągania flow. Przecież często wychodzimy na rower właśnie po to, by odciąć się od nadmiaru bodźców, na które wystawieni jesteśmy w codziennym życiu.
Rozpraszacze mogą pojawić się nie tylko w czasie samej jazdy. Im jesteśmy lepiej zorganizowani, im mniej czasu zajmuje nam wyjście na rower, tym łatwiej o skupienie na samej jeździe. Wiem, o czym mówię, bo jeśli chodzi o rower, jestem przykładem organizacyjnego antyflow. Ciągle jeżdżę na innych rowerach, przykręcam koszyki na ostatnią chwilę, mam w redakcji całą szafę ciuchów i uwierzcie, ten nadmiar całkowicie mnie rozbija, czasami długo się zastanawiam, jakie buty założyć. Nie mam wątpliwości, że minimalizm i dobra organizacja, tzn. trzymanie wszystkich potrzebnych rzeczy w jednym miejscu, sprawny rower, przemyślana logistyka prania, wyraźnie zaplanowana trasa bardzo ułatwiają wejście we flow podczas samej jazdy.

Dodatkowe wyzwalacze

Poza podstawowymi warunkami koniecznymi, by mózg przeszedł w tryb przepływu, istnieje wiele „triggerów”, którymi możemy dodatkowo stymulować zaistnienie tego stanu. Właśnie to jest głównym przedmiotem badań Kotlera i innych – jak pomóc sobie samemu wchodzić w superstan? Hakować flow?

Lista wyzwalaczy flow jest dość długa, wcale nie zamknięta, nie ma też pełnej zgody między badaczami co do jej ostatecznego kształtu. Zwróćmy uwagę tylko na wybrane, które mogą się przydać na rowerze. Muzyka bez wątpienia silnie sprzyja wchodzeniu we flow (niestety, sprzyja też nieusłyszeniu nadjeżdżającego auta, więc trzeba z tym uważać). Odpowiednia playlista to dla wielu osób gotowa przepustka do świata flow.

Podobnie działa jazda w grupie. Ważne, by składała się ona z osób o podobnej wydolności i umiejętnościach, wtedy działa zasada odpowiedniego dopasowania trudności wyzwania do kwalifikacji. Ludzie wzajemnie się motywują, delikatnie podnoszą poprzeczkę, a to idealne warunki dla osiągnięcia przepływu. Poza tym w grę wchodzi najzwyklejsza radość ze współdziałania, zmierzania do wspólnego celu – to bardzo silny wyzwalacz flow. Interesujący wydaje się jeszcze jeden wyzwalacz – „bogate otoczenie”. Gdy jeździsz w nieznanym, interesującym miejscu, gdy otaczają się zaskakujące widoki, gdy otoczenie szybko się zmienia, twój mózg staje się bardziej skłonny do przepływu.

Kontrola też dobra

Csíkszentmihályi stworzył prosty wykres, na którym szerokie spektrum ludzkich stanów psychicznych przedstawione jest w funkcji dwóch zmiennych – trudności zadania i poziomu umiejętności. Niskie umiejętności mogą powodować strach (gdy zadanie jest bardzo trudne), zmartwienie lub apatię (niewymagające zadanie w parze z brakiem umiejętności). Podnosząc umiejętności, zbliżamy się do znacznie bardziej atrakcyjnych stanów. Flow jest wśród nich zdecydowanie najbardziej pożądany i – jak już wspomnieliśmy – pojawia się, gdy zarówno trudność, jak i kwalifikacje danej osoby są odpowiednio wysokie.

Ale znajdujące się w bliskim sąsiedztwie „kontrola” i „relaks” też nie brzmią źle. Jeśli więc jesteśmy wytrenowani, dobrze jeździmy technicznie, radzimy sobie z nawigacją, logistyką itd., mamy szansę oscylować między samymi przyjemnymi emocjami. W najgorszym razie, gdy poziom wyzwania staje się zbyt niski, po prostu relaksując się na rowerze, w najlepszym: osiągając flow, a – być może – najczęściej, po prostu mając przyjemne poczucie pełnej kontroli.

Wnioski?

Czy możemy jeździć tak, by częściej znajdować się w przepływie? Czy flow pomaga w treningu, w kolarskim rozwoju? A może to rower pomaga w osiąganiu przepływu w innych dziedzinach życia?

Niniejszy artykuł miał na celu dowiedzenie, że odpowiedź brzmi: 3 x tak. Znając mechanizm działania flow, możemy w pewnym stopniu nim sterować, odpowiednio wpływając na warunki, w jakich odbywamy jazdy. Różnicować teren, dopasowywać intensywność, nie stronić od jazdy w towarzystwie. I, co chyba najważniejsze, szlifować technikę i kondycję.
Nie zachęcam do fiksowania się na dążeniu do flow, wydaje się to jałowe, nie jest też absolutnie konieczne, byśmy cieszyli się z jazdy na rowerze. Ale zdobycie podstawowej wiedzy o nim może prowadzić nas do kolejnych etapów rozwoju – czy to sportowego, czy psychicznego. Pamiętacie, jak Jarek Dymek mówił o bikefittingu jako o drodze do samorozwoju, wychodząc tym samym poza czysto rowerowy kontekst? Z takiej perspektywy bycie rowerzystą, a nie zgłębianie koncepcji flow, wydaje się wręcz… zaniedbaniem.

Tekst: Borys Aleksy Ilustracja: Piotr Depta-Kleśta

Written By
More from Redakcja

Głód

Zwycięstwo Matta Haymana w Paris-Roubaix dało mi sporo do myślenia. Chłopak połamał...
Czytaj więcej