Szutry po alpejsku

Zawsze wydawało mi się, że Szwajcaria to antyteza gravelu. Szutry są fajne wszędzie, ale w Alpach jest przecież tak wiele znacznie bardziej widowiskowych tras szosowych i MTB. Trzydniowy tour wzdłuż Doliny Tylnego Renu pozwolił mi sprawdzić, czy rzeczywiście miałem rację.

Tekst i zdjęcia: Borys Aleksy

To był gravel w wersji premium, po szwajcarsku. Trasa zaplano-wana, noclegi zarezerwowane, miejscowe atrakcje ujęte w planie dnia. Jechało za nami wsparcie w vanie, a nad wszystkim czuwała trzyosobowa ekipa z Nathalie Schneitter na czele. To szwaj- carska zawodniczka XC, medalistka mistrzostw świata, koleżanka Mai Włoszczowskiej. Wiecznie roześmiana i z wielką mocą w nodze.

Nathalie pracuje teraz dla gryzońskiej organizacji turystycznej i jest zaangażowana w Gravel & Road – najnowszy projekt skierowany właśnie do ludzi, którzy ani na szosę, ani na MTB, tylko właśnie na gravel chcieliby się do Gryzonii wybrać. To ona projektowała trasy, którymi jeździliśmy.

Gravel & Road

Te trasy są podstawą całego przedsięwzięcia. Nathalie wyznaczyła dwie duże rundy prowadzące z Chur wzdłuż źródłowych odnóg Renu (bo Ren ma dwa źródła, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało). Każda z nich podzielona jest na etapy, można na ich podstawie zaplanować sobie kilkudniowy wypad. Mapy, pliki gpx i wszystkie do- datkowe informacje są dostępne w sieci, całość zgrana jest też z lokalną ofertą turystyczną, tzn. przez internet można zaplanować noclegi, a nawet zarezerwować transport bagażu (zostawiasz tor- bę w hotelu i ruszasz w trasę, kierowca zawozi ją w ciągu dnia do twojej kolejnej destynacji).

Ta przyjemna atmosfera luksusu, która towarzyszyła nam podczas tej wycieczki, będącej jednocześnie prezentacją dla mediów, nie była więc całkiem oderwana od rzeczywistości. Jeśli się chce, można sobie taki trip zorganizować na własną rękę, wykorzystując tamtejsze zaplecze turystyczne. Na pewno warto odwiedzić stronę internetową projektu, bo jest tam bardzo dużo wskazówek pomocnych w planowaniu.

Wróćmy jednak do sedna – czy warto w ogóle tam pojechać? Co to znaczy gravel w Szwajcarii? Widząc rower, na którym do hotelu przyjechała Nathalie (taki sam przygotowano zresztą dla mnie), zacząłem utwierdzać się w przekonaniu, że pojęcie gravelbike’a jest Szwajcarom obce… Trek Domane? Czyli jed- nak będziemy się bujać po szosach, udając, że to szutry?

Początek w Chur

Miejscem startu było Chur, stolica kantonu i najstarsze miasto w Szwajcarii. Warto chociaż jedno popołudnie w nim spędzić, czuć tam te tysiące lat historii i atmosferę izolacji od reszty świata. Może nawet uda się usłyszeć romansz, stary język, którym tu wciąż mówią (jak się do wiedziałem, Nino Schurter mówi nim w domu).

Nathalie poprowadziła naszą kilkuosobo- wą grupę na południe od Chur. Pojechaliśmy wzdłuż Tylnego Renu, w stronę Thusis. Zaczęło się rzeczywiście szosowo, ale potem coraz częściej odbijaliśmy w szutrowe boczne drogi. W pierwszej części trasy ani pułap, ani nachylenie podjazdów nie robiły większego wraże- nia i można było zacząć wierzyć, że gravelowe trasy w szwajcarskich Alpach wcale nie różnią się od tych na Dolnym Śląsku. Gdy jednak dotarliśmy do Thusis po raz pierwszy tego dnia, rozpoczęliśmy podjazd na wznoszącą się nad miastem Glas Pass i poczuliśmy, że jednak Alpy to Alpy. Podjazd można pokonać na dwa sposoby, szutrem lub asfaltem. Oba są wystarczająco trudne, by poczuć je w nogach (choć szutrowy znacznie bardziej stromy), ale też, by wynieść nas na prawie 1900 m, a to jest już bardzo dobra wysokość. Widok na okoliczne szczyty, jaki się stamtąd roztacza, wart jest wysiłku. To park narodowy Beverin. Piękne miejsce, ogromna przestrzeń. Dookoła szczyty, powietrze jak żyletka, cisza. Trafiliśmy na genialną pogodę, jeśli tak zawsze wygląda październik w Alpach, to chcę tam być każdej jesieni. Gdy jedliśmy lunch w gospodzie na szczycie podjazdu, wiedziałem, że już mam odpowiedź na pytanie: czy warto? »

Singlem do Thusis

Po lunchu ruszyliśmy dalej i wtedy okazało się co naprawdę Szwajcarzy mają na myśli, gdy mówią o gravelu.

Nathalie poprowadziła nas w dół… singletrackiem. Trekami Domane z oponami 30 mm z lekkim bieżnikiem zjeżdżaliśmy wąską, kamienistą ścieżką, po której każdy normalny człowiek jechałby góralem. Jeszcze lepiej prezentował się mój norweski kolega Henrik, który jechał na Émondzie, bo wypożyczalnia nie nastarczyła z bardziej odpowiednim sprzętem. Z tyłu miał zwykłą szosową oponę.

A potem zjazd po betonowych płytach, a potem trochę szutru, a potem, gdy już prawie byliśmy w Thusis, znowu skrót jakimś kamienistym singlem. Rowery dowiodły swojej dzielności, ale podczas kolacji temat był tylko jeden – do czego ostatecznie służy szosówka? Do czego gravel? Czy jeżdżenie Émondą po kamieniach na pewno jest tym, czego oczekuje rowerzysta na gravelbike’u?

W końcu się wyjaśniło. – Chciałam wam po prostu pokazać fajny trail. Oficjalna trasa wiedzie w dół równoległym szutrem – śmiejąc się, przyznała Nathalie.

Tak to jest, gdy dasz szosówkę (czy jakikolwiek inny rower) zawodniczce z czołówki światowego XC.

Widziałem, że wszystkim dziennikarzom wyaźnie ulżyło, bo każdy już się chyba zastanawiał, jak opisać w swoim magazynie „gravel” po koziej ścieżce, pokonywanej szosówką. Ale i tak ta wycieczka rzuciła nowe światło na temat „gravel vs szosa vs MTB”.

Via Mala, capuns i sery

Kolejny dzień – kierunek Via Mala, czyli Zła Droga. Starożytna przeprawa, przez którą Rzymianie dwa tysiące lat temu weszli od południa. Początkowo była to tylko wąska, śmiertelnie niebezpieczna ścieżka trawersująca ściany głębokiego kanionu. Później powstała druga droga, szersza. To właśnie nią jedziemy. Wiedzie przez tunele, wspina się, przepaść po lewej jest coraz głębsza. W pewnym momencie zatrzymujemy się i schodzimy w dół, do lustra rzeki, bo jest tam coś w rodzaju muzeum Via Mala.

Prastara droga prowadzi znacznie dalej, przez Przełęcz San Bernardino, ale my zjeżdżamy z niej wcześniej, żeby zaatakować niezwykle stromy szuterek, przechodzący następnie w betonową drogę prowadzącą na szczyt góry wznoszącej się nad Andeer. I znów widoki, znów zjazdy, znów mieszające się ze sobą typy nawierzchni. Po drodze, w Zillis, w budynku starej poczty jemy jeszcze capuns, coś w rodzaju gołąbków przygotowanych przez babcię, która robi je podobno najlepiej na świecie (spytajcie Jamiego Olivera, uczył się u niej).

Szwajcarski gravel

Kilka godzin później, w pięknym, starym Andeer, wśród łąk, krów i tradycyjnej zabudowy oglądaliśmy produkcję szwajcarskich serów. Piliśmy źródlaną wodę ze studni na środku wioski. „Czarodziejska góra” i „Wizja lokalna” w jednym. Degustując sery, słuchaliśmy o planowanym właśnie referendum w sprawie obcinania krowom rogów… im dłużej w Szwajcarii, tym bardziej nierealnie można się poczuć.

W pewnym sensie cała ta wycieczka była oderwana od tego, co znamy na co dzień. Niby szutry to szutry, wszędzie takie same, ale w Szwajcarii są jednak bardziej strome i prowa- dzą znacznie, znacznie wyżej niż inne, a przez to przynoszą dużo więcej niespodzianek i ekscytujących momentów. Są też bardziej wyma- gające. „Normalny” gravelbiking nie wymaga wybitnej formy czy umiejętności technicznych, podczas gdy w Alpy bez odpowiedniego przygotowania lepiej się nie wybierać. A świadomość tego dodatkowo zaostrza apetyt.

Wycieczka do Szwajcarii to zawsze podróż do innego świata. Pod każdym względem – czy to krajobrazów, architektury, czy wysokości rachunku za hotel – ten alpejski kraj wyróżnia się wśród innych. I za to można go bardzo docenić. Wygląda na to, że to samo można powiedzieć o szwajcarskim gravelu.

Beverin