Przetrwać zimę

Dni są coraz krótsze, pogoda w kratkę – i to w optymistycznym scenariuszu – a my zaczęliśmy już myśleć, jak przetrwać do wiosny. Nie każdego stać na mieszkanie na Gran Canarii lub w innych Alicantach, część z was pracuje, wychowuje dzieci, jest mężem lub studentką, jednym słowem – nie da rady ruszyć się z polskich realiów. Musimy sobie radzić!

© Martin Paldan | GripGrab Media Crew

Dla zdeterminowanego nic trudnego, jak mówią, trzeba się tylko dobrze przygotować na ten trudny okres, a okaże się, że zimą można wykonać solidny trening, czerpać przyjemność z jazdy i nieźle się zmęczyć – o to przecież chodzi. Pomyślmy, co jest nam potrzebne na kolejne miesiące i jakie zajęcia wykonać, żeby w marcu nie wyglądać jak pączek i nie zaczynać wszystkiego od nowa.

Odzież

Jak dla mnie to fundamentalna sprawa w naszej szerokości geograficznej. Na rynku jest coraz większy wybór i nie trzeba już, jak to było jeszcze kilka lat temu, domowymi sposobami zabezpieczać się przed zimnem. Kiedyś zakładało się skarpety od babci i każdą warstwę ochraniaczy przedzielało woreczkiem śniadaniowym – ale czasy! Teraz dostępnych jest sporo dobrych produktów tekstylnych, także jeśli chodzi o rękawice. Nawet te z dwoma palcami, ważne, żeby niczego sobie nie odmrozić i mieć kontrolę nad rowerem. Dobra czapka pod kask i komin na szyję to podstawy.

Oprócz tego długie spodnie – lepiej, żeby były to grube getry, nawet rozmiar za duże, nie krępujące naszych ruchów. Kilka warstw lżejszej odzieży może ograniczać swobodę, co z kolei zwiększa ryzyko kontuzji, bo nacisk na rzepkę jest większy i problem murowany. Do tego solidne termo z windstoperem – musi oddychać, chronić przed wiatrem i lekkim deszczem. Nie będziemy co dziesięć minut stawać, żeby założyć na siebie kolejny ciuch.

Zdaję sobie sprawę, że moja wyliczanka będzie kosztowała kilka dobrych stówek, ale w najlepszym sprzęcie pośmigacie nawet parę lat, to dobrze wydane pieniądze. Alternatywą są zakupy w markecie lub tzw. ubieranie się na cebulkę. Chociaż – czy nie chcecie być pro?

Sprzęt

Jeśli dysponujecie tylko jedną szosą, to polecam ją trochę dozbroić. Błotniki – nawet zamontowane na stałe – ochronią was, kiedy droga nie będzie sucha, a tak jest prawie zawsze. Alternatywą są te montowane w kilka sekund, wtedy zostawiamy je w domu, gdy słońce za oknem. Stylowo to nie wygląda, ale niewiele możemy zrobić w trudnych warunkach, a zdrowie jest przecież najważniejsze.



Dobrą opcją jest zmiana ogumienia, kilka milimetrów więcej, grubszy bieżnik, nawet przełajowy, jeśli tylko szczęki hamulcowe i rama na to pozwalają. Godnym zastanowienia rozwiązaniem jest kupno roweru przełajowego. Już od kilku tysięcy mamy sprzęt, który sprawdzi się w każdych warunkach. Lepsza geometria pozwoli na wjechanie do lasu, gdy jest wietrznie, a przy trasach, jakie ma większość z was, spokojnie sobie poradzicie, nie musicie nawet mieć roweru górskiego.

Gdy ustawicie się na szosę, wrzućcie komplet kół na slickach i sprawa załatwiona, nikt wam garba nie będzie naciągał, jak gdybyście śmigali na MTB.

Trening

Zakładam, że nie przygotowujecie się do Tour Down Under, więc objętość nie musi być wielka. Wystarczy kilkadziesiąt kilometrów w dobrym tempie. Wyjeżdżajcie, żeby się zmęczyć, krócej, a intensywniej. Zamiast marznąć przez 3 godziny, zróbcie dwie godziny w lepszym tempie. Jeśli chcecie „dorobić”, to w domu przygotujcie trenażer i możecie jeszcze przez 30 minut rozgrzać się ponownie, tak aby wydłużyć wysiłek. Ja osobiście trenuję do -10 stopni Celsjusza, ale raczej symbolicznie, bo najważniejsze są odczucia. Jeśli wasz trening ma być męczarnią i walką o przetrwanie, to lepiej go skróćcie.

Mniej kilometrów na szosie to więcej czasu, żeby odbudować to, na co nie mieliście czasu latem. Trening stabilizacyjny, siłownia, basen. Usprawniajcie się, budujcie bazę ogólnorozwojową, róbcie to, na co macie ochotę, bez stresu. Nie macie nad sobą dyrektora sportowego, który wymaga nogi już na pierwszym wyścigu w roku. Na depresyjne dni najlepszy jest wysiłek fizyczny. Byle do wiosny! 


Michał Gołaś – jeden z najlepszych pomocników, którego od lat w swoich szeregach zazdrośnie trzyma Team Ineos (wcześniej Team Sky). W 2012 roku zdobył tytuł Mistrza Polski w wyścigu ze startu wspólnego, odtąd jeździ z flagą Polski na rękawku. Rok wcześniej wygrał klasyfikację górską Tour de Pologne. Kiedy nie trenuje, nie ściga się, nie zajmuje w Toruniu swoim sklepem i serwisem rowerowym Gołaś Bikes lub nie bawi się ze swoimi dziećmi, zabawia się słowami i dla SZOSY w błyskotliwych felietonach z dużą dozą humoru opisuje kolarską zawodową rzeczywistość.


Tekst ukazał się w SZOSIE 5/2015, dostępnej także wersji CYFROWEJ

Chcesz czytać więcej?

Zaprenumeruj SZOSĘ!

Written By
More from Redakcja

Dolce vita. Jarosław Marycz i Maciej Paterski o Włoszech

Dziesięć lat po Sylwestrze Szmydzie, z którym rozmowę już publikowaliśmy na naszej...
Czytaj więcej