Głód

Zwycięstwo Matta Haymana w Paris-Roubaix dało mi sporo do myślenia. Chłopak połamał się kilka tygodni przed „Piekłem Północy” i… dzięki temu wygrał najważniejszy wyścig w swojej karierze. Wszyscy byli zdumieni, bo przecież wszelkie teorie na temat budowania bazy, interwałowych treningów i rytmu wyścigowego poszły się gonić. Wygrała świeżość

Tekst: Michał Gołaś
Zdjęcie: Russ Ellis / Team Sky

Oczywiście Matt ma za sobą już kilkanaście sezonów i setki tysięcy kilometrów na rowerze, więc swojego poziomu nie straci przez kontuzję i kilka dni bez roweru. Ale dodatkowy odpoczynek dał mu tę ekstraprzewagę nad innymi. Moje wnioski są więc takie: najlepszy moment w sezonie to ten, kiedy podążamy za szczytową formą, dopiero szykujemy się do osiągnięcia wyniku. Takie „95%”, kiedy jesteśmy zdrowi i wydaje nam się, że wciąż stać nas na więcej, utrzymane przez dłuższy okres, da nam więcej satysfakcji niż jednodniowy wystrzał, po którym będziemy leczyć depresję i wypalenie. Bo kiedy już wydaje nam się, że wreszcie jesteśmy mocni, z reguły jest już za późno, żeby delikatnie wcisnąć hamulec – najczęściej dociskamy tylko gaz. Dlatego czapki z głów dla tych, którzy potrafią trafić z formą na docelową imprezę.

Ambicje najczęściej pchają nas za bardzo do przodu. Im lepiej się czujemy, tym więcej i szybciej chcemy jeździć. Od tego właśnie głównie mamy trenerów – żeby w odpowiednim momencie umieli nas zastopować. Podobnie działa praca, lekkie przeziębienie czy życie rodzinne. Wszystko to, co teoretycznie przeszkadza nam w treningu, paradoksalnie powoduje, że wracamy na rower z większą ochotą i poczuciem pogoni za formą oraz straconym czasem. Notujemy szybki progres. Kiedy nie widać już takiego postępu, powinniśmy się zastanowić, czy nie trzeba zwolnić, zmniejszyć objętości, dodać trochę intensywności, alternatywny wypad na gravelu, żeby oszukać psychikę – dać jej złudzenie, że wciąż jesteśmy na fali wznoszącej.

Oczywiście trzeba poświęcić kilka sezonów, żeby dojść do kresu swoich możliwości i sprawdzić, gdzie jest próg zmęczenia. Dla jednego będzie to marzec w Calpe, inni poczują pierwsze symptomy przetrenowania na majowym maratonie, a Froomie obudzi się delikatnie „zgruzowany” na 19. etapie Vuelty w połowie września – kwestia silnika.



Zauważyłem, że ważne jest spojrzenie na trening bardziej globalnie. Przyglądanie się każdej sesji, każdemu ćwiczeniu i analiza tego, co zrobiliśmy, jest ważne, ale szczegóły to… tylko szczegóły. Czy zrobisz pięć powtórzeń po 5 min, czy siedem po 4 min, czy jeszcze inaczej – to tak naprawdę nie zadecyduje o efektach. Prawdziwy fundament to wsłuchanie się we własny organizm, co przede wszystkim oznacza umiejętność wyhamowania w odpowiednim momencie, utrzymywania organizmu i psychiki w równowadze, z zapasem tkanki tłuszczowej i energii. Dzień bez roweru może dać więcej niż o jeden dzień na rowerze za dużo, bo spowoduje, że następnego dnia jesteśmy na większym głodzie, lepiej reagujemy na wysiłek.

Zrozumienie własnego organizmu to klucz do sukcesu. Z jednej strony samodyscyplina, a na drugiej szali zdrowy rozsądek i zdolność do wyczucia kresu swoich możliwości pozwalają nam pozostać w równowadze. Wychwycenie pierwszych symptomów zmęczenia: niechęć psychiczna do treningu, małe infekcje czy często pojawiające się mikrourazy – to pierwsze sygnały do przystopowania. Dobre odczucia i komfort na rowerze, radość z jazdy – to zielone światło dla dużych obciążeń. Precyzyjne poczucie czasu, jakiego nasz organizm potrzebuje na zregenerowanie się po ciężkich interwałach czy długim maratonie – to początek do planowania kolejnego bloku treningów. To są podstawy, na których powinniśmy opierać budowanie naszej formy, fundamenty, na które powinniśmy zwrócić uwagę. Jednak każdy organizm jest inny, więc sprawę powinniśmy potraktować jak najbardziej indywidualnie.

„Sylwas” mi kiedyś powtarzał: „Młody, jak jest dobrze, to nie trzeba trenować, żeby czegoś nie spieprzyć”. Kilka lat zajęło mi, żeby zrozumieć, że najważniejsze jest zbudowanie solidnej formy zimą, a później już tylko delikatne balansowanie na tej fali wznoszącej, szlifowanie szczegółów na kilka dni przed ważnymi startami, a po wyścigu relaks w domu. Cierpliwości, najważniejsze, żeby nie mówić o formie w czasie przeszłym! 


Michał Gołaś – jeden z najlepszych pomocników, którego od lat w swoich szeregach zazdrośnie trzyma Team Ineos (wcześniej Team Sky). W 2012 roku zdobył tytuł Mistrza Polski w wyścigu ze startu wspólnego, odtąd jeździ z flagą Polski na rękawku. Rok wcześniej wygrał klasyfikację górską Tour de Pologne. Kiedy nie trenuje, nie ściga się, nie zajmuje w Toruniu swoim sklepem i serwisem rowerowym Gołaś Bikes lub nie bawi się ze swoimi dziećmi, zabawia się słowami i dla SZOSY w błyskotliwych felietonach z dużą dozą humoru opisuje kolarską zawodową rzeczywistość.


Tekst ukazał się w SZOSIE 2/2017, której tematem przewodnim była „Moc”. To wydanie wciąż dostępne jest w wersji cyfrowej.

Chcesz czytać więcej?

Zaprenumeruj SZOSĘ w natychmiast dostępnej wersji cyfrowej