Najtrudniejszy i najpiękniejszy

Trzy tygodnie twardego ścigania, więcej męki niż sukcesów, kręte drogi pod górę i zjazdy na złamanie karku, tęsknota za naszymi płaskimi i prostymi drogami – tak w skrócie wygląda Giro

Tekst: Michał Gołaś
Zdjęcia: kramon

Kiedy przeczytałem maila z redakcji, że tematem numeru jest wakacyjna przygoda, a ja mam pisać o setnej edycji Giro d’Italia, przeszły mnie dreszcze. Przecież leżycie teraz w hamaku, plażujecie w Chałupach, w najgorszym przypadku popijacie kawę na balkonie i podziwiacie swoje pelargonie, a ja serwuję wam opis swojego najcięższego grand touru.

Samo zabranie się z „niebiańskimi” nie było łatwe, w końcu mieliśmy dwóch nominalnych liderów i cały zespół dedykowany do pomocy właśnie nim. Bez żadnych niedomówień: nie było miejsca na klasyfikację „Fuga Pinarello”, czyli ranking kolarza, który spędził najwięcej kilometrów w ucieczce, maglia azzurra – najlepszego górala czy walkę na etapach. Jechałem jako kapitan, który miał skleić naszą drużynę – wszak w składzie mieliśmy dwóch liderów, z Walii i z Kraju Basków, a pomagać mieli Włosi, Francuz, Białorusin, Kolumbijczyk i przedstawiciele Bóg wie jeszcze jakich kontynentów. Pomijam już kwestie językowe, mentalne, kulturowe. Mieliśmy się dogadywać i pracować jak w „skajowskim” zegarku. Założeniem była pomoc w pierwszych dwóch tygodniach i przejechanie trzeciego w limicie czasu. O grupetto będzie później.

Zaczęliśmy bardzo dobrze, pierwsze etapy na wyspach były ciężkie, nerwowe, a nam udało się przeprawić na Półwysep Apeniński bez strat w generalce i w ludziach. Ja miałem przydzielonego Gerainta Thomasa, więc moim zadaniem było ochranianie go od wiatru oraz walka na finiszach, żeby nie stracił tam cennych sekund. Tak więc codzienna rutyna – sprawdzić, kto jest w odjeździe, kilometry na wietrze, stres w końcówce i opcjonalnie grupetto. „Gee”, jak go u nas zwą, nie jest najłatwiejszym z liderów, którego miałem przyjemność ochraniać. Lubi jeździć z przodu, odsłonięty, więc trzeba sporo sił, żeby czuł się komfortowo. Tak się czuł. Przygotowywał się do tego wyścigu tygodniami, spędził ich wiele na zgrupowaniach, przestrzegał diety jak mało kto i spędzał na rowerze więcej godzin niż większość z nas. Śmieję się, że chętnie odkupię od niego sportowe auto, które dostał na trzydzieste urodziny od żony, bo nawet nie ma czasu się nim przejechać – trenuje od rana do wieczora, w jego życiu na pierwszym miejscu jest rower.

Właśnie dlatego było mi go niezmiernie żal, gdy tuż przez podjazdem pod Blockhaus jego marzenia prysły. Policjant stanął w złym miejscu, nie oszacował prędkości peletonu. Na kilka kilometrów przed finałowym podjazdem nikt centymetra asfaltu ci nie zostawi, to chyba jasne. Rezultat taki, że sześciu naszych ucierpiało w kraksie, marzenia o wygraniu Corsa Rosa prysły. Geraint próbował jeszcze walczyć. Ukończył etap z niewielką stratą, pojechał świetną czasówkę. Mikel Landa ledwo wsiadł do helikoptera, który czekał na szczycie tego piekielnie ciężkiego podjazdu. Chyba nie muszę wam mówić, jaka była atmosfera podczas kilkugodzinnej podróży do hotelu…

W Sky nie ma wielkiej euforii po wygranej, ale też nigdy nie robi się tragedii po porażce lub w przypadku takich losowych zdarzeń. Następnego dnia siadamy w autobusie i stawiamy sobie nowe cele. Skupiliśmy się na wygranych etapowych i modliliśmy się, żeby Landa doszedł do siebie, bo był jednym z niewielu, którzy z dnia na dzień czuli się na tym Giro lepiej. W przeciwieństwie do mnie – przyszła do zapłacenia faktura za pierwszą część sezonu. Ściganie od stycznia do połowy maja, bez przerwy, to jednak było za dużo dla mojego organizmu. Psyche dawała jeszcze radę, dlatego powiedziałem sobie, że mogę kilka lat życia stracić, ale do Mediolanu dojadę.

Przypomniałem sobie też, że Darek Baranowski opowiadał mi dziesięć lat temu, jak na Tour de France pracował na swojego lidera przez kilkanaście etapów, a ten wycofał się z wyścigu. Wszyscy dostali zielone światło, ale nie bardzo było już sił, żeby z tego skorzystać. Dopiero teraz zrozumiałem rozgoryczenie „Ryby” – jak się jest neo-pro, to świat wygląda zupełnie inaczej.

Z dnia na dzień, bez robienia wielkich planów. Pomóc Mikelowi w pierwszej części etapu i grupetto lub tylko grupetto. Wymiera powoli ta piękna tradycja w peletonie. Zwłaszcza na Giro, gdzie większość na karcie do podpisów ma wpisane „climber”, a minimum to „all-rounder”, w grupetto być nie wypada. Trzeba mieć zdiagnozowane problemy żołądkowe, mononukleozę lub mikropęknięcie kości, o której większość z nas nie słyszała (te dwie ostatnie rzeczy mogą mieć tylko zawodnicy z pierwszej pięćdziesiątki rankingu UCI, reszta może się z tymi dolegliwościami normalnie ścigać). Giro jednak nie wybacza, przychodzi trzeci tydzień i chłopaki wpadają do sieci: najpierw sześćdziesięciu, później stu, na ostatnim etapie ściga się dwudziestu, a reszta walczy o (prze)życie. Za to jest milej, panuje przyjazna atmosfera (nie ta z pierwszego, ambitnego tygodnia), każdy odnalazł swoje miejsce w szeregu. Kilkadziesiąt tysięcy metrów przewyższenia zweryfikowało cele i ambicje.



Tak wygląda wyścig od tyłu, a z przodu wiele się działo. Wszyscy przeciwko Doumulinowi: Włosi, Latynosi i Francuzi. Atakowali go na wszystkich możliwych podjazdach, zjazdach także. Matka natura nawet go przywołała na kilka minut, ale i to nie wystarczyło. Tom był najmocniejszy i większość peletonu była zadowolona z tego, że wrócił do Holandii z różową koszulką. My za to wróciliśmy z niebieską – najlepszego górala, wygranym etapem i kilkoma przestrzelonymi sprintami. Mikel fruwał w trzecim tygodniu i gdyby właśnie nie było takiej wojny, jaką oglądaliśmy każdego dnia, to pewnie wygrałby jeszcze co najmniej dwa etapy, wśród ludzi poza generalką nie miał sobie równych.

Ja się sporo nacierpiałem – więcej, niż zakładałem. Z pewnością poznałem granice swojego organizmu, wyczerpania, i dowiedziałem się, że nawet w takim stanie potrafię ukończyć wielki tour. Z drugiej strony – nie chcę już tego powtarzać. Z trzeciej – za chwilę będę pamiętał tylko te dobre momenty, bo Giro to najcięższy wyścig, w najpiękniejszej scenerii, jaką można sobie wyobrazić. Do zobaczenia, Corsa Rosa! 


Michał Gołaś – jeden z najlepszych pomocników, którego od lat w swoich szeregach zazdrośnie trzyma Team Ineos (wcześniej Team Sky). W 2012 roku zdobył tytuł Mistrza Polski w wyścigu ze startu wspólnego, odtąd jeździ z flagą Polski na rękawku. Rok wcześniej wygrał klasyfikację górską Tour de Pologne. Kiedy nie trenuje, nie ściga się, nie zajmuje w Toruniu swoim sklepem i serwisem rowerowym Gołaś Bikes lub nie bawi się ze swoimi dziećmi, zabawia się słowami i dla SZOSY w błyskotliwych felietonach z dużą dozą humoru opisuje kolarską zawodową rzeczywistość.


Czytaj więcej o kolarskich książkach: Księgarenka SZOSY

Chcesz czytać więcej?

Zaprenumeruj SZOSĘ!

Written By
More from Redakcja

Szkoła przełajowej nie-jazdy

Kilimandżaro to taka górka maleństwo, którą zna każdy jeżdżący na rowerze wrocławianin....
Czytaj więcej