BikePacking, czyli jak zapakować rower w długą podróż tak, aby sprzęt nie przeszkadzał w przeżywaniu przygody

Daleka wyprawa rowerem może być pociągająca dla wielu, niemniej jednak ci, którzy na co dzień skupiają się na szybkiej, sportowej jeździe, mogą nie zaakceptować wizji samych siebie kręcących mozolnie i powoli na rowerze z 30-kilogramowym obciążeniem. Czy istnieje jakaś forma podróżowania z bagażem, pozwalająca nie rezygnować z szybkości i sportowych ambicji?

Tekst i zdjęcia: Wojciech Artyniew

Nazwa „bikepacking” pochodzi od backpackingu, pieszego przemierzania świata z plecakiem. Backpackerzy zabierają ze sobą tylko tyle, ile są w stanie unieść na plecach, przy zachowaniu pełnej samowystarczalności. Z zasady to raczej minimalistyczny ekwipunek. Podobna idea przyświeca bikepackerom. Rowerzyści mają znacznie większe możliwości, by się obładować, i tym większe ponoszą ryzyko, że obładują się za bardzo. Nie w tym rzecz, by odrzucać klasyczny biketouring z pięcioma sakwami na bagażnikach – to doskonała forma przemierzania całych nieraz kontynentów. Niektórzy szukają po prostu bardziej poręcznej i zwinnej formuły.

Bikepacking można sprowadzić do dwóch kluczowych aspektów. Po pierwsze – charakterystycznego sprzętu. Rezygnując z bagażników i klasycznych sakw na rzecz miękkich toreb mocowanych do ramy, zmniejszamy znacznie wagę roweru i uwalniamy się od ewentualnego problemu braku specjalnych mocowań w ramie itd. Po drugie – nastawienia. Bikepacking oznacza minimalizm: skoro ma być lekko, a niewielkie, bezstelażowe torby same w sobie ograniczają dostępną przestrzeń ładunkową, bierzemy jak najmniej – i jak najlżejszych – rzeczy. Cel jest prosty, bagaż ma nie przeszkadzać w szybkiej, sprawnej jeździe, również na długich dystansach.

Moją przygodę z ultrakolarstwem i bikepackingiem zacząłem około dwóch lat temu od dwudniowych wypadów w Polskę, stopniowo je wydłużając i stale modyfikując ekwipunek, robiąc checklisty, prowadząc dzienniki, wyciągając wnioski z sytuacji mniej i bardziej kryzysowych. Każdy lokalny trip wiązał się dla mnie z testowaniem nowych rzeczy, ustawień czy nawyków. Pakowanie, obozowanie, naprawianie w terenie to taki sam trening, jak kręcenie korbami. Jest to bardzo ważne przy podróżowaniu z ograniczonym sprzętem, bo łatwiej o kogoś, kto nam pomoże nawet 200 km od domu, niż o ekipę ratunkową pośrodku pustyni na innym kontynencie.

Ukoronowaniem moich doświadczeń była podróż z Madrytu do Lizbony, którą odbyłem w połowie marca tego roku. Na jej przykładzie przedstawię najważniejsze kwestie, o których warto – moim zdaniem – pamiętać, szykując się do bikepackingowej wyprawy.

Plan był taki, że przez 12 dni jeżdżę rowerem i robię zdjęcia, a cała reszta mi w tym nie przeszkadza. Praktyczne doświadczenie zdobyte na wcześniejszych wyprawach utwierdziło mnie w przekonaniu o niezawodności bezstelażowego zestawu sakw od warszawskiego kurierskiego krawca Blahola. Zdecydowałem się na ten nietypowy zestaw z kilku prostych powodów: możliwości precyzyjnej kontroli środka ciężkości, dostępu do większości bagażu z siodła oraz łatwości jego ewentualnej naprawy. I ważna rzecz – softbagi warto szyć na miarę, pod własną ramę, tylko wtedy bowiem będziemy mieć pewność, że wykorzystamy każdy centymetr sześcienny dostępnego miejsca.

Miękkie sakwy mają oczywiście pewne wady. Poza ograniczoną objętością trzeba wymienić czasochłonne mocowanie i zdejmowanie z ramy oraz kłopotliwe przenoszenie ich w rękach, jeśli zachodzi taka potrzeba. Z tego powodu raczej nie demontuje się ich z roweru, po prostu na biwaku wyjmuje się ich zawartość. Softbagi wymagają też bardziej przemyślanego pakowania. Ich używanie ma sens, gdy są w stu procentach zapakowane, jednocześnie nie można ich zbytnio rozepchać – dotyczy to zwłaszcza torby mocowanej wewnątrz trójkąta ramy – jeśli zbyt „napęcznieje”, przeszkadza w jeździe. Z tego względu najbardziej polecam sakwy dwukomorowe – element materiału oddzielający dwie komory stanowi naturalne usztywnienie ścianek bocznych. To wszystko rekompensuje bardzo niska masa i opływowy kształt zapakowanego roweru. Mój ekwipunek ważył, wraz z torbami, 8,5 kg – dwa bagażniki i komplet tradycyjnych sakw mogą same ważyć połowę z tego.

Przed wyruszeniem w trasę zbierałem podstawowe informacje: czy będę miał dostęp do czystej wody? Czy muszę zabierać ze sobą zapas pożywienia na całą, czy tylko część wyprawy? Jakiej pogody należy się spodziewać? Jakimi drogami będę się poruszał? Gdzie będę spał? Takie informacje mają decydujący wpływ na zawartość moich sakw.

Wyprawa trwała 2 tygodnie. Bagaż skompletowałem tak, aby być samowystarczalnym przez ok. 48 godzin bez względu na miejsce i okoliczności. Jazda miała mieć charakter sportowy, chciałem przejechać na raz i 400 km, więc ekwipunek musiał być możliwie lekki i aerodynamiczny. Poza odzieżą i aparatem fotograficznym moje sakwy pomieściły: ministatyw na aparat (1), notes (2), folię aluminiową (3), zapałki (4), zestaw kuchenny (5, 6, 7), palnik (8), krzesiwo (9), kosmetyczkę (10), apteczkę (11), czołówkę (12), multitool (13), zapasowy hak przerzutki (14), zapięcie do roweru (15), zipy (16), olejek do łańcucha (17), zapasowe klamry do sakw (18), łatki (19), pompkę (20), matę samopompującą (21), śpiwór (22), płachtę biwakową (23), hamak (24). Inne drobiazgi (niewidoczne na zdjęciu): plaster, czerwony marker, zawsze suchy papier A3 (uniwersalne dobro, służące m.in. do: „rozmów” z lokalsami, narysowania przez nich „mapy” , napisania „help” , gdybym źle się poczuł, jako podpałka albo papier toaletowy), duży worek na śmieci, krzesiwo, zipy, igła z nitką, zapasowe klamry, linka, solarny batterybank, dętka, chusteczki, spinka do łańcucha itp.

Co dokładnie zabrałem? Potrzebne rzeczy. Brzmi banalnie – i takie ma być. Lista przedmiotów do spakowania jest tak indywidualna, jak gust muzyczny czy kulinarny, więc w tej kwestii należy słuchać wyłącznie siebie. Ja wybrałem się w podróż, by fotografować zwyczaje wielkanocne w Hiszpanii, zatem poza zestawem ciuchów rowerowych i aparatem zabrałem ze sobą ubrania cywilne pozwalające na niezwracanie na siebie uwagi. Lekkie spodnie turystyczne z odpinanymi nogawkami, bielizna, polar i softshell rowerowy stanowiły zestaw, który przydawał się zarówno poza, jak i na rowerze. Do tego zestaw bielizny termoaktywnej, czapka i długie, nieprzemakalne skarpety. Jako że buty zajmują mnóstwo miejsca, wziąłem tylko jedną parę – trampki z blokami SPD, w których mogłem i jeździć, i chodzić. Osobna kwestia to ubrania rowerowe. Używałem na zmianę dwóch kompletów, do tego w kieszeni zawsze miałem rękawiczki z długim palcem, a na kierownicy – lekki bezrękawnik.

Praktycznie całodobowa ciągłość liturgii, procesji, wydarzeń związanych z Wielkanocą zdeterminowała to, że spałem absolutnie wszędzie: w lasach, w przydrożnych rowach, pustostanach czy na łąkach. Niemniej dobry śpiwór i porządna karimata zapewniły mi naprawdę komfortowe warunki do snu. „Sypialnia” to generalnie bardzo ważna część ekwipunku. Jej poszczególne elementy bardzo wygodnie przewozi się w rollbagu na kierownicy – to w pełni nieprzemakalna torba (a „sypialnia” musi być sucha!) o kształcie tuby, do której dobrze wchodzi zwinięty śpiwór, mata itd. Można z powodzeniem używać lekkiego namiotu, ale ja zamiast niego stosuję hamak z moskitierą, nad którym w razie potrzeby rozpinam dużą (3×3 m) płachtę biwakową. To bardzo wygodne i praktyczne rozwiązanie, lżejsze i łatwiejsze w transporcie niż namiot. I ma jeszcze jedną zaletę – można go zawiesić tak, by nogi były wyżej niż reszta ciała, niebagatelna pomoc w regeneracji po długiej jeździe.



W związku z tym, że wyprawa wymagała bajońskich ilości kalorii do podtrzymania pracy organizmu, jedzenie było trzecią najbardziej angażującą czynnością. Bazę dla mojej kuchni stanowił szybko gotujący się ryż, makaron, jaja, bulion, suszone owoce i bakalie oraz świeże warzywa i owoce – wszystko, co po zalaniu wodą i ugotowaniu w małym garnku zamieniało się w zupę lub gulasz. Oczywiście żywiłem się również w lokalnej gastronomii, bo było to przede wszystkim dostępne, nie wymagało ode mnie żadnego przygotowania, no i nie trzeba było zmywać. Gdy musiałem gotować, rozpalałem najczęściej ognisko (bo lubię), ale na wszelki wypadek miałem ze sobą malutki palnik (można w nim palić praktycznie wszystkim, nawet trawą), garnek 0,8 l i kubek termiczny.

Oprócz tego miałem ze sobą sporą pakę odżywki węglowodanowej w proszku (wyglądała jak niezła paczka koksu), która zabezpieczała mnie przed nagłym odcięciem.

Kolejny zestaw przyborów to kosmetyczka, naprawdę porządna kosmetyczka. Przy tak długotrwałym wysiłku odporność organizmu spada, a wiadomo, że lepiej zapobiegać, niż leczyć, więc nie żałowałem sobie w workach miejsca na zapas płynu antyseptycznego, talku i kremu na otarcia, leków przeciwzapalnych, przeciwbólowych itp. – tutaj jeszcze raz podkreślam, że należy słuchać swojego organizmu, bo jednego lubi przewiać, a drugiego zatruć.

Ostatnia, aczkolwiek w moim mniemaniu najważniejsza kieszeń została poświęcona na zestaw do naprawiania całej reszty ekwipunku. Generalnie przedmioty, których wolałem nie używać, ale jak już musiałem, to cieszyłem się z nich jak z oazy na pustyni.

Większość moich wypraw odbyłem – i w najbliższej przyszłości będę odbywał – na rowerze przełajowym. Jest wypadkową prostej konstrukcji, uniwersalnej tolerancji na różne rodzaje nawierzchni i komfortowej pozycji w siodle. Wyszedłem z założenia, że różnica 15 g na wadze lżejszej przerzutki nie będzie miała żadnego znaczenia w momencie, gdy pognie się ona o pierwszy patyk po wjechaniu na leśny dukt. Podążając za tą myślą, starałem się dobierać podzespoły tak, aby były możliwie pancerne i powszechnie dostępne w miejscach, do których podróżuję, a także takie, bym był w stanie je samodzielnie naprawić. Opony? Szerokie, gravelowe (42 mm). Jeździłem głównie po asfaltach, ale mimo to nie polecałbym typowych szosowych gum, 32 mm to moim zdaniem minimum – zapewniają znacznie więcej wygody i bezpieczeństwa, a jeśli przyjdzie nam zapuścić się na szutry, nie będzie stanowić to żadnego problemu. Niewielki wzrost oporów toczenia jest ceną, którą zdecydowanie warto za ten komfort zapłacić.

Już teraz, pisząc ten artykuł, mogę z dumą powiedzieć, że sprzęt mnie nie zawiódł, a właściwie to po prostu nie zajmował mi głowy. Jedyny dyskomfort, jaki wiązał się z usterkami, których z przyczyn ani ode mnie, ani od sprzętu niezależnych nie dało się przewidzieć, to sam fakt, że trzeba coś naprawić… ale na pewno nie, jak i czym, bo to miałem i wiedziałem.

Słowo podsumowania. Bikepacking jest najprostszym, w każdym tego słowa znaczeniu, sposobem na przedłużanie radości czerpanej z wolności i swobody, jaką daje jazda na rowerze. Radość tę możemy zamknąć w dowolnym przedziale czasowym – nieważne, czy będziemy jeździć dwa dni czy dwa lata, ważne, aby robić to rozsądnie, poświęcić więcej czasu na przygotowania i pamiętać o tym, że to ty, a nie koleś z Internetu, będziesz przeżywać przygodę swojego życia. 

Tekst ukazał się w SZOSIE 3/2016, dostępnej także wersji CYFROWEJ

Chcesz czytać więcej?

Zaprenumeruj SZOSĘ!

Written By
More from Redakcja

SZOSA o mieście dostępna od 15 listopada

Tematem listopadowo-grudniowego wydania SZOSY jest miasto, a właściwie szosowiec w dżungli miejskich...
Czytaj więcej