Po wiośnie

Strade Bianche 2017, ceremonia dekoracji na Piazza Del Campo w Sienie. Michał Gołaś pozdrawia wchodzącego właśnie na podium „Kwiatka”, który po raz drugi w karierze wygrał ten wyścig

Pracowita wiosna za mną. Niektórzy zaczynali sezon w Sobótce, a ja na koncie miałem już ponad 30 dni wyścigowych. I właśnie dlatego muszę codziennie przyjmować na klatę wiele żartów. „Gołemu przydałaby się korekta licznika u polskiego mechanika”. „Goły poznaje wszystkie wyścigi, bo w przyszłym roku będzie dyrektorem sportowym i musi mieć przegląd sytuacji”. „Goły pracuje na akord”

Tekst: Michał Gołaś
Zdjęcie: Kristof Ramon

Nie zraża mnie to, wręcz przeciwnie – czuję się doceniony, bo w każdym żarcie dają mi odczuć, że mimo wszystko trudno mnie zajechać. Dalej robię swoje!

Na Ardeny wybieraliśmy się po jednym z najprzyjemniejszych País Vasco w mojej karierze. Dobra pogoda, relatywnie łatwa trasa i solidne wyniki naszych liderów pokazały, że w będziemy w grze. Przyznam, że poziom tego wyścigu co roku mnie zaskakuje. W telewizji wygląda to tak, że peleton śmiga sobie po tych zazielenionych wzgórzach, a gdy nachylenia są większe niż 15%, wtedy kolarze wstają z siedzenia. Na ostatnim hopku pojawia się grymas na twarzy. Wygrywa Valverde.

U nas jest zupełnie inaczej – od startu trzeba wejść na najwyższe obroty, żeby kontrolować ludzi w odjeździe, przed każdym podjazdem powalczyć na łokcie, żeby liderzy zaczynali górę z przodu peletonu, a później samemu przetrwać kilkukilometrowe wzniesienie, żeby za chwilę zrobić tę samą sekwencję zadań. Prawdziwa kolejka z wesołego miasteczka. I to przez pięć dni.

Amstel to najbardziej nerwowy wyścig tryptyku, ponad 260 km po wąskich drogach wokół wzgórz Limburgii. Drogach, na których rower może poruszać się tylko kilka dni w roku, bo bogata sieć ścieżek pozwala na uniknięcie samochodów niemal w każdym miejscu. Podstawa to zachowanie koncentracji przez cały dystans, utrzymanie liderów z dala od kłopotów. Dla organizmu to niezliczona ilość sprintów i krótkich interwałów. Walka o każdy zakręt i krótki podjazd, bo dobra pozycja to klucz do sukcesu. Uwierzcie, że po 200 km takich przyspieszeń czujesz w nogach niezły gruz. W tym roku większy dystans od szczytu Caubergu spowodował, że wyścig otworzył się już na kilkadziesiąt kilometrów do mety, to tam sprinterzy po raz ostatni widzieli czołówkę. Ostatecznie o zwycięstwo walczyło dwóch najsilniejszych kolarzy, którzy nie oglądali się na innych. Szkoda przegranego sprintu, bo widać było, że z mocą, którą miał na finiszu, „Kwiatek” mógł spokojnie pokonać Gilberta. Wieczorem jeszcze kilka razy katowałem go powtórkami z ostatnich trzystu metrów, ale czasu nie dało się cofnąć. Tym razem odpalił rakietę nieco za wcześnie, tym bardziej że walczył z gościem, który przechodzi w tym roku renesans i tego dnia był w niesamowitej formie. O liście zwycięstw „Phila” chyba nie muszę nikomu wspominać, więc tak jak powiedział Michał – przegrał ze wspaniałym mistrzem.

Strzała Walońska to raczej klasyczny scenariusz. Każdy, mając w głowie niedzielną „Staruszkę”, nie szasta za bardzo siłami. Nawet spora przewaga przed Murem nie gwarantuje szans na wygraną, co zresztą widzieliśmy na przykładzie Jungelsa. Widać, że chłopak nie czuje łańcucha przez zbliżającym się Giro d’Italia. Zaatakował soczyście na 20 km do mety, nawet nie poczuł, że zostawił w tyle kompana z ucieczki. Zaczął podjazd w Huy ze sporą przewagą, a i tak po chwili czuł już na plecach grupę faworytów. Jak to pięknie wygląda w telewizji, kiedy oni sobie spokojnie wjeżdżają na ten miejscami dwudziestoprocentowy podjazd. Większość z was bez „kompaktu” ścierałaby bloki w butach, drepcząc pod tę górę. Na dojeździe do ostatnich dwustu metrów trzeba cisnąć 500 watów przez dobre dwie minuty, żeby mieć jeszcze dodatkowego kopa na ostatnie metry – proste, prawda? Z pewnością dla Valverde, który zdominował ten wyścig w ostatnich kilku latach. Hiszpan na pewno ma nogi i sposób na ten podjazd. Każdy, kto choć trochę go zna, mówi, że to fenomen. Jest w formie od grudnia do października i nie potrzebuje wielkiego treningu, żeby rywalizować na najwyższym poziomie. Codzienny rytuał to jazda na rowerze, odrobina ryżu na obiad i dwa małe browarki do posiłku. Nie dziwię się, że chce się ścigać w nieskończoność, takie kolarstwo kochałby każdy z nas!

Liège-Bastogne-Liège to ostatni z długiej serii jednodniowych wyścigów, marzenie każdego górala, dzień, który zmienia twoją karierę na zawsze. Od początku roku deklarowany cel „Kwiatka” wprowadził nieco większe napięcie w zespole, wiedzieliśmy, że każdy z nas musi pokazać 100% swoich możliwości, żeby Sergio Henao i Michał jechali do podnóża Saint Nicolas w jak największym komforcie. Nie mogli stracić energii na odbijanie się od kolarzy w środku peletonu, nie czuli wiatru na twarzy, mieli co jeść i pić, bo taki wyścig wiąże się ze spaleniem co najmniej 6000 kcal, które w końcowej rozgrywce mają fundamentalne znaczenie. Noga musi być pełna, jak to się u nas mawia. Nie ma mowy o odjeździe w pierwszej fazie wyścigu, od dwóch lat już praktycznie zapomniałem o tym, jak kiedyś w Vacansoleil skakało się, żeby zaprezentować logo sponsora na takich wyścigach. Kontrolujemy sytuację, w takie dni nie pozostawia się niczego przypadkowi. Nie ma wielkich kolarskich szachów, kiedy sytuacja zaczyna być groźna, zaczynamy pracować w peletonie i na tym kończy się cała myśl taktyczna. Przyznam się, że chłopaki w odjeździe mieli przez pewien czas nadzieję na historyczny sukces uciekinierów, stawiali spory opór, ale po czterech tysiącach przewyższeń musieli pomachać białą flagą. My byliśmy spokojni, poza kilkoma akcjami, gdzie trzeba było na milimetry minąć pieska na poboczu, nic się nie działo. Oczywiście tempo było solidne i było wiadomo, że na finiszu będą walczyć najmocniejsi. Ostatnia prosta to ponad kilometrowy podjazd, którego właściwie nie widać, ale uwierzcie, trzeba być w superformie, żeby na ostatnich czterystu metrach objechać kilkunastu kolarzy. „Kwiatkowi” się to udało, zabrakło kilkudziesięciu metrów na Dana Martina i Alejandro. Pozostał niedosyt i wielka chęć powrotu po zwycięstwo w „Staruszce”.

Z mojej formy jestem bardzo zadowolony, dwa ostatnie miesiące utrzymywałem się na swoim najlepszym poziomie. Robiłem to, czego ode wymagano, i starałem się jeszcze więcej. Jak to sąsiad w warzywniaku stwierdził: „niewdzięczna robota”. Ale nie mogę się z nim zgodzić, bo wciąż daje mi sporo satysfakcji. 


Michał Gołaś – jeden z najlepszych pomocników, którego od lat w swoich szeregach zazdrośnie trzyma Team Ineos (wcześniej Team Sky). W 2012 roku zdobył tytuł Mistrza Polski w wyścigu ze startu wspólnego, odtąd jeździ z flagą Polski na rękawku. Rok wcześniej wygrał klasyfikację górską Tour de Pologne. Kiedy nie trenuje, nie ściga się, nie zajmuje w Toruniu swoim sklepem i serwisem rowerowym Gołaś Bikes lub nie bawi się ze swoimi dziećmi, zabawia się słowami i dla SZOSY w błyskotliwych felietonach z dużą dozą humoru opisuje kolarską zawodową rzeczywistość.


Tekst ukazał się w SZOSIE 4-2017 Lato, dostępnej także wersji CYFROWEJ

Chcesz czytać więcej?

Zaprenumeruj SZOSĘ!