O grandtourowej strategii, czyli menedżerów sportowych wyścig o żółtą koszulkę

Tekst: Arkadiusz Wojtas
Zdjęcie: Tinkoff-Saxo

1 sierpnia to w świecie zawodowego kolarstwa data, od której – według przepisów UCI – zawodnicy mogą oficjalnie podpisywać kontrakty na nadchodzący sezon. Jak co roku, również i tym razem, branżowe media ćwierkały o ciekawostkach związanych z przyszłością m.in. naszego mistrza Kwiatkowskiego na długo przed oficjalnymi informacjami prasowymi zainteresowanych stron. Parada przecieków i kolorowych sensacji to nieodzowna część transferowej karuzeli ze względu na zapis Międzynarodowej Unii Kolarskiej, pozwalający ekipom prowadzić negocjacje dużo wcześniej, o ile przed wspomnianą wyżej datą nie podpiszą umowy. Tak to wygląda z technicznej strony rozgrywek wielkich menedżerów sportowych, którzy wyścig o żółtą koszulkę kolejnego sezonu zaczynają już rok wcześniej.

Pierwszą zasadą wielkich strategów przy planowaniu najważniejszego wyścigu każdego sezonu jest więc ustalenie, jak dana drużyna chce się pokazać na najbardziej medialnym z wielkich tourów. Oczywisty wydaje się fakt, że każdy team chciałby wygrać Tour de France, ale ani nie ma aż tylu pretendentów, by owego czynu dokonać, ani też nie każdą drużynę stać na najlepszych na świecie zawodników. Dlatego też teamy, które mają dobrych czasowców, decydują się wzmocnić swój skład o kolejnych rokujących w tej dyscyplinie kolarzy, mogących stanąć na podium podczas drużynowej bądź indywidualnej jazdy na czas. Dla sprinterów na płaskie odcinki buduje się najlepszy możliwy pociąg, a dla przyszłych zdobywców żółtej koszulki – pozyskuje sprawdzonych bądź obiecujących górali. Zawodników może być tylko dziewięciu, a na tourze trzeba się zmierzyć z każdego rodzaju profilem trasy. Mając w swym składzie potencjalnego lidera wyścigu, należy pozostałych ośmiu chłopa dobrać tak, by pretendent do żółtej koszulki mógł liczyć na swoich kolegów nie tylko w górach. Wytrzymać szarpnięcia kolarzy z konkurencji, mądrze ustawiać i chronić swojego króla w rozpędzonej masie peletonu na odcinkach płaskich i do tego dobrze pojechać czasówkę drużynową – gra tylko dla wytrawnych taktyków.

Podczas tegorocznego Tour de France większość teamów wiedziała, pod kogo będzie układać swoje składy na rok 2016 i kto pojedzie z jedynką na końcu numerka startowego w najbardziej prestiżowej imprezie sezonu. Może to wydawać się dziwne – w każdym razie dyskusyjne – ale wielu kolarzy jedzie Wielką Pętlę wiedząc już, w jakich barwach będą ścigać się w przyszłym roku. Gdzieś w myślach taktyków amatorów pojawia się zapewne pytanie, czy wobec tego nie istnieje zagrożenie, że dany zawodnik, wiedząc na przykład, że nie przedłuży obecnego kontraktu, nie będzie kręcił tylko jedną nogą lub jechał już trochę a konto przyszłorocznego teamu? Nie trzymając w niepewności czytelnika i ucinając tego typu spekulacje, od razu napiszę, że absolutnie wszyscy zawodnicy jadą Tour de France „w trupa”! Pokazanie się z jak najlepszej strony nowemu dyrektorowi sportowemu jest nie mniej istotne niż zdobycie jak najwyższej lokaty w klasyfikacji końcowej, nie mówiąc już o chęci wygrania etapu w najważniejszym z wyścigów.

Przykład 1

Riche Porte (Team Sky). W 2016 r. będzie jeździł w barwach BMC. Czy ktokolwiek mógłby zarzucić najlepszemu pomocnikowi Froome’a, że ociągał się na podjeździe pod Col de Soudet, pomagając wygrać swojemu liderowi i praktycznie przesądzając wynik klasyfikacji generalnej?

Przykład 2

Chris Juul-Jensen (Tinkoff-Saxo Team). Podpisał kontrakt z Orica GreenEdge, opuszcza nasze szeregi i – jak mówią – jedzie „do Kangurów”. Młody, świetnie zapowiadający się zawodnik pojechał w Tour of Denmark ile dała fabryka, wygrywając dla swojego sponsora cały wyścig.

Przykład 3, 4, 5

I tak dalej… Przykłady można by mnożyć, udowadniając niedowiarkom, że lojalność i ciężka praca od początku do końca w kolarstwie opłacają się najbardziej. Alberto Contador, będąc jednym z najbardziej utytułowanych i doświadczonych zawodników, zawsze powtarza swoim młodszym kolegom z teamu, że na wartość danego zawodnika składa się nie jeden świetny sezon, w którym noga podawała, ale co najmniej kilka lat z rzędu naprawdę solidnej pracy. Do tego wszystkiego dochodzi również fakt, że liczba punktów zdobytych na wyścigach World Tour, która przekłada się na lokatę danego zawodnika w punktacji UCI, jest w stanie zmienić końcowy wynik negocjacji kontraktowych, podbijając stawkę nowego angażu.

Będąc przy Alberto, a drążąc w temacie strategii dalej, zapytacie pewnie, jak to możliwe, że skoro wszystko wiadomo już rok wcześniej, to dlaczego „El Pistolero” jechał na Tour de France praktycznie z połową składu swojej drużyny z Giro? Dlaczego nie miał przy sobie, prócz Rafała Majki, samych kolegów „świeżynek” – gotowych do pomocy, najlepszych, a przede wszystkim wypoczętych gregario? Odpowiadając na to pytanie trzeba podkreślić, że o powodzeniu w danym wyścigu nie decyduje tylko znakomita dyspozycja fizyczna kolarzy i najlepsze parametry na świecie. Na wynik końcowy w klasyfikacji generalnej Tour de France, prócz dodatkowego łutu szczęścia i trafienia w tak zwany szczyt formy, składa się istna piramida niuansów. Do nich należy między innymi atmosfera w teamie i sympatie personalne lidera, w czym – chcą czy nie chcą – muszą się orientować dyrektorzy sportowi. Sympatie i antypatie wielkiego Alberto zadecydowały, że zarówno Ivan Basso, Roman Kreuziger, jak i Michael Rogers znaleźli się w tegorocznym składzie na TdF, mimo że w nogach mieli już tysiące kilometrów przejechanych miesiąc wcześniej we Włoszech. Z drugiej strony, kto by nie chciał mieć w teamie Michaela, który jako niepisany, ale też niekwestionowany kapitan drużyny epatuje spokojem i niezachwianą pewnością nawet w najtrudniejszych i najmniej przewidywalnych momentach wyścigu?


Pierwszą zasadą strategów przy planowaniu najważniejszego wyścigu każdego sezonu jest ustalenie, jak dana drużyna chce się pokazać na najbardziej medialnym z Grand Tourów


Tak wiele jest zaskakująych sytuacji, kraks i kontuzji, chorób, wskakujących pod koła psów i kibiców lub supernowych – pojawiających się znikąd – młodych talentów kolarskich (patrz trzy lata temu Quintana), więc to, nad czym można w jakiś sposób zapanować, w naturalny sposób wchodzi w skład taktycznych rozgrywek między teamowych. Zamierzając wygrać wielki tour, dobrze jest mieć przy sobie kolegów, z którymi ma się nić porozumienia, i którzy nie robią problemu, gdy po nieudanym etapie nie chce ci się gadać… Niby drobiazgi i można by pomyśleć, że to przesada i brak tak poszukiwanego w dzisiejszych czasach profesjonalizmu albo zachowanie godne baletnicy, co to jej rąbek u spódnicy przeszkadza… Pokażcie mi jednak baletnicę, która w deszczu, śniegu lub czterdziestostopniowej spiekocie zagina się na największych sztajfach na świecie, podporządkowując każdą sekundę swojego życia tej trudnej pasji, jaką jest kolarstwo. 

Tekst ukazał się w SZOSIE 4/2015, dostępnej także wersji CYFROWEJ

Chcesz czytać więcej?

Zaprenumeruj SZOSĘ!

Written By
More from Redakcja

Plan na sezon

Periodyzacja treningu zaczęła się w latach 60. XX wieku. Od lekkoatletyki przebyła...
Czytaj więcej