Szkoła nie-jazdy

Kilimandżaro to taka górka maleństwo, którą zna każdy jeżdżący na rowerze wrocławianin. Niewysoka, ale pełna ścieżek przecinających ją w każdym kierunku. Wszystko w małej skali, niemniej miejscami wymagające technicznie nawet dla roweru MTB. M. in. tam właśnie trenuje Piotr Rakiewicz, przełajowy mistrz Polski masters z 2017 roku. Spotkaliśmy się z nim na wspólnym treningu techniki jazdy.

– O ile, by dobrze bawić się na szosówce czy MTB, trzeba przeważnie wyjechać poza miasto, o tyle dla przełajówki miasto jest właśnie naturalnym środowiskiem – mówi Piotr. A takie górki jak Kilmandżaro i otaczające je tereny rekreacyjne nad Odrą to już prawdziwy skarb. To właśnie jedna z wielkich zalet przełaju – można dobrze bawić się nawet na śmietniku – dodaje.

Wytyczył sobie na „Kili” trasę treningową i często się po niej kręci. My umówiliśmy się z nim na trening techniki jazdy. – To jest najlepsza część całej tej zabawy – słyszę od Piotra. – Poza nią jest oczywiście cały trening wydolnościowy, z racji specyfiki przełaju bardzo intensywny. Można go sprowadzić do jednego słowa – „interwał”. Szczerze mówiąc, lekko i przyjemnie bywa rzadko. Ale ćwiczenie techniki jest fajne – mówi.

Choć mówimy „technika jazdy”, najwięcej elementów koniecznych do opanowania wiążę się z „niejazdą”. Bo przełaj to ciągłe zeskakiwanie i wskakiwanie na rower, podbiegi, pokonywanie przeszkód. Właśnie w tych momentach, tj. gdy trzeba „opuścić pokład”, można stracić lub zyskać sekundy, które mogą zaważyć na wyniku. – Właściwa technika pozwala nie tylko sprawnie i szybko pokonać przeszkodę, ale też wykonać przy tym jak najmniejszy wysiłek – tłumaczy Piotr.

Zaczynamy od podbiegów. Zarzucenie roweru na ramię i odpowiedni chwyt dający jak największą swobodę ruchów, a zarazem kontrolę na rowerem, który nie może się majtać na wszystkie strony, by przez przypadek nie uderzyć uniesionym tylnym kołem któregoś ze współzawodników. Wydawało mi się dotąd, że dobrze sobie z tym radzę, ale szybko zostałem poprawiony – ręka ma iść pod, a nie nad dolną rurą, jak to dotąd robiłem. Oba chwyty dają wprawdzie odpowiednio stabilną pozycję roweru, ale chwytając dołem unikam obijania kaskiem o siodełko.


Choć mówimy „technika jazdy”, najwięcej elementów koniecznych do opanowania wiąże się z „niejazdą”. Bo przełaj to zeskakiwanie i wskakiwanie na rower, podbiegi, pokonywanie przeszkód


Wbiegamy po stromych schodkach. Wkładam w to tyle siły, ile mogę, by jak najszybciej znaleźć się na szczycie. Znowu źle, jak się okazuje. – Róbcie drobniejsze kroki! – krzyczy Piotr. Chodzi o to, by jak najmniej obciążać mięśnie, drobić kroczki i nie spalać mięśni, które na szczycie mają być gotowe do dalszego pedałowania.

Potem dojeżdżamy do dwóch pni ułożonych w poprzek trasy, pełniących rolę przeszkód, na wyścigach ustawianych najczęściej z desek o wysokości do 40 cm. Sprawa jest dość oczywista, trzeba wypiąć jedną nogę, przerzucić ją na drugą stronę, potem zeskoczyć na ziemię, wypinając jednocześnie drugi but. I, już z rowerem trzymanym za górną rurę, przefrunąć nad pierwszym, potem drugim pniem. Tu też jednak wychodzą na jaw niuanse, które, jak się okazuje, są bardzo istotne. O ile wypięcie się z pedałów i zeskok na ziemię wychodzą nam wszystkim sprawnie, o tyle kluczowy okazuje się moment, w którym to następuje. Zeskok z roweru i przeskok nad przeszkodą mają właściwie stanowić jeden ruch. – Gdy lądujesz na ziemi, już przy następnym kroku powinieneś się odbić do skoku z rowerem w ręce. Czyli trzeba dojechać, stojąc już na jednym pedale, do samej przeszkody, gdy przednie koło jest już kilkadziesiąt centymetrów przed nią – tłumaczy Piotr.

Dopiero wtedy orientuję się, że sam robię to znacznie wcześniej, wykonując dobre kilka kroków zanim osiągnę przeszkodę. – Im więcej biegasz, tym bardziej się męczysz – mówi Piotr. – Stopy mają dotykać ziemi jedynie tak długo, jak to konieczne. A nie ma potrzeby dobiegania do przeszkody. Wyścig trwa godzinę i cały czas jest się w „czerwonej strefie”, każdy zbędny wysiłek trwoni siły i dobija mięśnie. No i liczy się tempo, które spada, gdy zaczynasz bieg zbyt wcześnie – dodaje, płynnie zeskakując z roweru i momentalnie wybijając się do skoku nad przeszkodą.

Wygląda to pięknie, ale jest trudne do powtórzenia. Konieczność zsynchronizowania ruchów wszystkich kończyn w tak krótkim czasie bardzo komplikuje sprawę. Trudno też początkowo wybrać moment zeskoku, bo zmienia się on w zależności od prędkości najazdu. Aha, i podczas zeskakiwania powinienem już trzymać dłonią górną rurę ramy, a to też nie łatwe, w czasie przenoszenia ręki z kierownicy na ramę rower zaczyna mi się chwiać i niemal tracę równowagę. Nie wychodzi to zupełnie aż do momentu, w którym dociera do mnie, że, po pierwsze, wypiąć pierwszą nogę (u mnie to prawa) mogę znacznie wcześniej i dojeżdżać do przeszkody w takiej pozycji przez dobre kilka metrów, a po drugie – podczas dojeżdżania trzeba kontrolować prędkość przednim hamulcem.

Piotr Rakiewicz

Pozwala to dojechać do strefy przeszkód na dużej prędkości, potem tę prędkość kontrolować lewą ręką spoczywającą na klamkomanetce. A jednocześnie ta metoda pozwala zyskać dużo czasu na przełożenie prawej dłoni z kierownicy na ramę i odpowiednie ustabilizowanie pozycji. Wciąż trudne jest zeskoczenie i niemal natychmiastowe wybicie lewą nogą do skoku, ale to już kwestia do wyćwiczenia.

Gdy udaje nam się opanować płynny zeskok, stajemy przed kolejnym zadaniem – po przeskoczeniu nad przeszkodami trzeba równie płynnie znaleźć się ponownie na siodełku. Nie wchodzi w grę zatrzymanie się i ruszenie z miejsca na siedząco. Na siodełko wskakuje się w biegu. To jest moment, którego boją się chyba wszyscy początkujący – a strach dotyczy, cóż, mało pociągającej wizji lądowania kroczem na twardym siodle. – Dlatego nie ląduje się kroczem, lecz wewnętrzną stroną uda, a dopiero później przesuwa się ciało do właściwej pozycji – mówi Piotr.

Demonstruje wskok, który wygląda jak ruch tai-chi, płynny, spokojny, pewny. I ewidentnie bezbolesny. Wybicie jest lekkie i minimalne, tylko takie, by znaleźć się nad siodełkiem, nie większe. Ćwiczymy, ale jasne staje się, że sporo wody upłynie w widocznej z Kilimandżaro Odrze, zanim osiągniemy płynność, z jaką robi to Piotr.

W ogóle, gdy patrzy się, jak naturalnie Piotr wygląda na rowerze, z jaką lekkością pokonuje przeszkody, trudno uwierzyć, że trenowanie i starty w zawodach zaczął stosunkowo późno. Pierwszy raz na szosówkę wsiadł przed trzydziestką. Z rowerowego turysty zamienił się wtedy w zawodnika-amatora, startującego w maratonach szosowych. Do pewnego momentu w ogóle nie interesował się przełajem. Gdy jednak ten moment przyszedł, sprawy potoczyły się bardzo szybko, bo Piotr okazał się przełajowym talentem. Na mistrzostwach Polski wystartował po raz pierwszy w 2014 r. Trzy lata później zdobył tytuł mistrza w kategorii M3.

Co jeszcze warto poćwiczyć? Wpinanie w pedały. Aż głupio to brzmi, w końcu człowiek już trochę jeździ i jazda z SPD jest czymś naturalnym. Ale w wydaniu przełajowym wpinanie nabiera nowego wymiaru. Ćwiczymy start z miejsca, jedna noga wpięta, druga na ziemi, na sygnał imitujący wystrzał z pistoletu, odbijamy się od ziemi i od razu powinien nastąpić „klik”, a po nim sprint przez kilkadziesiąt metrów, kto pierwszy. Z tym klikiem jest ciężko. Choć w pedały MTB noga wpina się znacznie łatwiej niż w szosowe, choćby dlatego, że mają zatrzaski po obu stronach, wcale nie jest prosto trafić blokiem we właściwe miejsce, gdy dochodzi adrenalina związana ze startem na komendę.



Robimy przerwę, podczas której rozmawiamy o sprzęcie.

– Przełaj rozumiany jako jeżdżenie po lasach i parkach nie wymaga dużych nakładów na sprzęt. Ale w wydaniu zawodniczym wszystko się zmienia. Trzeba mieć dwa rowery, do każdego z nich po dwa komplety kół z szytkami na różne nawierzchnie. Jeśli chcesz, by to wszystko było dobrej klasy, lekkie, musisz się liczyć ze sporymi wydatkami – mówi Piotr. Przyznaje, że popularny ostatnio dylemat: „tarcze czy cantilevery” również tak naprawdę ma podłoże kosztowe. – Choćby dlatego, że rodzaj hamulców determinuje typ stosowanych kół. Jeśli już masz jakiś zestaw pod „canti”, uczyniłbyś go bezużytecznym kupując nową ramę pod tarcze. Serwis hydrauliki też jest droższy. – A sprzęt przełajowy zużywa się w niemiłosiernym tempie. Napęd wymieniam ze trzy razy w ciągu sezonu.

Pytam o jakąś najważniejszą wskazówkę, którą dałby początkującym przełajowcom wybierającym sprzęt. – Analizując własne doświadczenia z perspektywy czasu widzę, że napalanie się na drogi rower nie ma większego sensu. Dużo ważniejsze – i na to warto wydawać pieniądze – są ubrania. Bo przełaj uprawia się w bardzo różnych warunkach pogodowych, najczęściej jednak w zimnych i mokrych, a to oznacza, że równie łatwo zmarznąć, jak się przegrzać, a gdy jeszcze dochodzi do tego woda i błoto, dostajemy naprawdę wymagający zestaw warunków. Nie chodzi mi o specjalny kombinezon, bo to już wyższy stopień wtajemniczenia, ale o porządny zestaw sportowych ciuchów pozwalający kontrolować temperaturę w szerokim zakresie.


W przełaju intensywnie pracują wszystkie mięśnie. Jeśli ich nie wzmocnisz, zwłaszcza tych głębokich, odpowiadających za stabilność sylwetki, będziesz się szybko męczyć i masz duże szanse na złapanie kontuzji


Druga najważniejsza rzecz, którą mistrz Polski wymienia, nie dotyczy już sprzętu. – Zanim się zacznie, trzeba przygotować ciało. W przełaju intensywnie pracują wszystkie mięśnie. Jeśli ich nie wzmocnisz, zwłaszcza tych głębokich, odpowiadających za stabilność sylwetki, będziesz się szybko męczyć i masz duże szanse na złapanie kontuzji. Jak to robić? – Pełno jest różnych metod, wystarczy zajrzeć na YouTube’a. Nieważne, czy to najprostsze pompki i przysiady, pilates czy „Chodakowska”, po prostu chodzi o regularne wykonywanie wszechstronnego treningu siłowego. Gwarantuję, że już po kilku tygodniach takiego treningu wszystkie elementy jazdy przełajowej będą przychodzić ze znacznie większą łatwością niż wcześniej.

No właśnie. Minęła dopiero godzina, nie przejechaliśmy właściwie nic, a wszyscy jesteśmy już lekko spompowani. Rzeczywiście, całe ciało pracuje, męcząca jest również sama koncentracja na poprawnym wykonywaniu ćwiczeń. Zrobiło się też zimno i taka intensywna godzinka to idealny czas by się zmęczyć, potrenować i nie zamarznąć. Na koniec Piotr pokazuje nam jeszcze trening siłowy – start z miejsca, wpięcie w pedał i od razu podjazd na twardo pod stromy wał Odry. Kilka takich powtórzeń i nogi palą. Coś nie do pomyślenia na szosie – prawie zero na liczniku, a człowiek myśli już tylko o jedzeniu i spaniu.

W końcu znikąd się pomysł na zimowe przełaje nie wziął. Zimą dłużej niż 1-1,5 h naprawdę trudno wytrzymać na rowerze. Dlatego nie mam wątpliwości, że tak właśnie będą wyglądały najbliższe miesiące – zamiast zamarzać na długich prostych, będę sobie wskakiwać i zeskakiwać z roweru. Może to i śmieszne, ale dziwnie przyjemne. I dość ambitne. Bo jedno jest pewne – po spotkaniu z Piotrem wiem, że aby móc choć zbliżyć się do tej swobodnej kontroli, jaką zawodnik taki jak on ma nad swoim ciałem i rowerem, muszę jeszcze odwiedzić Kilimandżaro nie raz.

Tekst: Borys Aleksy
Zdjęcia: SZOSA

Artykuł ukazał się w SZOSIE 2-2016 KLASYKI, dostępnej także wersji CYFROWEJ

Chcesz czytać więcej?

Zaprenumeruj SZOSĘ!