Zbroja

Niby to tylko ciuchy. Ale jeśli szukamy marginal gains, chcemy zaoszczędzić energię i ścigać się w komforcie, to okazuje się, że to, co mamy na sobie, ma ogromne znaczenie. Podczas treningu uchroni przed przeziębieniem i zapewni radość z jazdy, a na wyścigu jak na wojnie – dobra odzież jest naszą zbroją

Tekst: Michał Gołaś
Zdjęcie: kramon

Mam wrażenie, że strój nigdy nie był najważniejszą częścią kolarskiej układanki. Oczywiście, zgadzam się, że nie potrzeba garderoby wartej kilkanaście tysięcy złotych, żeby czerpać radość z jazdy na rowerze. Ale dlaczego nie zainwestować w kilka zestawów dobrych ciuchów, skoro takie mamy hobby? Na rowerze spędzamy – amatorzy i zawodowcy – po kilkadziesiąt godzin miesięcznie i musimy czuć się komfortowo. Druga sprawa to stylówka, wielu z nas chce się pokazać lub najzwyczajniej dobrze wyglądać i tak jak na ulicy – wyróżniać się od innych lub po prostu podążać za trendami.

Ostatnia istotna kwestia to nasz klimat. Nie jest łatwo przetrwać zimę w Polsce bez dobrych ciuchów, nie urodziliśmy się na Wyspach Kanaryjskich, więc tu nie wystarczy bawełniana koszulka i spodenki, żeby cieszyć się z jazdy.

Nie będę wracał do czasów, kiedy cerowałem sobie spodenki i pod ochraniacze na buty wkładałem woreczki śniadaniowe, żeby na zgrupowaniu w Mrzeżynie walczyć z odmrożeniem. Czasy się zmieniły, mamy dostęp do pełnej gamy ubrań, niezależnie od zasobności portfela. Tak, rzeczywiście moja garderoba obecnie składa się z kilkudziesięciu elementów, ale zapewne zdajecie sobie sprawę, że ścigamy się na całym świecie i większość tych rzeczy jest nam potrzebna. Istnieje w tym zestawie kilka takich ciuchów, z których korzysta się częściej, podczas gdy inne zakłada się co najwyżej raz w roku. Ważne, żeby być zabezpieczonym na każde warunki.

W polskim klimacie, gdy jest zima, najczęściej korzystam z bluzy (mam dwa rodzaje na różne warunki), a jeśli robi się zimniej, do gry wchodzi Gabba z długim rękawem lub zimowa terma, którą zakładam, kiedy temperatura spada poniżej pięciu stopni. Nie wiem, czy wiecie, ale nazwa Gabba pochodzi od pseudonimu naszego dyrektora sportowego, Gabriela Rascha, zwanego przez wszystkich „Gabbą” właśnie. W czasach Cervélo TestTeam wpadł na pomysł kurtki, która będzie wodoodporna, oddychająca i obcisła. W praktyce – uratuje ci tyłek w trudnych belgijskich warunkach. Oczywiście pomysł chwycił, każdy kolarz chciał mieć taki ciuch. Co więcej, wielu producentów zaczęło kopiować ten patent i teraz mamy na rynku sporo produktów, które są zbliżone do kultowej kurtki produkowanej przez Castelli.

Warto wspomnieć o jeszcze jednym produkcie, który kilka razy uratował mi tyłek po ciężkim etapie. Na tych kończących się podjazdem – głównie podczas wyścigów rozgrywanych wiosną – nasi masażyści mają przygotowane dla nas kurtki, które są podgrzewane. Tak, to nie jest ściema, w rękawy wszyte są materiały, które grzeją, a ładuje się je przez USB. Niby gadżet, ale zapewne pamiętacie, że czasami na etapach Tour de Romandie czy Tour de Suisse prószy śnieg, a nasze autobusy są zaparkowane u podnóża podjazdu, więc za taką kurteczkę wielu z moich kolegów oddałoby co najmniej wypłatę. Nie polecam jej w trakcie wyścigu, bo jej założenie nie jest łatwe podczas jazdy, zwłaszcza że w palcach przeważnie nie ma się już czucia. Walczyłem z nią kiedyś kilkanaście minut na Furkapass, przeszło mnie w tym czasie kilka grupek, a ostatecznie strzeliłem na zjeździe, bo aerodynamika nie była priorytetem w projektowaniu tej części kolarskiej garderoby.


Pogoda płata figle, a rolą pomocnika jest, żeby kapitan jechał w komforcie, więc czasami trzeba kilkanaście razy jechać do samochodu, żeby zmienić garderobę całego składu. Teoretycznie torby z ubraniami są podpisane, ale wiecie, jacy są faceci


Odchodząc na chwilę od zimowych tematów – z założenia nie zakładam rękawków, chyba że temperatura zaczyna wreszcie osiągać wartość dwudziestu stopni i majowe słońce z rana nie nagrzewa jeszcze powietrza, ale pod koniec sześciogodzinnego treningu jest już na tyle ciepło, że chce się trochę opalić ramiona. To taka opcja przejściowa – cieplejsza koszulka i rękawki.

Jeśli chodzi o dół, to przeważnie jeżdżę w spodenkach, szczególnie że mamy szeroki wybór – od wodoodpornych po wersję letnią, a do tego co najmniej trzy pary nogawek. Taki zestaw pozwala na szybkie zrzucenie nadmiaru ciuchów w trakcie treningu. Od listopada jeżdżę tylko w długich spodniach i koniecznie jest to jedna warstwa. Chodzi głównie o to, że dwie warstwy spowodują, iż będę siedział kilka milimetrów wyżej, a ponadto materiał może też wywierać większy nacisk na rzepkę. Takie przesadzenie z ilością ubrań może doprowadzić do kontuzji.

Do tego bielizna termoaktywna, ochraniacze na buty – najlepiej z neoprenu – oraz rękawiczki i czapka pod kask. To w niektórych porach roku te mniej ważne części garderoby, bez których oczywiście można sobie poradzić, ale na pewno zwiększają komfort.

Jeśli krótko miałbym opisać, co składa się na mój strój na zimowy trening przy temperaturze od 5 do -5 stopni, to: założyłbym kominiarkę, potówkę z długim rękawem, porządną termę, która oddycha, ale ma z przodu windstoper, grube rękawice. Na dole tylko długie spodnie z wstawkami wodoodpornymi i ochraniacze z neoprenu. W kieszeń zawsze zabieram deszczówkę, bo Jarek Kret nieraz mnie oszukał i nawet, jeśli szanse na deszcz są małe, to przezorny jest zawsze ubezpieczony na możliwość opadów. Powinno wystarczyć. Jeżeli podczas treningu robi ci się zimno, warto pomyśleć o tempówce w wyższych strefach.

Po jeździe, zwłaszcza zimą, oczywiście zbiera się sporo prania, więc staram się wrzucać wszystko do pralki z ciemnymi ubraniami i nie używać żadnych zmiękczaczy, które mogą powodować problemy na siedzeniu. Większość ciuchów nadaje się do suszarki i nie traci tam swoich właściwości, więc po kilku godzinach są ponownie gotowe do jazdy. Dwoma kompletami można obsłużyć całą zimę.

Na wyścigach, przeważnie tuż po zejściu z roweru segregujemy ciuchy, które każdy z nas oddaje masażystom do prania. Już w drodze do hotelu wszystkie worki są w pralce. Pozostaje tylko suszenie w ciężarówce i wieczorem przy kolacji możemy je odebrać. Niektóre wodoodporne deszczówki prane są osobno i długo schną, rozwieszone, żeby utrzymały swoje właściwości.

Przed każdym wyścigiem, gdy warunki są zmienne, odbywa się debata: „co założyć?”. Wiadomo, że pochodzimy z różnych miejsc na świecie i każdy odczuwa inaczej warunki na zewnątrz autobusu. Czasami koledzy wstawią cię na minę i na wyścigu rozpoczynającym się pod górę wystartujesz w garbie, żeby przez pierwszą godzinę wypocić kilka litrów. Innym razem szykujesz się na start „full gas”, ale nie możesz przewidzieć, że peleton zdecyduje inaczej. Dlatego zawsze dobrze jest ze sobą mieć coś na deszcz i ewentualnie rękawki oraz nogawki, które łatwo zdjąć. Pogoda płata figle, a rolą pomocnika jest, żeby kapitan jechał w komforcie, więc czasami trzeba kilkanaście razy jechać do samochodu, żeby zmienić garderobę całego składu. Większość ekip w swoich samochodach ma torby deszczowe, w których zawodnicy mają zapasowe ciuchy. Teoretycznie każdy ma je posegregowane i podpisane, ale wiecie, jacy są faceci. Delikatnie mówiąc, nie jest kolorowo. Dodatkowo dochodzą problemy z komunikacją, więc bierzesz, co jest, rozdzielasz według hierarchii i rozmiarów i modlisz się, żeby coś zostało dla ciebie. W końcu to również twoja, pomocnika, zbroja.


Michał Gołaś – jeden z najlepszych pomocników, którego od lat w swoich szeregach zazdrośnie trzyma Team Ineos (wcześniej Team Sky). W 2012 roku zdobył tytuł Mistrza Polski w wyścigu ze startu wspólnego, odtąd jeździ z flagą Polski na rękawku. Rok wcześniej wygrał klasyfikację górską Tour de Pologne. Kiedy nie trenuje, nie ściga się, nie zajmuje w Toruniu swoim sklepem i serwisem rowerowym Gołaś Bikes lub nie bawi się ze swoimi dziećmi, zabawia się słowami i dla SZOSY w błyskotliwych felietonach z dużą dozą humoru opisuje kolarską zawodową rzeczywistość.


Tekst ukazał się w SZOSIE 2-2020, dostępnej wyłącznie w wersji CYFROWEJ

Chcesz czytać więcej?

Zaprenumeruj SZOSĘ!