Wszystkie koty Liège-Bastogne-Liège

Perspektywa telewizora wszystko spłaszcza. Dosłownie. Kilka chwil temu Valverde przekroczył linię mety w Ans w prowincji Liège po – wydawałoby się – w miarę płaskich finałowych dwóch kilometrach, które poprzedzał podjazd Côte de Saint Nicolas. Nic bardziej mylnego, bo po tej „ścianie”, groteskowo podkreślonej przez malownicze kamienice, następuje już „zwykły”, morderczy podjazd do mety – sprawdziliśmy

Tekst: Wojtek Sienkiewicz
Zdjęcia: Łukasz Szrubkowski, Borys Aleksy

Zawodowcy ewidentnie mieli łatwiej. Po pierwsze – są zawodowcami, a po drugie – mieli lepszą pogodę niż my dzień wcześniej podczas Liège – Bastogne – Liège Challenge. Można było wybrać jeden z trzech dystansów: 75 lub 153 lub 273 km – prosi tego luksusu nie mieli. Organizatorzy jednak przy każdym z nich chcieli dać fanom kolarstwa możliwość poczucia, czym są ardeńskie „côte” i nawet przy najkrótszej wersji można poczuć wszystkie mięśnie swoich nóg. Nie mieliśmy wątpliwości, który dystans wybrać – całość, bez wymówek. To monument, doczekał się pomników, jest częścią belgijskiej – ale nie tylko – kultury, jego imieniem są nazywane ronda, a określenie „La Doyenne” – starucha, czy też staruszka – jest tak oczywiste, że każdy wie, iż chodzi o najstarszy z kolarskich monumentów. Rok temu przejechaliśmy Mediolan-San Remo, więc „La Doyenne” miała pójść błyskawicznie. No bo jakie mogą być te „górki” w Ardenach? Zabójcze. 

Zabójcza w Ardenach w pierwszej kolejności może być pogoda. Kiedy ruszaliśmy z Liège tuż po siódmej rano, gonił nas porywisty wiatr i mżawka, która chwilę później zamieniła się w regularny deszcz. Poranne 11°C stało się tylko wspomnieniem. Tłum amatorów z różnych zakątków świata zapłacił za bilety, zadał sobie trud dojazdu, żeby poznać, czym jest finał ardeńskiego tryptyku. Nawet jeśli przed Bastogne 90 procent z nich zjechała na pętlę krótszego dystansu – niech się nie martwią, będzie piekło. Dla mnie to fenomen, długo myślałem o tym, dlaczego ludzie to robią? Miałem sporo czasu na myślenie, żeby oderwać myśli od marznącego wszystkiego na moim ciele. Fani piłki nożnej nie mają raczej szans „pokopać” piłki na najbardziej znanych arenach futbolowych rozgrywek. A fani kolarstwa – jak najbardziej. Eureka! Przecież to jest dobrze działający biznes! No więc wychodzi na to, że jedziemy – bo możemy. Przecież nie jedziemy po wynik, ale po to, żeby spojrzeć na sam wyścig z innej perspektywy. 

W pierwszej części perspektywy niestety mieliśmy mgliste – mokro, wietrznie i pierwsza setka do Bastogne w krajobrazach spowitych ciężkimi, deszczowymi chmurami. Trzeba było się skupiać na najbliższych widokach – co nie było trudne, bo co chwila pojawiały się pomniki zaciętych walk w czasie drugiej wojny światowej – liczne armaty, czołgi, pojazdy na postumentach lub bez. Za Bastogne, na długiej prostej na wschód, pojawiło się słońce i zimny, dokuczliwy wiatr. Wzorem kilku Belgów (którzy jechali w tym piekle „na krótko”, z rękawkami jedynie) pozbyłem się rękawiczek, które wybrałem, ufając w poranne 11°C. Jednak zimno potem przestało być problemem – na naszej trasie pojawił się pierwszy z dziesięciu podjazdów. I teraz dość ważna uwaga: podjazdy tutaj są normą, są cały czas, mniejsze lub większe. Są nawet całkiem spore, na oko sięgające ośmiu procent, ale nie są oznaczane – to takie swoiste „tło”. Oznaczane są te szczególne – na przykład ten pierwszy, Côte da Saint Roch – po długim podjeździe ostry zakręt i tabliczka z informacją 1500 metrów, średnie nachylenie 12%, maksymalnie 20%.

I najgorsze było to, że to dopiero początek na liście „atrakcji” naklejonej na rurę i uzupełnioną o kilka bufetów. Często po tych ścianach (pieszczotliwie nazwanych przez Łukasza „kotami”) następowały kolejne podjazdy, ale o niższym gradiencie, więc przez organizatorów nie zasługujące na specjalne oznaczenie, bo to tylko „tło”.

Ale były też zjazdy. I nie można ich traktować jako nagrody czy odpoczynku. To trudne, bardzo szybkie i niebezpieczne w wielu miejscach odcinki. Hamulce tarczowe i szerokie (po prostu nieco szersze) opony dodawały pewności siebie, ale cały czas trzeba mieć na uwadze, że impreza, choć świetnie zabezpieczona, odbywa się przy normalnym ruchu. Do tego za nami mogą być inni uczestnicy, niekoniecznie z tarczówkami, więc nie można niefrasobliwie zwalniać. Poziom skupienia jak przy pracy sapera. Do tego trzeba dokręcać, bo rozgrzane podjazdami ciało błyskawicznie traciło temperaturę przy prędkościach dochodzących do 70 km/h. No i wiatr – cały czas trafiały się bardziej zdecydowane podmuchy wystawiające na próbę naszą koncentrację. A czasami było ciężko z koncentracją, bo po jednym z podjazdów przejeżdżaliśmy przez Spa, które – o ironio – jako miejscowość stało się synonimem relaksu i odnowy ciała od blisko pięciuset lat, ale również miejscem kultu prędkości za sprawą legendarnego toru wyścigowego. Spokojne górskie doliny wypełniły się rykiem silników aut na torze i ogólnie nagle wkoło pojawiło się bardzo dużo bardzo drogich supersamochodów. Trudno utrzymać koncentrację, kiedy obok ktoś tankuje pomarańczowego McLarena, a na skrzyżowaniu musieliśmy ustąpić pierwszeństwa dwóm AC Cobrom, a gdzieś poniżej ktoś pognał Mercedesem Gullwingiem.

W tym wszystkim cały czas trudno było skupić się na krajobrazie – regularnie sponiewierani przez szalonych ludzi, którzy wymyślili tę trasę. Kiedy było już ciężko, potem było bardzo ciężko, a po tym była masakra. Odpoczynek na świetnie zaopatrzonych bufetach sprowadzał się do znalezienia czegoś niesłodkiego, uzupełnienia bidonów, szybkiej toalety i dalej w drogę. Nie po to, żeby szybciej dojechać do mety, ale żeby oszczędzać ciepło. Chociaż świetnie to robiły kolejne „koty” na trasie. To dziwne uczucie, bo chce się mieć to już za sobą, a jednocześnie ma się świadomość, że przecież właśnie trwa dla każdego z nas przygoda życia. Albo przeżycia. I takie śmieszne sytuacje, kiedy przed nami wyrastało kultowe Côte de La Redoute, kiedy jechało się wśród kamperów i kibiców malujących na asfalcie napisy dopingujące swoich idoli, a słowa pocieszenia „już tylko 40 km do mety” zamieniały się w „jeszcze 40 km do mety”.

Jednak nie było to „automarudzenie” – oczywiście nie była to też euforia, ale chyba właśnie świadomość wspomnianej przygody napędzała nas w stronę finalnego podjazdu. No, napędzał nas też szalony zjazd, bo gonić w terenie zabudowanym z taką prędkością było ultrawymagające – wyobrażałem sobie, że widzę jak filmowy Terminator – muszę się skupić, obliczać trajektorię i wypadkowe, cele i identyfikować ewentualne zagrożenia. Jedna pomyłka i albo wylądowałbym na masce czyjegoś samochodu, albo w czyjejś kuchni.

Na koniec pozostał przejazd przez tereny przemysłowe konurbacji Liège z dziećmi ćwiczącymi przybijanie piątek z kolarzami na pełnej prędkości. Gdyby ich rodzice zobaczyli swoje pociechy wyskakujące nam pod koła… nie chcę o tym myśleć. Dzień później, oglądając transmisję, byliśmy przekonani, że te dzieciaki wciąż tam stały, ale chyba ktoś je tym razem pilnował.

Gdy do mety pozostało nam już tyle kilometrów, ile mniej więcej każdy traktuje jako rozjazd na koniec niedzielnej pętli, przed nami wyrosła już miejska zabudowa i wąskie ulice otoczone kamienicami. Cały czas lekko pod górkę. Dołączyła do nas grupa Belgów, z którymi raz po raz wyprzedzaliśmy się wcześniej na trasie. Teraz już nie było współzawodnictwa (wiecie, teoretycznie wcześniej też nie było, ale tak to bywa, gdy wraz z izotonikiem w żyłach pojawi się nieco testosteronu) i jechaliśmy razem. Ostatni znaczek: Côte de Saint Nicolas, średnia 8%, 1500 m. Tutaj prosi rozgrywają ostateczną walkę. Tutaj my rozgrywaliśmy nasze być albo nie być. Wszyscy byli zmęczeni – my, Belgowie (choć mam wrażenie, że ci ludzie są z wolframu, a zamiast krwi w ich żyłach krąży pluton) – powoli, na najlżejszych przełożeniach (choć nie lekkich jak na obecne standardy rowerów dla amatorów) kręciliśmy pod górę. Dopingowani przez mieszkańców ulicy Rue Bordelais z zaskoczeniem i niecenzuralnymi słowami „witamy” widok kolejnego odcinka podjazdu wyłaniającego się zza kolejnego zakrętu – dom za domem, gdzie piętro jednego sąsiada jest parterem następnego. Nieśmiało spojrzałem na pulsometr – wartość była tak niska, jakbym jechał w tlenie – bomba była blisko.

I w końcu… koniec! Tak! A tu nic z tego, za właśnie stawianymi bramkami oznaczającymi koniec kolejnego kultowego podjazdu ostatnie dwa kilometry do mety wciąż pięły się w górę po Côte de Ans – już nie tak dramatycznie, już szerzej i łagodniej, ale to wciąż mniej więcej 5%. W telewizorze widać, jak tutaj idzie atak z prędkością jak na płaskim finiszu, choć grymas twarzy młodziutkiego Davide Formolo zdradza, że to nie jest zwykłe zakończenie. A my wtaczaliśmy się z dyszącym na naszych plecach miejskim autobusem, którego automatyczna skrzynia biegów nie mogła się zdecydować, czy jeszcze jechać na „jedynce”, czy może już na „dwójce”. 

Pozostało nam na koniec kilka kilometrów – ale już głównie zjazdu – do miejsca startu w centrum Liège. Plusem dla nas wobec wysiłku prosów było to, że z nas trzech wszyscy wygraliśmy kolejną przygodę ze szczęśliwym zakończeniem wbrew wielu przeciwnościom jak na skalę kolarskiego pasjonata. 

Następnego dnia rano świętowaliśmy przy śniadaniu – po stracie pi-razy-drzwi ośmiu tysięcy kalorii mogliśmy zjeść tyle croissantów, ile chcieliśmy. Na spokojnie omawialiśmy miejsca, które wydają się najrozsądniejsze do kibicowania. Pierwszy wybór to Bastogne, czyli mniej więcej to ten moment, kiedy stacje telewizyjne rozpoczynają transmisję wyścigu. Na autostradzie jechaliśmy za wozami technicznymi teamów wiozących musetty na pierwszy bufet, który według rozpiski miał być zlokalizowany na długiej prostej za Bastogne, na której my tak strasznie byliśmy zamiatani przez lodowaty wiatr. Przynajmniej nie musieliśmy śledzić wskazań nawigacji, która czasem szalała na gęstej w Belgii sieci dróg szybkiego ruchu. 

Sami dzień wcześniej poczuliśmy się dość szczególnie, objeżdżając rondo noszące imię wyścigu z figurami kolarzy – pierwszy w dość zrelaksowanej pozycji symbolizującej raczej spokojny odcinek Liège-Bastogne. Kolejny już mocniej pochylony – jak na długiej prostej prowadzącej do Côte de la Roche, kolejny – wspinający się na niekończących się „kotach” i ostatni z rękami uniesionymi w tryumfalnym geście. Obok ronda znajdowała się tablica-pomnik przyozdobiona sztabkami z nazwiskami 102 dotychczasowych tryumfatorów wyścigu. I my, i Belgowie byliśmy prawie pewni, że tego dnia sto trzecia tabliczka będzie podpisana Kwiatkowskim. I kiedy czekaliśmy na pojawienie się ucieczki, zaczepiła nas para naszych czytelników, na co dzień mieszkających w Luksemburgu – Małgorzata i Paweł, więc udało się „Kwiata”, „Gołego” i Majkę dopingować głośniej wspólnymi siłami. Po przejeździe kolumny wyścigu miasto momentalnie opustoszało – Gosia i Paweł potwierdzili – w Belgii i Luksemburgu miasta są puste.

Chcąc jednak zobaczyć dużo ludzi naraz i poczuć eksplozjęeuforii, trzeba na tym wyścigu udać się w jedyne słuszne miejsce: La Côte de La Redoute. Jadąc z Bastogne do Remouchamps, włączyliśmy radio – pierwszą lepszą stację. Starałem się zrozumieć, o czym gorączkowo i bardzo emocjonalnie mówią komentatorzy w wiadomościach o 13.00. No, głównie o ich dorocznym święcie – „La Doyenne” i o tym, że kobieca edycja właśnie przed chwilą minęła linię mety w dokładnie takim samym składzie pierwszej trójki, jak trzy dni wcześniej w środę podczas Flèche Wallonne – Katarzyna Niewiadoma na trzecim miejscu – super. 

Już od kilku dni karawaniarze grzali grille, poziomowali kampery i szykowali playlistę biesiadnych przytupajek na tę jedyną chwilę (w sumie zależną od tego, jak ucieczka ucieknie peletonowi), kiedy kolarze opuszczą położone w malowniczej dolinie Remouchamps pełne kolarskich ultrasów Phillipa Gilberta, który ma tutaj swój wierny fanklub, a nawet skwer swojego imienia. I to w wieku trzydziestu siedmiu lat, będąc wciąż czynnym kolarzem. My – jadąc tu dzień wcześniej – byliśmy gorąco dopingowani, ale dzień później tłum niemal zagłuszał wiszące nad nami śmigłowce stacji telewizyjnych. To przynajmniej dla mnie uczucie tak niesamowite, jak to, kiedy startuje samolot (co uwielbiam) i mogę lecieć nieważne gdzie, nieważne jak długo – byle przez moment doznać tego uczucia.

Gdy tylko kolarze zniknęli gdzieś za szczytem podjazdu, wszyscy jak jeden mąż odwrócili się na pięcie i pogonili w kierunku pokaźnego namiotu przygotowanego przez wspomniany fanklub, z telewizorami, piwem, frytkami i souvenirami oglądać zbliżających się ku mecie kolarzy. Ci, którzy nie dotarli blisko telewizorów, upychali swoje smartfony z włączonym streamem na narożniki konstrukcji namiotu – dźwięk szedł i tak z głośników, więc to, co można było zobaczyć (albo czego nie można było zobaczyć, stojąc dwa metry od pięciocalowego ekranu), trzeba było uzupełnić w wyobraźni. Mięśnie nóg mimowolnie zapiekły na widok Rue Bordelais na Côte de Saint Nicolas. Komentatorzy i spektatorzy głównie powtarzali nazwiska Kwiatkowskiego i Valverde, a tu nagle na finalnym podjeździe jak z procy wystrzelił Formolo, który chwilę po tym niekontrolowanie wydał z siebie bolesny okrzyk wyprzedzany przez Dany’ego Martina. Wszystkich zaskoczył – a może właściwie nie zaskoczył – Valverde, przecinając jako pierwszy linię mety. Michał trzeci, Rafał dziesiąty – piękny spektakl (dla nas ultrabogatszy, bo mogliśmy w tym brać dosłownie udział) się zakończył. Stok opustoszał momentalnie, a auta (które kibice zostawiali na zjeździe z autostrady tuż za prowizorycznie postawionym znakiem „święto lokalne”) rozpłynęły się po pustej, niedzielnej Walonii. 

Wracając w sobotę do auta po tej morderczej trasie, obiecałem sobie, że nigdy więcej – raz i wystarczy. Ale dzień później, czytając pierwsze wypowiedzi kolarzy po wyścigu, natrafiliśmy na zapewnienia Michała Kwiatkowskiego, że wróci tu po pierwsze miejsce. Cholera, to jednak może tu będzie trzeba wrócić? Wczoraj miałem już dość, ale to trochę uzależnia, więc uważajcie – to wciąga na poważnie.

Tekst ukazał się w SZOSIE 3/2017 wciąż dostępnej w naszym Kiosku.

Chcesz czytać więcej?

Zaprenumeruj SZOSĘ