Wniebowzięci. Vive Le Tour!

Każda dziedzina ma swojego Świętego Graala, a skupieni wokół niej ludzie potrafią z pełnym przekonaniem i nieustającym zapałem budować straceńcze kariery na jego poszukiwaniu. W kolarstwie jest i nie jest inaczej – naszym Graalem jest Tour de France. Różnica polega na tym, że „Wielka Pętla” istnieje naprawdę.

Można ten wyścig kochać, można go nienawidzić, ale zanim ostatecznie wyrobi się o nim zdanie, bez wątpienia warto go najpierw choć raz zobaczyć. Pewnie, że truizm. Ale pojechać tam i doświadczyć tego czystego szaleństwa, tej zbiorowej hipnozy… Trudno to z czymkolwiek porównać, jeszcze trudniej opisać. A powiedzieć, że to przeżycie jedyne w swoim rodzaju to wciąż za mało! I banał.

Przeżyć, doświadczyć, poczuć. I rozsmakować się. Chyba w tym tkwi sedno – Francuzi lubią karmić nie tylko żołądki, ale i zmysły. La Grande Boucle to jest wyścig smaków, zapachów, kształtów, kolorów, ale też wrażeń i emocji. Dlatego kradnie ludziom serca, a nierzadko odbiera rozum. I trudno się dziwić, bo można tu naprawdę oszaleć z tego nadmiaru kolarskiego szczęścia.

Odczuliśmy to w niemierzalnym nasileniu – a jeśli nawet mierzalnym, to jego skala wystrzelona była w kosmos – bo zostaliśmy wrzuceni w sam środek bardzo długo oczekiwanych triumfów Francuzów w ich własnym wyścigu. Kiedy Thibaut Pinot zdobywał Col du Tourmalet, a kroku niemal dotrzymywał mu Alaphilippe, który obronił koszulkę lidera, francuscy fani – i ci ledwo odstający od ziemi, i ci wysoko nad nią, i ci z trudem będący w stanie się na niej utrzymać – doznali autentycznej histerii. Popatrz zresztą na reakcję Marca Madiota, dyrektora sportowego Groupama-FDJ:

Tam, na miejscu, każdemu wydawało się to absolutnie zrozumiałe! Francuskie kanały telewizyjne tłukły to nagranie po kilka razy, dziennikarze w studiu szczerzyli się do siebie, zaproszonych gości i widzów, ale ukradkiem ocierali łezkę wzruszenia. Ta karuzela śmiechu miała tylko nieco przysłonić dziką ogólnonarodową radość, którą najwyraźniej trudno było powściągliwym Francuzom okiełznać, a powtarzanie w kółko tego jak Madiot „pcha” swojego podopiecznego było w gruncie rzeczy wyrazem narodowej dumy i uznania. Dyrektor FDJ swoją nad wyraz ekspresyjną reakcją dał upust emocjom całego narodu.

„Alafpolak” i Pinot nie zostali wprawdzie jeszcze wyróżnieni Orderem Narodowym Legii Honorowej, ale Emmanuel Jean-Michel Frédéric Macron, prezydent Republiki Francuskiej i z urzędu współksiążę Andory, ubrany zgodnie z protokołem w czarny, elegancki garnitur i pod krawatem, już wiele razy fotografował się z nimi na mecie.

Obaj, mowa o zawodnikach, nie schodzą z pierwszych stron gazet. Sportowe dzienniki, szczególnie przez te najważniejsze trzy tygodnie, kolarstwu poświęcają mnóstwo miejsca. Zanim dotrzesz do okrojonych informacji o tenisie czy piłce nożnej, musisz przebrnąć przez dotyczące „cyclisme” liczne analizy, przewidywania, reportaże, felietony, wywiady, wspomnienia, wykazy i – uwaga! – pełne wyniki, zarówno etapowe, jak i poszczególnych klasyfikacji. Tego w prasie drukowanej dawno już nie widzieliśmy. Ale kto by tam siedział w internecie, skoro prawdziwe życie jest przecież gdzie indziej.

Le Tour nie jest jedynym pretekstem do spotkań, bo i bez niego, jak opowiadał nam Zbyszek Gucwa w wywiadzie opublikowanym w najnowszej SZOSIE, Francuzi lubią spotykać się przy niekończących się popołudniowych posiłkach. I nikt ani nic nie odciągnie ich wtedy od stołu. „Wielka Pętla” jest po prostu jeszcze jednym powodem, dla którego siadają razem przed telebimami w strefach kibica – nie brakuje ich nie tylko w miejscowościach, przez które przebiega wyścig. Albo rozstawiają stoły przy drodze czy na podwórkach. Miejsce, kieliszek i talerz znajdą się dla każdego.

Nie dyskutują i nie spierają się o kolarstwo tak jak Włosi, ale nie próbuj przed nimi grać eksperta. Tam naprawdę każdy wie o tym sporcie bardzo dużo. To, co przeczytał w „L’Équipe” i blisko dziesięciu kolarskich czasopismach, przepuszcza przez filtr własnych przemyśleń i wniosków, ale przede wszystkim konfrontuje z bogatą wiedzą, którą samoistnie nasiąknął w rodzinnym domu. Przekazuje się ją z dziada pradziada i babci prababci, i gdyby nie to, że kolarstwo jest dużo młodsze, można by sądzić, że ten tajemniczy i bezdenny zasób informacji sięga czasów, gdy kształtowały się zręby francuskiej państwowości. Na pewno przetrwa wszystkie republiki. Kolarstwo to francuski skarb narodowy, zawsze znajdzie się ktoś, kto uchroni Świętego Graala przed dziejową zawieruchą.

Po trasie najlepiej poruszać się rowerem. Ustawić na ostatnich kilometrach przed metą górskiego etapu, takiego Col du Tourmalet, i z rzeszą innych kibiców zedrzeć najpierw bloki, a później gardło, wrzeszcząc „allez, allez!” albo „dawaj, «Kwiato»!”, „ciśnij, «Wiśnia»!”, „nie czujesz bólu!”. To jest miejsce na spotkania z zawodnikami. Może mało prywatne, autografu nie dostaniesz, chyba że od Petera Sagana na jego książce – w przypadku „Hulka” naprawdę nie ma rzeczy niemożliwych.

Z teamowych autokarów trudno kolarzy wywabić, choć są dwa sprzyjające momenty – kiedy jadą podpisać listę oraz wyjeżdżają na start. Ta pierwsza okazja jest lepsza na autograf czy zdjęcie. W przeciwieństwie do otwartego miasteczka zawodów na Giro d’Italia, na Tour de France izoluje się zawodników, zapewniając im spokój (ważna informacja – Michał Kwiatkowski wychodzi z autokaru 10 minut przed startem). I ułatwiając pracę obsłudze, w tym mechanikom.

Oczywiście, bez kibiców i mediów wyścig nie istnieje, więc i tu ekipy usiłują znaleźć równowagę – jest czas dla fanów, dziennikarze mogą umówić się na krótki wywiad, ale o wiele bardziej dostępni są oficerzy prasowi, trenerzy i dyrektorzy sportowi. Zawsze warto jednak pamiętać, że kolarz też człowiek, na wyścigu po prostu wykonuje swoją pracę. Z każdym dniem jest ona trudniejsza, więcej wysiłku kosztuje zmobilizowanie mięśni do pracy.

Pod koniec drugiego tygodnia każdy zawodnik miał już solidnie okablowane nogi. Przyszedł moment, o którym opowiadała Hannah Grant, gdy pracowała dla teamu Olega Tińkowa. – W pierwszych dniach grand touru wybrzydzają – ten nie jada takiej szynki, tamten nie pojedzie bez jogurtu ulubionej marki, dla innego płatki ściągam specjalnie z jego kraju. W trzecim tygodniu nikt już nie ma żadnych wymagań, poza tym, by jedzenia było bardzo dużo. Po posiłkach na stole nie zostaje nawet okruszek.

Widzieliśmy z bliska te nogi z mięśniami oplecionymi ostrymi krechami żył, kiedy czoło peletonu rozciągnęło się przed Col du Tourmalet, gdzie odpadali ci, którzy wykonali już swoją robotę. Nie wjechaliśmy na Tourmalet rowerami, ale jednym z samochodów floty Škody, na którą w Tour de France składa się aż 250 pojazdów tej bardzo kolarskiej marki (stworzony i prowadzony przez nią portal We Love Cycling rozrasta się w poważne medium). To auto nie było po prostu jednym z wielu – było akredytowane specjalnie dla prasy, więc mogliśmy poruszać się w kolumnie z ograniczoną oczywiście, ale i tak dość dużą swobodą.

Jego największą zaletą, oprócz uprzywilejowania, wygody, radia wyścigu i wi-fi, które pozwoliło nam relacjonować przejazd na naszym Instagramie oraz obejrzeć końcówkę 14. etapu na iPadzie, jest jego kierowca. Maurice wie niemal wszystko o każdym zawodniku, od sześciu lat pracuje w Škodzie i jak dotąd nie opuścił żadnego Tour de France. Specjalna licencja, przeszkolenie i kolarskie doświadczenie pozwalają mu płynnie poruszać się w peletonie. Czujniki naszego Superba nie przestawały jazgotać w tłumie kibiców na podjeździe pod Col du Tourmalet, momentami odnosiło się wrażenie, że koła po prawej stronie wiszą już nad przepaścią, a samochód trzyma się na szosie wyłącznie dlatego, że zahaczyliśmy o coś wydechem, ale nic się nie wydarzyło.

Notabene w TdF, oprócz wyścigu kolarzy, toczy się też nie mniej spektakularna, choć nie relacjonowana rywalizacja samochodów. Do kraks jednak nie dochodzi. Przez całe trzy tygodnie podczas tej szaleńczej jazdy, której i my zaznaliśmy, kołysząc się karnie i synchronicznie w łukach zakrętów od prawej do lewej i z powrotem, jak wańki-wstańki, zdarza się ledwie kilka drobnych zgrzytliwych spotkań, po których na karoserii zostają rysy. I jeszcze jedna refleksja – jak przed laty, zanim pojawiła się automatyczna skrzynia biegów, zdobywano te góry samochodami?! Sunące przed nami wolniutko cywilne auto jakiegoś VIP-a w pewnym momencie zaczęło zostawiać za sobą nieprzyjemną zapachową smugę, zwiastującą powolne konanie sprzęgła.

Ze škodą wiąże się jeszcze jedna przygoda tego dnia. Podczas fotografowania repliki czerwonego Superba, jakim jeździ dyrektor wyścigu Christian Prudhomme, w kadr wszedł nam Bradley Wiggins, który relacjonuje wyścig dla brytyjskiego Eurosportu. Po trasie porusza się na motocyklu w kurtce z nadrukiem brytyjskiej flagi. Na pewno go nie przegapisz! Co więcej cierpliwie uśmiechał się do zdjęć z fanami, którzy nie pozwolili mu zjeść śniadania.

Z kolei na tle ogromnej żółtej koszulki, upamiętniającej stulecie jej obecności w wyścigu, opatrzonej podpisami wszystkich żyjących triumfatorów „Wielkiej Pętli”, autografy rozdawał 83-letni Raymond Poulidor. Dziadek Mathieu van der Poela wciąż jest we Francji otoczony czcią, do zdjęcia z nim ustawiała się spora kolejka fanów w najróżniejszym wieku. Trudniej było zrobić sobie zdjęcie z Andym Schleckiem, zwycięzcą edycji z 2010 roku, który 9 lat temu na Col du Tourmalet stoczył zwycięski pojedynek z Alberto Contadorem. Jest obecnie ambasadorem Škody, a że byliśmy jednymi z jej gości, zaproponowano nam wczesnoporanną rowerową przejażdżkę z utytułowanym Luksemburczykiem, który potem musiał pędzić do codziennych obowiązków. Wężowo wymigał się od odpowiedzi na pytanie, kto jest faworytem do zwycięstwa w tegorocznej „Wielkiej Pętli”. – Każdy, kto staje na starcie, może ją wygrać.

Maurice powtórzył to samo zdanie w odniesieniu do 14. etapu, gdy do mety było jeszcze daleko, ale już zaczęły się pierwsze poważniejsze ataki. Gnaliśmy przez miejscowości, których mieszkańcy prześcigali się w ozdabianiu budynków kolarskimi motywami. Niektórzy przebrali się w wymyślone przez siebie stroje, inni ubrani byli w to, co otrzymali od przejeżdżającej kilka godzin przed wyścigiem długiej kolumny pojazdów reklamowych, wiozącej nieprzeliczalne ilości gadżetów – czapeczek, koszulek, bannerów, flag, plansz. Wszystkiego! Jest chyba we Francji całkiem osobna gałąź przemysłu zajmująca się budowaniem platform reklamowych na kółkach. Na trasę każdego etapu wyjeżdża ich kilkanaście, o ile nie więcej, i mają kształt wiklinowego koszyka, zabawkowej ciężarówki albo wiozą ogromną postać złożonego jak do jazdy na czas lidera wyścigu.

Bo Tour de France to także biznes. Robiony z ogromną pasją i zaangażowaniem, ale też z jasno określonym celem – ma przynosić dochody. Nie ma powodu, by się na to obrażać, tylko w ten sposób mogą co roku odbywać się kolejne edycje. To także oznacza, że logo „Wielkiej Pętli”, jeśli się gdzieś pojawia, to w wyniku starannie wynegocjowanej umowy. We Francji koszulki z TdF nie można po prostu kupić gdziekolwiek, ale wyłącznie na stoisku A.S.O. lub w sklepie internetowym organizatora (boutique.letour.fr). Jak się nietrudno domyślić, „to drogie rzeczy są!”. TdF się ceni, ale na swoją markę pracował 106 lat, więc trudno się dziwić.

Nikt się na to nie zżyma, a kibice zakładają koszulki i czapeczki w grochy, które rozdaje E. Leclerc, sponsor klasyfikacji górskiej. Albo zielone – od Škody, której logo widnieje na koszulce Petera Sagana, tegorocznego lidera klasyfikacji punktowej. W jednej z edycji marka rozdawała kibicom wielofunkcyjne chusty, ale obiektem pożądania pozostaje zielona kolarska czapeczka. Ciekawe, co powiedziałby na to Emil Škoda, który w 1859 roku w Pilźnie otworzył swoje… metalurgiczne przedsiębiorstwo. Notabene romans Škody z kolarstwem sięga roku 1895, kiedy firma najpierw naprawiała jednoślady, a później je produkowała – pod nazwą Slavia.

Tak jak kiedyś kończy się grand tour, tak kiedyś trzeba skończyć o nim pisać, choć wciąż nie opowiedzieliśmy wszystkiego. Że nad trasą sobotniego etapu lecieliśmy helikopterem, że Sagan zajrzał do naszego samochodu i na rzucone przez Łukasza „dawaj, dawaj” pokiwał głową i krzywo się uśmiechnął, że… Długo by pisać.

Parafrazując znane powiedzenie, kiedy zobaczy się Tour de France, można już umrzeć. Oczywiście, jeśli ktoś chce. Bo zdecydowanie szkoda byłoby, nomen omen, nie przeżyć kolejnych edycji.

Tekst: greten
Zdjęcia: Kristof Ramon, greten

O kibicowaniu przeczytasz także:
* w SZOSIE 4/2017, wciąż dostępnej w naszym Kiosku,
* w artykule Adama Probosza
„W rytmie Tour de France”