W królestwie „Pirata”

Sądziłem, że odwiedzam region Emilia-Romania, czy raczej jego niewielki, nadmorski skrawek między Rimini i Cesenatico po to, by zobaczyć miejsca, które w czerwcu 2024 r. odwiedzi peleton Tour de France (tak, „de France”, nie „d’Italia” – w tym roku Wielka Pętla rzeczywiście zaczyna się we Włoszech). Tak przynajmniej zapowiadał oficjalny program wizyty zorganizowanej dla nas przez lokalną organizację turystyczną.

Spodziewałem się dość typowego scenariusza: pojeździmy po okolicy, zobaczymy start i metę dwóch pierwszych etapów, zrobimy trochę zdjęć, a na koniec zjemy kolację w jakiejś przyjemnej restauracji. Dodatkowo może zobaczymy peleton Giro d’Italia, który w tych dniach miał zahaczyć o pobliskie Riccione.

To wszystko rzeczywiście było, ale – jak się okazało – wyłącznie w roli didaskaliów.

Bo choćby przez Rimini przejechały peletony wszystkich wielkich wyścigów świata, i tak najbardziej liczyć się tam będzie tylko jeden człowiek, jedna historia. Historia Marco „Il Pirate” Pantaniego.

Pantani urodził się i wychował w Cesenatico, a jego więź z tym regionem nigdy nie osłabła. Na okolicznych szosach trenował z upodobaniem przez cały okres swej kariery. Ostatnie dni życia spędził nie gdzie indziej, jak w hotelu Le Rose w Rimini, gdzie później odnaleziono go martwego. Pochowany na cmentarzu w Cesenatico, stał się bohaterem, legendą, świętym, szczególnie dla miejscowych. Aby odwiedzić związane z nim miejsca, przybywają tu licznie fani z całego świata.

W Cesenatico jest poświęcone mu muzeum, założone i prowadzone przez rodzinę. Bardzo starannie przygotowane i bogato wyposażone, mieszczące się budynku dawnej stacji kolejowej – warto je zobaczyć. Ale nawet jeśli się je ominie, o Marco i tak nie sposób będzie zapomnieć, bo przypominać nam o nim na każdym kroku będą nazwy restauracji i hoteli, portrety wywieszone w recepcjach czy wreszcie okazały pomnik przy nadmorskim bulwarze.

Dekadencki klimat pustych plaż, które w czasie mojej majowej wizyty wciąż czekały na nadejście sezonu, współgrał z kontrowersyjną i smutną historią Marco. Podobnie opustoszałe hotele, niektóre tylko okresowo, inne ewidentnie na stałe, bo już bez okien i drzwi, z rozpadającymi się ścianami. Nie opuszczało mnie wrażenie, że jestem w miejscu, które szczyt swej popularności ma już za sobą, analogicznie do historii włoskiego kolarstwa, a przynajmniej tego włoskiego kolarstwa w dawnym stylu, uosabianego przez postacie takie jak Pantani właśnie.

Mój rower z hotelowej wypożyczalni (Hotel Lungomare), fot. Borys Aleksy

Jeśli coś wypełniało tę przedsezonową pustkę, to byli to wszechobecni kolarze-amatorzy. Było ich wyjątkowo wielu nie bez powodu – zbliżało się Granfondo Nove Colli (Dziewięć Wzgórz), najstarsze i chyba największe w całych Włoszech. Średnia wieku wysoka, chyba dobrze w okolicach 60-ki, w większości mężczyźni. Nasuwały się skojarzenia z innymi popularnymi wśród kolarzy miejscami, takimi jak Calpe, Majorka czy Kanary, gdzie również najwięcej rowerzystów pojawia się poza głównym sezonem i tylko oni właściwie wypełniają ulice, hotele, bary. Cesenatico na pewno ożyło dzięki nim na tych kilka dni, uczestników Nove Colli było dobre sześć tysięcy.

Wystartowali w niedzielę skoro świt, dystanse od 60 do 200 km. Rywalizacja w stylu włoskim, czyli bez litości. Tylko początek i koniec po płaskim, reszta – zgodnie z zapowiedzą zawartą w nazwie imprezy –górzysta, łącznie 72 km podjazdów.

My – poprzedniego dnia zaliczyliśmy 80-kilometrową wycieczkę do San Marino i z powrotem przez malownicze Verucchio. Dużo pagórków po drodze, rozległe widoki. Im bardziej wgłąb lądu, tym spokojniejszy ruch i przyjemniejsza jazda. Widać, że to tam warto zapuszczać się rowerem, bo ruchliwe wybrzeże zupełnie do tego nie zachęca. Ktoś mi podpowiedział, że najlepsze trasy są nieco bardziej na północ, w kierunku Montiano.

Start Granfondo Nove Colli, fot. Borys Aleksy

fot. Borys Aleksy

Jeśli dodać do siebie kilkudziesięcioletnią historię Nove Colli, wspomnienia po Pantanim oraz powracające co jakiś czas Giro d’Italia (a teraz nawet Tour de France), to Rimini i okolice zaczynają się jawić jako punkt obowiązkowy na liście kolarskich destynacji. Co z tego, że kierowcy, szczególnie na wybrzeżu, jeżdżą jak głupki, drogi są kiepskiej jakości, a widoki, owszem, ładne, ale wcale nie tak spektakularne, jak w wielu innych miejscach we Włoszech? I tak całe rzesze kolarzy chcą wyruszyć rowerem spod pomnika Pantaniego w Cesenatico i przejechać jechać jego treningową pętelkę z kulminacją na Carpegna (Pantani mawiał: „Il Carpegna mi basta!”, czyli „Carpegna mi wystarczy”). Kolarstwo nie byłoby tym, czy jest, gdyby nie bazowało na legendach.

Widok z San Marino na masyw Carpegna, tam trenował Pantani, fot. Borys Aleksy
Stare zabudowania w Cesenatico, fot. Borys Aleksy

Nic dziwnego, że kolarska turystyka w regionie ma długą i mocno ugruntowaną historię. Ludzie przyjeżdżają tu z rowerami od lat 90-tych, więc jest spora baza hoteli „bike friendly”, takich jak Hotel Lungomare w Valverde (sic!) czy Gambrinus w Riccione, które poznaliśmy (w Lungomare mialem pokój, w Gambrinus zjedliśmy lunch podczas jednej z przejażdżek). Ciekawe, że oba te hotele to biznesy rodzinne, prowadzone przez bardzo energiczne kobiety, zaangażowane zarówno w kolarstwo, jak i życie lokalnej społeczności. Hotele oferują wypożyczalnie rowerów, wycieczki z przewodnikami, serwis, a nawet posiłki dopasowane do kolarskich potrzeb (lunch między 13:00 a 16:00, żeby można było coś zjeść po powrocie z roweru, to we Włoszech prawdziwy skarb, wszystkie lokale są przecież w tym czasie zamknięte). Przez lata przyjeżdżali tu głównie Niemcy, którzy zresztą nadal stanowią większość gości, ale nie brakuje też Anglików, Holendrów, Amerykanów. Podobno też coraz więcej Polaków.

Tour de France 2024 wystartuje 29.06 w Toskanii, we Florencji, i pozostanie we Włoszech przez trzy kolejne dni (szczegóły na https://www.letouritalia.it) . Peleton najpierw skieruje się w stronę adriatyckiego wybrzeża, do Rimini. Następnie ruszy z Cesenatico do Bolonii, po czym nastąpi transfer do Piacenzy, z której wystartuje trzeci etap – z metą w Turynie. Oznacza to, że z całej tej włoskiej przygody kolarze najwięcej czasu spędzą w regionie Emilia-Romania, z czego ten region jest zresztą niezmiernie dumny. Ręce zacierają hotelarze i restauratorzy. I rzeczywiście, wydaje się, że to będzie dobry czas, by odwiedzić tę część włoskiego wybrzeża.

Written By
More from Redakcja

Pracowity początek sezonu w nowym teamie

Michał Gołaś, od sezonu 2016 zawodnik Team Sky w krótkiej rozmowie opowiada...
Czytaj więcej