Tour de Warsaw

Są takie rzeczy, których bardzo się chce, choć wydają się zupełnie nieatrakcyjne. Pewnie mało osób marzy o tym, żeby w jesienną sobotę zrobić dwieście kilometrów z małym hakiem wokół Warszawy, poruszając się wśród uliczek, osiedlowych dróg i wojewódzkich arterii

Tekst i zdjęcia: Wojtek Sienkiewicz

Nie jestem sportowcem w takim samym stopniu, jak nie jestem turystą. W rowerze wciąż od ponad trzydziestu lat najbardziej cieszy mnie (kręci mnie) to, że koła się obracają, i to, że rower daje mi poczucie wolności. Lubię jeździć sam, nawet bardzo. Czasem jednak fajnie jest pojechać z kimś.

Zimą dwa lata temu coś się w kolarskich social mediach zachmurzyło i pobłyskało, a z tej chmury – już nie pamiętam jej genezy – wyłonił się Cyklista z Warszawy, czyli Michał Bodek. Oszczędzę wam biograficznych wywodów. Kontaktowa persona, zbierająca w stolicy ludzi na wspólne wypady. Rowerowe wycieczki w żwawym tempie dla osób, które uwielbiają rowery. Żadnych treningów, żadnej ideologii.

Potem w sieci pojawiały się filmy i zdjęcia – tabun migoczących punktów przelatujący przez znane warszawskie lokalizacje. Ładne. Bardzo dużo rowerów, wszyscy w grupie, szybko, szum opon i napędów, adrenalina, ale nie ma ofiar. Śledziłem to na bieżąco, podobnie jak przymiarki do pierwszego Tour de Warsaw, które na debiut przyciągnęło dwanaście ośmioosobowych drużyn. Michał dał temu początek i uruchomił machinę.

W 2015 roku TdW stało się już pełnoprawną imprezą, zyskując nową jakość – z regulaminem, wpisowym, miasteczkiem zamiast chodnika przed sklepem, jedzeniem, pomiarem czasu GPS i bufetami. Współorganizatorzy Rafał i Adam, a także masa ludzi dbają o uczestników i nadają wydarzeniu rodzinną atmosferę. Na czele oczywiście Michał.

Jak zwykle trochę się spóźniłem z decyzją, czy mam jechać, czy nie, zagapiłem się i zapomniałem, że startując w imprezie drużynowej, warto mieć drużynę albo chociaż być jej częścią. W jednym z zespołów zwolniło się miejsce, więc ten problem miałem szybko za sobą. I teraz zaczęła się tak naprawdę najfajniejsza część. W piątkowe popołudnie wsiadłem do auta i ruszyłem do Warszawy. Dla mnie TdW zaczęło się nieco wcześniej niż w sobotę i znacznie dalej od Warszawy. Przejechałem 380 km, żeby rowerem zrobić rundę po stołecznych atynencjach? Tak! Ale nie tylko.

Pojechałem zmienić krajobraz, poznać ludzi, z którymi znam się od jakiegoś czasu niemal wyłącznie zdalnie, i przejechać się z ekipą, z której nikogo nigdy wcześniej nie poznałem. Tu krajobraz ma trzeciorzędne znaczenie. Właściwie mógłby nie istnieć. Pojechałem przeżyć przygodę. Nawet jeśli miałoby być nudno jak cholera, w mazowieckim krajobrazie otoczonym deweloperską zabudową i kostką Bauma, to ja lubię się czuć jak Tony Halik zrzucony gdzieś w Hondurasie. To działa. Oczywiście, że piękne widoki są mocne i pożądane. Jednak zwykłość bywa dla mnie bardzo pociągająca. Może dlatego, że jestem trochę filozofem na szosie. Utnę ten akapit właśnie tu, żeby się za daleko nie zapędzić.

A więc rano w sobotę Warszawa zbudziła mnie chłodem i szaroburością. Mój gospodarz dzień wcześniej przygotował makaron z sosem tak ostrym, że oddechem mógłbym kasować bilety na kolej, którą dotarłem do centrum. Kilka ruchów korbą i byłem w biurze zawodów na warszawskiej Saskiej Kępie. Na miejscu panował spory ruch: poranny słodki bufet, ciepła kawa i urocze panie w biurze zawodów. Chłopaki z CycloWawy biegali jak z ogniem. Zegar nieubłaganie odliczał do startu pierwszych ekip. Szybko w tłumie odnalazłem swoją Ekipę (albo raczej Ekipa mnie), chwilę ustalaliśmy strategię, która potem i tak wzięła w łeb.

Wyjazd z Warszawy zajął nam trochę czasu. Jechaliśmy na południe, w stronę Góry Kalwarii. Drużyny startowały co 10 minut, jedna na północ, druga na południe. Mniejsze ryzyko bycia wyprzedzonym i połączenia się grup, co jest niedozwolone regulaminem. Sprytny zabieg. Współpraca układała nam się fajnie.

To bardzo ciekawe doświadczenie jechać z ludźmi, którzy jeszcze przed chwilą byli mi obcy, a teraz musimy w przyspieszonym tempiesobiezaufać.Tymbardziejżetrasabyła trudna. Właściwie tylko część na południowy wschód od Warszawy stanowiły pola i sady, reszta – uliczki i ruch. Bywało gęsto. A my może nie cisnęliśmy pełnego gazu, ale też nie była to typowa jazda w tlenie. Do tego trasa obfitowała w swoiste kontrasty – niekończące się proste i nagłe zwroty o prawie 180 stopni. Albo pusto i nic, albo nagle bardzo dużo naraz ludzi i wszystkiego. Dlatego miłą odskocznią dla oka były rzeczy, których normalnie się nie widzi – gigantyczny komin, byk przy drodze, przejazd pod torami przypominający skok w nadprzestrzeń. To tak, jakby pięć sekund bycia w Saksonii Szwajcarskiej rozcieńczyć do blisko siedmiu godzin i starać się coś wyrwać z tego dla siebie. Może to i lepiej, bo dzięki temu mogłem pogadać ze swoimi towarzyszami (tak, mnie się gęba nie zamyka na rowerze).

Zdecydowaliśmy się na korzystanie z bufetów. To nie była zła decyzja, bo można było dzięki niej jeszcze lepiej pochwalić organizatorów za solidną robotę. Kawa, herbata, rower potrzymają, ciasteczka, banany, zdjęcia… Było wszystko. Po 70 km od startu i 60 km przed metą nawet kawa rozpuszczalna bije na łeb wyobrażenie dowolnej kawy pitej na mikrostoliku jakiegoś włoskiego klasyka z folderów turystycznych.

Niestety, na ulice wyległy hordy Mazowszan w drodze na cmentarze i po zakupy (jest tydzień przed pierwszym listopada). Wśród tych dzikich ilości aut raczej budziliśmy ciekawość, szczególnie stojąc na czerwonym świetle, przekraczając główne krajówki, czasem ktoś zagadał, rzucił dowcip czy słowa uznania. Właściwie powrót na linię mety był już ciężką pracą, bo wraz ze wzrastającym ruchem ulicznym rosło też zmęczenie, a wjazd do centrum od strony Marek był dość ciężką próbą dla stopnia skoncentrowania. Niby to rajd, niby spokojnie, jednak na końcu w każdym z nas odezwał się jakiś pierwotny instynkt i na metę jechaliśmy z dość dużą prędkością, jakby to miało cokolwiek zmienić w klasyfikacji (która przecież nas nie interesowała, ale każdy krzyżował palce za plecami, kiedy ten podpunkt był ustalany). Metę, czyli umowny punkt pomiaru czasu, przekroczyliśmy i już na lekkich nogach wjechaliśmy do miasteczka TdW. Tam czekał makaron, medal (drewniany, ale zawsze to medal) TdW-200, pączki, kawa, wzajemne gratulacje i autentyczna świadomość realizacji… no właśnie, nie wiem czego – to trudne do określenia.

Nie wygraliśmy (nie mieliśmy szans z chłopakami z Żolibera, którzy cisnęli wściekle, robiąc czas o 1,5 godziny krótszy niż nasz (nasza średnia ok. 31 km/h), ale każdy czuł się zwycięzcą. To nie była moja pierwsza dwusetka, ale pierwsza w takim tempie. Wygrałem superdzień życia, choć w bardzo zwykłym miejscu na ziemi, wygrałem sporo nowych znajomości. O to chyba chodzi.

NASZA EKIPA

Ósmym zawodnikiem drużyny był Paweł Koniarski (nie ma go na zdjęciu)

Artykuł ukazał się w SZOSIE nr 1/2016