Torowe mistrzostwa świata. Pruszków od zaplecza

© Adrian Grześków | SZOSA
© Adrian Grześków | SZOSA

Przez cztery dni podczas mistrzostw świata kręciłem się po torze w Pruszkowie w poszukiwaniu tajemnic kolarskiego światka torowego. Dla lepszego zrozumienia magii toru najpierw – pół roku temu – sam debiutowałem na betonowym welodromie w Rumbeke w Belgii. Nie było upadku, ale chyba zrozumiałem, jakie prawa rządzą na wirażu ciałem, myślami i rowerem.

Tekst: Piotr Ejsmont
Zdjęcia: Adrian Grześków, Justyna Król
TOR

Żyje każda jego drewniana klepka. Jak się stanie u jego korony tuż ponad wyniesionym wirażem, słychać jak wibruje. Kiedy się dobrze przyjrzeć jego nawierzchni, widać blizny, których siostrzane odbicie zostało na ciałach pechowych zawodników. Tor potrafi ponieść. Dowodzi tego rekord świata w drużynowym wyścigu na dochodzenie Australii oraz kraju – w wykonaniu naszego zespołu.

Każde miejsce toru sprawia, że perspektywa widzenia tego, co się na nim dzieje, jest zupełnie inna, fascynująca. Tor jest młody, ale ma już bogatą historię. Jedni go do dzisiaj przeklinają, inni podkreślają jego zbawienny wpływ na kolarstwo oraz na publikę. Jeszcze inni używają go do rozgrywek o władzę.

GWIAZDY

Numer jeden to Kirsten Wild z czterema medalami zdobywanymi każdego dnia po jednym. Za nią jest peleton podwójnych złotych medalistów. Wielkie wrażenie zrobili Lee Wai Sze, nowa gwiazda sprintu oraz Sam Welsford, który po medale sięga szybciej niż Wild. Do tego dodajmy holenderskie „szafy” – Harriego Lavreysena, Matthijsa Büchli oraz Australijki Alexandrę Manly i Ashlee Ankudinoff. Do tego grona trzeba też dodać Filippo Gannę, który w wyścigu na dochodzenie sięgnął po złoto już po raz trzeci.

NASZA REPREZENTACJA

W najbardziej optymistycznych marzeniach można było liczyć nawet na cztery medale. Skończyło się na koniec mistrzostw na jednym – Mateusza Rudyka – jakże wyczekiwanym i zasłużonym. Rudyk pobił rekord Polski sprinterów. Przed nim tylko Damian Zieliński dwukrotnie wdarł się do czwórki najlepszych na świecie. Medal Rudyka to także medal całej reprezentacji, bo nikomu z naszych kadrowiczów nie brakowało niezwykłej waleczności, niesionej gorącym dopingiem publiczności. Dlatego jest to także medal dla kibiców.

Patrząc realnie, to świat nam ponownie odjeżdża i to mocno. Szczególnie widać to po różnicy czasów naszych drużyn do zwycięskich ekip. Tylko w sprincie drużynowym kobiet zbliżyliśmy się w ciągu ostatnich dwóch lat do czołówki. W wyścigach na dochodzenie strata wzrosła o prawie 2 sekundy wśród mężczyzn i już prawie o 4 sekundy u kobiet. W wyścigu sprinterów jeszcze w 2017 roku, zajmując czwarte miejsce w finale, mieliśmy czas lepszy od zwycięzców. Teraz od złota dzieliło nas półtorej sekundy.

© Adrian Grześków | SZOSA
© Adrian Grześków | SZOSA

W sezonie 2016/17 podczas zawodów Pucharu Świata zdobyliśmy 5 złotych, 3 srebrne i jeden brązowy medal, a mistrzostwa świata skończyliśmy bilansem jednego złotego i jednego brązowego medalu. Ostatnim wielkim osiągnięciem naszych torowców był Puchar Świata w listopadzie 2017 roku na torze w Pruszkowie. Zdobyliśmy jeden zloty, 2 srebrne i jeden brązowy medal. Potem zaczął się odwrót, który osłodziło nieco zwycięstwo Szymona Sajnoka na mistrzostwach w 2018 roku.

W sezonie 2018/19 już nie wygrywaliśmy w pucharowych zawodach. Tak się składa, że regres następuje wraz z upadkiem krajowej federacji. Rozmawiałem z kilkoma zawodnikami po ich występach. Byli srodze zawiedzeni. Owszem, wskazywali na fakt finansowania przygotowań oraz startów, ale jeden z nich zwrócił uwagę na zimno panujące podczas treningów na pruszkowskim torze, inni odczuwali wielką niepewność sytuacji wynikającą z konfliktu na linii PZKol-ministerstwo sportu.

Smuci fakt, że Sajnoka zespół CCC wysłał – nie wiedzieć czemu – do dalekiej Australii, zamiast pozwolić mu na przygotowania do mistrzostw. W końcu był to ustępujący mistrz świata. Zdesperowany Szymon po nieudanym występie kilka razy powtarzał, że brakło mu szybkości. Niestety, nie ma takiej pozycji w zespole, jaką miał do niedawna Elia Viviani w Sky. Torowcy w całej Europie są w większości na garnuszku rządów. Dawno minęły czasy, kiedy to oni byli znacznie bogatsi niż szosowcy.

INNE REPREZENTACJE

Poszedłem porozmawiać z zawodnikami z innych krajów. Wielu z nich jest na etatach służb mundurowych. Niemieccy torowcy są policjantami, francuscy żołnierzami, a włoskie zawodniczki są strażniczkami leśnymi.

Porozmawiałem z Renato Di Rocco, wiceprezesem UCI oraz długoletnim szefem włoskiej federacji. – Już od dawna funkcjonują u nas zawodowe związki kolarzy, a pierwszym ich przewodniczącym był słynny Fiorenzo Magni. Związki mi nie przeszkadzają, ale pomagają. Są właściwym partnerem do rozmów na temat bezpieczeństwa kolarzy na wyścigach, polityki antydopingowej, kontroli wynagrodzeń. Jest dużo spraw do uzgadniania. U was związków jeszcze nie ma, ale do tego trzeba po prostu dojrzeć – powiedział.

PUBLICZNOŚĆ

To ona niosła – nie tylko naszych zawodników – do walki. Były grupy kibiców z Niemiec, Holandii, Rosji, Francji, a nawet z Australii. Zachowanie wzorowe. Każdy z aktorów tego widowiska dostawał brawa, a największe ci, którzy szlifowali skórę na torze w wyniku kraks, a potem podnosili się o własnych siłach. Albo kiedy byli wynoszeni na noszach, ale wracali opatrzeni jak weterani wojenni na płytę toru. Wśród publiki nie wyczuwało się wrogości obozów. Była sympatia i wzajemne zrozumienie. Szkoda, że szczególnie w pierwszych dniach zawodów widownia nie była pełna.

© Adrian Grześków | SZOSA
© Adrian Grześków | SZOSA
MEDIA

Wśród nich były dwie gwiazdy z najwyższej półki. Ze wzruszającą wręcz serdecznością przyjęto poruszającą się na wózku inwalidzkim Kristinę Vogel, która tym razem przyjechała w roli komentatorki niemieckiego Eurosportu. Codziennie punktualnie stawiała się na swoim stanowisku. Poznałem ją osobiście dwa lata temu w Pruszkowie, kiedy wygrywała raz za razem. Teraz jest z drugiej strony tego widowiska, ale waleczność oraz uśmiech są tak samo mocne. Drugą gwiazdą wielkiego formatu był sir Chris Hoy, niezmiennie uśmiechnięty i dostępny dla swoich fanów.

© Justyna Król | SZOSA
© Justyna Król | SZOSA

Ilość stacji telewizyjnych była imponująca. Sprzęt – najwyższa technologia. Obsługa tego sprzętu to też artyści. Podziw wzbudzali operatorzy wielkich żurawi z kamerami, wśród nich jedna kobieta. Wyglądali jak rolnicy z kosami podczas żniw. Zamaszyście zarzucali techno-kosami i widać było, że są bardzo dumni ze swojej pracy. Zaciekawienie budził także operator mobilnej kamery, który podczas wyścigów indywidualnych poruszał się na elektrycznym segwayu. Jechał obok albo za kolarzami. Musiał sobie wiele razy przećwiczyć taką jazdę, żeby samemu się nie wywrócić albo nie spowodować kłopotu innym.

Może jestem ze starej szkoły, ale przyznam, że nie potrafię zrozumieć nowego pokolenia dziennikarzy. W pewnej chwili stwierdziłem, że tylko stara szkoła przebywa stale wśród kolarzy, mechaników, trenerów, kibiców. Większość młodych pozostawała przy stołach i miała nosy zawieszone nad laptopami, przedkładając szybkość przekazywanej informacji nad jej jakość. A co by było, gdyby odłączono im zasilanie laptopów?

SĘDZIOWIE

Elita sędziowska. Nie popełniono żadnych pomyłek. Decyzje były słuszne i zrozumiałe, niekwestionowane. W sędziowskim gronie wyróżniała się sędzina startowa, Rosjanka Swietłana Denisenko. Kilkanaście lat temu sama była kolarką. Teraz jest uznaną sędziną i z wprawą, zdecydowaniem oraz pistoletem w ręku zarządzała przebiegiem zawodów, dokładając do tego zawsze ciepły uśmiech.

© Justyna Król | SZOSA
© Justyna Król | SZOSA
SŁUŻBA MEDYCZNA

Widziałem ją w akcji już podczas Pucharu Świata dwa lata temu. Kapelusze z głów za niezwykłą sprawność i szybkość działania. Jak na froncie wojennym! Szczególnie dużo ofiar kraks było podczas żeńskiego wyścigu par. Szerokie drzwi toru szybko się otwierały i brygada w mig pojawiała się przy poszkodowanych. Jedni zajmowali się leżącymi, ktoś zabezpieczał przód i tył wydarzenia. Inny zbierał rowery i części po nich. Kolejna osoba odganiała ciekawskich fotoreporterów.

Nad tym wszystkim panowała w środku Denisowa z pistoletem w ręku, ale nie po to, żeby dobijać rannych czy straszyć ciekawskich, ale odstrzelić ewentualną neutralizację wyścigu, jeśli zbiegowisko było zbyt duże i niebezpieczne. To wszystko musiało być przećwiczone nie raz.

© Justyna Król | SZOSA
© Justyna Król | SZOSA
HISTORIA

O historię nie po raz pierwszy zadbał Artur Chart z Muzeum Polskiego Kolarstwa. Ekspozycja starych rowerów, koszulek, rur rowerowych, bidonów, filmów oraz wydawnictw zawsze cieszy się dużym powodzeniem. Dołożyłem do wystawy swoje archiwalne zeszyty i wkrótce poczułem się jak eksponat muzealny, bowiem rodzice objaśniali dzieciom, jak to lata temu zbierało się wyniki z wyścigów i wklejało do zeszytów wycinki z gazet. Nie było: kopiuj, wklej, kliknij, zapisz. Były nożyczki, zeszyt i klej, którego czasem brakowało.

MECHANICY

Kiedy się wchodzi pomiędzy stanowiska mechaników, czuć zapach różnych smarów oraz słychać syk z pompek. Jest wielka różnica pomiędzy organizacją pracy w różnych zespołach. Te, które zdobywają najwięcej medali, są perfekcyjne i tę perfekcję widać także na stołach mechaników. Na wieczkach walizeczek bardzo wyraźnie, na kolorowo pooznaczane są wszystkie będące do dyspozycji tryby. Jest odniesienie do konkretnych zawodników.

Rowery są sprawdzane do ostatniej chwili przed startem. Mechanicy noszą je na ramieniu. Jeden z włoskich serwisantów pokazał mi, jak należy to robić właściwie. Trzeba je przenosić, bo podłoga i tor nie są czyste, a do opon może się wszystko przyczepić.

Bardzo intrygowała mnie zmiana korb na takie o innej długości. To się przekłada, w zależności od konkurencji i przełożenia, na szybkość reakcji napędu. Pytałem o tę strategię mechaników kilku narodowości. Czasem w zależności od okoliczności stosują ją włoscy mechanicy, najczęściej Francuzi. Dopasowują długość korb niekiedy w ostatniej chwili, wiedząc, jaką taktykę chce przyjąć podopieczny i z kim ma się zmierzyć w pojedynku.

© Adrian Grześków | SZOSA
© Adrian Grześków | SZOSA
TRENERZY I MASAŻYŚCI

Oni są jak ojcowie lub matki. Surowi, ale i wyrozumiali. Bardzo ciekawiło mnie zachowanie holenderskich szkoleniowców. Na linii startu podchodzą do swoich podopiecznych, coś im szepcą, a potem walą w ramiona i płuca z całych sił. Ponieważ każdy z Holendrów przypomina wielką szafę, to po torze rozlega się huk, jakby ktoś te szafy zatrzasnął. Mało kto z innych zespołów robi to tak efektownie.

O co chodzi? O motywację psychologiczną oraz fizyczne pobudzenie krążenia. Jak ktoś jest na starcie przymulony, to po takim przytupie czuje się, jakby wypił podwójne espresso. Są też inne sposoby motywacji. Jeden z magów czarował zawodniczkę z Litwy, rozganiając ruchami rąk przed jej postacią złe fluidy i przywołując te dobre. Widać było pozytywny skutek, bo Litwinka podczas całego tego spektaklu była odprężona i uśmiechnięta.

W drużynie Australii masażystka po zakończeniu wyścigu czesała i układała włosy swojej podopiecznej.

© Adrian Grześków | SZOSA
© Adrian Grześków | SZOSA
RESPEKT

A czasem jego brak. Damian Zieliński, najlepszy w historii naszego kolarstwa sprinter, występował w Pruszkowie już jako reporter, bo kończy swoją karierę. Jej ukoronowaniem mogło być uroczyste pożegnanie podczas tych właśnie mistrzostw. Nie wiadomo, kiedy będzie w Pruszkowie impreza podobnej rangi. Do takiej uroczystości potrzebni są kibice, byli konkurenci zmagań. Nic to nie kosztuje, a jest przyjemnym podziękowaniem za kolarski trud. Nie wyszło. Podobno z inicjatywą pożegnania wyszli Niemcy z berlińskiego welodromu. Smutne to i przykre.

DZIAŁACZE

Najpierw powiedział mi to Mieczysław Nowicki, potem potwierdził Janusz Pożak. Kiedyś sportowcy innych dyscyplin zazdrościli kolarzom, że ci nawet po zakończeniu kariery trzymają się razem. Potem coś pękło i wszyscy się ze sobą pokłócili, nie wiedząc tak naprawdę, dlaczego. Wacław Skarul przypuszcza, że jest to wynik genetycznej polskiej zawiści.

Z pewnością jest to materiał do ciekawych badań socjologicznych. Nie wnikając w te spory i oddalając winy te prawdziwe i te domniemane, należy stwierdzić, że każdy z kolejnych prezesów PZKol miał swój udział w tym, że mistrzostwa odbyły się w Polsce po raz drugi. Wojciech Walkiewicz wybudował tor, Wacław Skarul rozwinął kolarstwo torowe, Dariusz Banaszek otrzymał od UCI prawo do organizacji mistrzostw, a Janusz Pożak doprowadził, wbrew wszystkiemu, do realizacji tych planów.

© Adrian Grześków | SZOSA
© Adrian Grześków | SZOSA
SPONSORZY

Bez sponsorów i polityków mało która dyscyplina utrzymałaby się przy życiu. Sponsorzy mają swoje humory. Oficjalnym powodem masowego odejścia sponsorów z kolarstwa półtora roku temu była przede wszystkim afera obyczajowa, która tak po prawdzie dotyczy klubu sportowego, a nie związku. Afera ta miała bardzo zaciążyć na wizerunku sponsorów.

Na obecnych mistrzostwach niektórzy, z Orlenem na czele, wrócili do finansowania kolarstwa. Fajnie dla kolarzy, ale przecież przez ten czas nie wyjaśniono jeszcze żadnej afery obyczajowej czy gospodarczej, z wyjątkiem umieszczenia w areszcie jednej podejrzanej osoby.

Co się zatem zmieniło? Praktycznie kolarstwo jest dalej oplute, jak było. Dlaczego to teraz nie szkodzi sponsorom? Bo decyzja odejścia oraz powrotu była czysto polityczna. Teraz wszyscy się zastanawiają, czy po mistrzostwach logo sponsorów ponownie nie zniknie z kolarskich koszulek. Nikt tego nie wie.

ORGANIZATORZY

Będzie to ewenement w historii. Mistrzostwa, pod szyldem PZKol, organizował kto inny za rządowe pieniądze. PZKol robił… jakby za paprotkę. Inaczej w tej zawikłanej sytuacji nie można chyba było doprowadzić do przeprowadzenie mistrzostw na pruszkowskim torze. Jak nie ma pieniędzy i nie ma w federacji ludzi do pracy, bo każdy ucieka, to błędy mogą się pojawiać. I były. Nie rzutowały one na ogólnie dobry odbiór mistrzostw. Ci, którzy narzekają, niech sami zrobią imprezę w takich warunkach. Tych mistrzostw o mały włos mogło u nas nie być.

Chcesz czytać więcej?

Zaprenumeruj SZOSĘ