Od morza do morza, czyli o „Cyganie”, „Szeryfie”, „Bimbo” i „Kwiatku”

Nazywany jest „Wyścigiem Dwóch Mórz”, ponieważ prowadzi przez Włochy od wybrzeża Morza Tyrreńskiego do wybrzeża Adriatyku. Trasą o wyjątkowo zmiennym profilu, która przez siedem wyścigowych dni pozwala wykazać się i sprinterom, i kolarzom o wszechstronnych umiejętnościach. Rozgrywany w cieniu starszego i bardziej poważanego brata, Paryż-Nicea, przez zawodników nierzadko traktowany jest jako znakomite przygotowanie do klasyku Mediolan-San Remo.

© Tim De Waele | Sky Team

Koszulkę lidera założył w nim w 1983 roku Czesław Lang, który ścigał się wówczas dopiero drugi rok w zawodowym peletonie. Ale długo to Zenon Jaskuła był w nim najlepszym Polakiem – jako początkujący zawodowiec w 1990 roku zajął w klasyfikacji generalnej drugie miejsce. Michał Kwiatkowski w 2013 roku ukończył „Wyścig Dwóch Mórz”, wygrywając klasyfikację młodzieżową i zajmując czwarte miejsce w generalce, by w 2018 roku wreszcie stanąć na najwyższym stopniu podium z upragnionym trójzębem w ręku. A w 2020 roku Rafał Majka był trzeci.

Rekordowym, aż sześciokrotnym zwycięzcą, rok po roku od 1972 do 1977, jest Belg Roger De Vlaeminck. Jego osiągnięciu wciąż nikt nie dorównał.

Ryzykowny termin i wciąż ta sama trasa

Pierwsze edycje Tirreno-Adriático rozgrywane były już w okresie międzywojennym. Po dłuższej przerwie ideę rywalizacji na szosach rozciągniętych między dwoma morzami reaktywował znany włoski działacz kolarski i organizator wyścigów Franco Mealli. W 1966 roku wspólnie z redakcją dziennika „Il Messaggero” zorganizował wyścig pod nazwą „Trzy kolarskie dni Tirreno all`Adriático”. Wyścig został rozegrany między 11 a 13 marca na trasie prowadzącej z Rzymu do Pescary.

Mealli był bardzo odważny, dokładając do bardzo napiętego kalendarza wyścigów kolejny termin, w dodatku pokrywający się z uznanym już wówczas Paris-Nice (i tak zostało do dziś). Cztery dni po etapówce Mealliego odbywał się wyścig z Mediolanu do Turynu, dzień później Giro del Piemonte, a za dwa kolejne dni Mediolan-San Remo. Mealli więc bardzo ryzykował ze swoim terminem, a mimo to 11 marca o godzinie 10.30 na placu Apollodovo w Rzymie na starcie stawiło się 71 zawodników z 11 włoskich stajni. Pierwszy etap prowadził do Foligno, a pierwszym triumfatorem wyścigu został Dino Zandegu, który w 1962 roku razem z kolegami wygrał pierwsze w historii mistrzostwa świata w wyścigu drużynowym na szosie.

Mimo kolizji terminów z „Wyścigiem w Stronę Słońca” Tirreno-Adriático wpisał się na stałe do kalendarza imprez. Początkowo nie był jeszcze konkurencją dla rozgrywanego równolegle Paryż-Nicea. Startowały w nim tylko włoskie drużyny. Do Francji z Włoch były zapraszane 2-3 ekipy, więc pozostali kolarze mieli w wyścigu od morza do morza szansę na dobre przygotowanie się do startu w Mediolan-San Remo.

Podobnie jak termin utrwaliła się także trasa wyścigu, która zaczyna się w okolicach Rzymu na Morzem Tyrreńskim, przejeżdża przez Apeniny i kończy się czasówką w San Benedetto del Tronto nad Adriatykiem. Ponieważ wyścig rozgrywany jest na początku marca, często zdarza się, że jego przeprowadzenie zgodnie z programem blokuje zimowa aura. Mimo to w całej historii wyścigu tylko raz z powodu zimy anulowano jeden etap (w 2003 r.).

Alberto Arrival Losada na mecie 5. etapu Tirreno-Adriático (15 marca 2015 roku) prowadzącego z Esanatoglii do Terminillo z przewyższeniem 1675 m na dystansie 197 km.
© Tim De Waele | East News

Dotąd niepokonanym rekordzistą w liczbie zwycięstw w TA jest Belg Roger De Vlaeminck, zwany „Cyganem” ze względu na ciemną karnację skóry. Wygrał sześć razy z rzędu w latach 1972-77. Do wyścigu przygotowywał się zimą, startując w torowych sześciodniówkach oraz przełajach, w których był prawie tak samo doskonały jak jego starszy brat Eric. Najczęściej wygrywał Tirreno-Adriático dzięki bonifikatom zdobywanym na lotnych i końcowych finiszach. Najtrudniej poszło mu z ostatnim zwycięstwem, jego bezpośrednim i równie zdeterminowanym rywalem był wówczas Francesco Moser. Ponieważ rodak organizatorów nie był sprinterem, ale specjalistą od czasówek, szefostwo wyścigu postanowiło skomplikować nieco życie „Cyganowi”, likwidując wszystkie bonifikaty. Na nic się to zdało. De Vlaeminck wciąż był nie do pokonania.

„Dziecko” walczy z „Szeryfem”

W 1977 roku wśród debiutantów w zawodowym peletonie znalazł się 19-letni Giuseppe Saronni, który karierę rozpoczynał od startów na torze. Dwa razy był mistrzem kraju w sprincie wśród juniorów. Przeskoczył kategorię amatorów i natychmiast został zawodowcem. Miał talent, ale nikt go jeszcze nie traktował poważnie. Nawet jego trener z drużyny Scic zwracał się do niego „Bimbo”, czyli „Dzieciaku”. Gwiazdą włoskiego kolarstwa był wtedy starszy od niego o sześć lat Francesco Moser, którego ze względu na autorytet tytułowano w peletonie „Szeryfem”. Przez kilka kolejnych lat trwała zażarta walka między „Szeryfem” a „Bimbo”. Nie tylko na szosie, równie często na słowa. Przypominała ona mityczne pojedynki Fausto Coppiego i Gino Bartaliego.

Zdarzało się, że pilnujący siebie nawzajem „Szeryf” i „Bimbo” odpuszczali ważne ucieczki innych kolarzy i do upadłego walczyli na finiszu o to, który z nich będzie pierwszy, mimo że była to rywalizacja o… 34. miejsce. Potem na mecie jeden mówił dziennikarzowi o jedno słowo za dużo, dziennikarz szedł do rywala z pytaniem, co sądzi o tej wypowiedzi i oczywiście wybuchała wielka awantura, którą media żywiły się aż do kolejnego wyścigu. Najwięcej najpoważniejszych polemik rozgorzało właśnie podczas Tirreno-Adriático. Choć w zasadzie ten pojedynek ostatecznie zakończył się remisem. Obaj kolarze wygrali wyścig po dwa razy.

Rzym, Piazza del Popolo, 14 marca 1981 roku. Start 4-kilometrowego prologu Tirreno-Adriático, który – podobnie jak cały wyścig – wygrał Francesco Moser.
© Berry Stokvis | East News

Obraz wiecznych kłótni pomiędzy Moserem a Saronnim był w dużej mierze wykreowany przez włoskie media. Dowiedli tego dziennikarze francuskiego miesięcznika „Miroir du Cyclisme”, którzy zimą 1982 roku doprowadzili do tego, że obaj przeciwnicy spotkali się przy jednym stole w restauracji Tre Pini w Mediolanie. Zarówno Moser, jak i Saronni przyjęli zaproszenia bez zbytniego wydziwiania. O określonej godzinie stawili się w restauracji pod krawatami. Moser przyprowadził swoją żonę Clarę. Beppe przybył sam, bo jego małżonka tego dnia czuła się źle. Oczekiwała narodzin dziecka. Nie było inwektyw, nie było oskarżeń ani tym bardziej rzucania szkłem. Zdumionym dziennikarzom ukazał się obraz dwójki wielkich mistrzów, którzy co prawda nie darzyli się wielką przyjaźnią, ale odnosili się do siebie z szacunkiem.

Polskie akcenty

Czesław Lang wbrew obiegowym opiniom ani nie był pierwszym polskim zawodowcem w światowym peletonie, ani nie był pierwszym zawodowcem z krajów komunistycznego bloku wschodniego. W żaden sposób nie umniejsza to jednak jego sukcesu z 1983 roku, a był to dopiero drugi sezon w jego zawodowej karierze. W tym samym roku Lang znalazł zatrudnienie we włoskiej fabryce lodów Gis Gelati. Nie miał „kręcić lodów”, ale tak kręcić pedałami, by pomóc swojemu nowemu liderowi, którym był Moser.

Wyścig rozpoczął się prologiem na dystansie 9,5 km w Santa Severa. Lang zawsze był specjalistą od czasówek i teraz niespodziewanie wykręcił najlepszy czas, co dało mu zwycięstwo i prowadzenie w wyścigu. Polak przewodził stawce jeszcze przez jeden dzień. Nazajutrz etap z Santa Marinella do Lago di Vico zakończył się finiszem z peletonu, który wygrał Guido Bontempi, zwany „Cyklonem”, przed Saronnim. Langowi wystarczyło, że dojechał w peletonie. Drugi etap kończył się podjazdem na Monte San Pietrangeli. Najszybciej wjechał tam Moreno Argentin z przewagą 3 sekund nad grupką, którą przyprowadził Saronni przed Moserem. Lang w końcówce puścił koło, co spowodowało, że stracił prowadzenie, ale wyścig ukończył na 4. miejscu.

Francesco Moser wygrał „Wyścig Dwóch Mórz” dwukrotnie, rok po roku w 1980 i 1981. Jego największym rywalem był młodszy o sześć lat Giuseppe Saronni, z którym toczył również pojedynki na słowa.
© Berry Stokvis | East News

Lech Piasecki wygrał dwie czasówki w 1987 i 1989 roku i przez jeden dzień był liderem wyścigu. Jeszcze lepszy był Zenon Jaskuła. W 1990 roku debiutował jako zawodowiec w zespole Diana-Colnago-Animex. W TA pojechał razem z Saronnim, który kończył już karierę. Wyraźnie dominował Tony Rominger. Szwajcar zapewnił sobie zwycięstwo na drugim etapie kończącym się 5-kilometrowym podjazdem. Rominger uciekł rywalom już na 32 km przed metą i dojechał do niej z prawie dwuminutową przewagą. Po południu była górska czasówka do Ravello. Jaskuła był w niej ósmy, ale awansował już na trzecie miejsce. Zaatakował na kolejnym etapie i przesunął się na pozycję wicelidera wyścigu. W końcowej czasówce był trzeci i ostatecznie uplasował się na drugim miejscu, o 2,31 min za Romingerem. Jest to najlepszy w historii wyścigu wynik Polaka.

Potem dobre rezultaty uzyskiwał jeszcze Zbigniew Spruch, który w 1998 roku ukończył wyścig na piątym miejscu. Bardzo dramatyczne chwile w 2002 roku przeżył Piotr Wadecki, który po sprincie na metę pierwszego etapu wpadł na Włocha Antonio Salomone. Na skutek kolizji Polak uderzył głową o asfalt i choć początkowo nie stracił przytomności, został odwieziony do szpitala.

W minionej dekadzie elektryzowały nas wyczyny Michała Kwiatkowskiego. W 2013 roku „Kwiato” został na jeden etap liderem wyścigu, a ostatecznie ukończył go na czwartym miejscu za takimi gigantami, jak: Vincenzo Nibali, Christopher „Chris” Froome i Alberto Contador. Rok później „Kwiatek” liderował już przez dwa dni i uplasował się na koniec na 18. pozycji. W 2018 roku, ku wielkiej radości nas wszystkich, wygrał tę etapówkę. Przed nim, na 15. miejscu wyścig ukończył Bartosz Huzarski.

Tekst: Piotr Ejsmont

Artykuł ukazał się w SZOSIE 2-2016 KLASYKI, dostępnej także wersji CYFROWEJ

Chcesz czytać więcej?

Zaprenumeruj SZOSĘ!

Written By
More from Redakcja

„Przeciętny” rekordzista

Ustanowił na rowerze dziewięć rekordów Guinnessa w indywidualnej jeździe długodystansowej i w...
Czytaj więcej