TĘCZA TĘCZY NIERÓWNA

Pięciokolorowy pasek, który na białym trykocie poniesie dumnie w świat zwycięzca, to dożywotni prestiż. I marzenie każdego zawodowego kolarza i kolarki. Sęk w tym, że samym prestiżem jeszcze się nikt nie najadł

Tekst: Arkadiusz Wojtas
Zdjęcie: kramon

Podczas gdy sezon szosowych wyścigów naturalnie zbliża się do kulminacji w mistrzostwach świata, jak co roku w tym czasie zastanawia mnie paradoks kolarskiej tęczy. Być może dziwnie to zabrzmi, ale tęczowy koszul dla kolarza to zazwyczaj zwieńczenie dobrego sezonu i JEDYNIE wisienka na torcie jego zawodowstwa. Natomiast dla kolarki to przepustka do dalszego rozwoju, to dla niej WSZYSTKO i tak zwany MUS – jej być albo nie być. Zwłaszcza że mistrzynie co roku mogą być tylko dwie (nie licząc zwycięstwa drużynowego), z czego tęcza tej z pań, która wygra w wyścigu ze startu wspólnego, będzie świecić w przyszłym sezonie najczęściej. W oczach sponsorów i menedżerów drużyn z największym budżetem jest więc ona najbardziej pożądana.

Jeśli chodzi o chłopaków, oczywiście żaden z nich nie jedzie na mistrzostwa świata na totalnym luzie, ale faktem jest, że większość z nich swoje kontrakty ma praktycznie przyklepane już po Tour de France i na starcie mistrzostw staje raczej bez presji. Żaden właściciel męskiej drużyny kolarskiej nie czeka bowiem do mistrzostw, by skompletować skład zespołu na przyszły sezon, bo szybko okazałoby się, że nie ma z czego wybierać. Pierwszego sierpnia w męskim peletonie jest więc zazwyczaj „pozamiatane”, najlepsze karty z talii rozdzielone, a najzamożniejsi gracze mogą chwalić się rozdaniem, publikując listę intratnych transferów. Asy, królowie i walety śpią więc spokojnie, podczas gdy królowe sznurują portki na wojnę.


Dużo mniej jest w kobiecym peletonie telewizji, co nie pozwala kolarkom negocjować stawek podobnych do kolegów z branży. Co więc z olimpijską ideą, do której bezpośrednio nawiązują kolory na koszulce kolarskiego mistrza i mistrzyni świata?


A wszystko przez nierówność płac. Zaglądając w budżet przeciętnej męskiej drużyny, zobaczymy, że roczny kontrakt średniej klasy pomocnika waha się w granicach 300-350 tys. euro, a najlepsi zawodnicy dostają od 500 tys. do miliona euro. Podczas gdy najlepsze kolarki na świecie mogą negocjować roczne wynagrodzenie od 30 do maksymalnie 65 tys. euro. Nie ma znaczenia, że przez większość sezonu, podczas niezwykle wymagających wiosennych klasyków czy ważnych etapówek, regularnie meldują się w pierwszej dziesiątce, a nawet zwyciężają. Najważniejsza dla sponsora kobiecego kolarstwa jest magiczna tęcza. Tylko mistrzyni świata może liczyć na podpisanie dwuletniego kontraktu w granicach 100 tys. euro.

Zawsze drażnił mnie fakt nierównych pensji kobiet i mężczyzn uprawiających zawodowo sport, a przy okazji nieodległych zmagań kolarskich w Innsbrucku temat odżywa na nowo. Nie przemawia do mnie argument, że „kolarstwo kobiet jest mniej widowiskowe”, bo absolutnie nie jest to prawdą. Mniej, i to dużo mniej, jest jedynie w kobiecym peletonie telewizji, co właśnie nie pozwala kolarkom negocjować stawek podobnych do kolegów z branży. Co więc z olimpijską ideą, do której bezpośrednio nawiązują kolory na koszulce kolarskiego mistrza i mistrzyni świata? Równe szanse, zasady fair play, wszystkie dążenia, umiejętności, talent i siła woli? Kolarze, bez względu na płeć, są na tak. Bezlitosny sportowy biznes ma niestety co najmniej kilka wymijających odpowiedzi, a mistrzowska tęcza mistrzowskiej tęczy wciąż pozostaje nierówna.

Tekst ukazał się w SZOSIE 5/2018 Mistrzostwa Świata, dostępnej także wersji CYFROWEJ

Chcesz czytać więcej?

Zaprenumeruj SZOSĘ w natychmiast dostępnej wersji cyfrowej