Takie buty

Kiedy mowa o kolarskiej odzieży, w tym butach, na myśl na ogół pierwsze przychodzą Włochy. Może dlatego, że uważane są zarówno za kolebkę kolarstwa, jak i wyrafinowanego designu. Też tak myślałem, dopóki nie usłyszałem o Tadeuszu Zadrożnym – kolarzu i zarazem wyjątkowym szewcu, specjalizującym się w kolarskim obuwiu. W „zadrożniakach” ścigali się zwycięzcy Wyścigu Pokoju, zjeżdżający na przymiarki do małego mieszkanka ich wytwórcy na warszawskim Powiślu.

Jak powstały pierwsze buty kolarskie, słynne w peletonie „zadrożniaki”?

W tamtych czasach w Polsce nie było żadnej firmy, która szyłaby buty kolarskie. Początkowo kolarze jeździli więc w trampkach czy tenisówkach, bez żadnych bloków. Po jakimś czasie każdy szanujący się zawodnik szukał szewca, któremu zlecał zrobienie butów dla siebie, na specjalne zamówienie.

Wciąż jednak nie było na polskim rynku takich butów, jakie powinny być. Pewnego dnia Stanisław Gazda, który był wtedy w kadrze, przyjechał pochwalić się swoim kolarskim obuwiem. Popatrzyłem na te buty i dość odważnie zapytałem: „Pożyczyłbyś mi jeden taki but, bo chciałbym sobie zrobić jakiś model z tego”. Zabrałem to obuwie do domu, znalazłem modelarza i wspólnie stworzyliśmy kopyto.

W wykonaniu potrzebnych form z kolei pomagał mi cholewkarz. Nieco tam żeśmy zmienili – puściliśmy po ich zewnętrznej stronie takie dwa paski, trochę na wzór tak popularnego wtedy obuwia Adidasa. Pierwsza para powstała w 1958 roku, uszyłem ją dla siebie. Musiałem je przede wszystkim objeździć, żeby wiedzieć, co tam piszczy, gdzie uciska…

Jak tylko zrobiłem te pierwsze buty, każdy mój kolega chciał mieć takie same. I właśnie od tego momentu zacząłem je wykonywać w pełnym znaczeniu tego słowa. Pierwsza para, druga, trzecia, czwarta… Wkrótce ścigali się w nich niemal wszyscy. Dzięki coraz większej liczbie testerów zacząłem je udoskonalać. Jednego z moich kolegów bardzo piekły podeszwy, bo początkowo wykorzystywałem blank – skórę wyprawianą metodą chemiczną. Dopiero później wyprawiano ją środkami roślinnymi, co było bardziej pracochłonne, ale ekologiczne, więc podeszwa nie parzyła w stopy.

Tu warto zaznaczyć, że podeszwy tych butów były w całości skórzane! Nie było w nich żadnego tworzywa.

Słyszał pan zapewne o Gazellach? (Pokazuję panu Tadeuszowi oryginalne francuskie buty marki Gazelle, które udało mi się niemal cudem dorwać, kiedy wybierałem się na kalifornijską L’Eroicę).

No tak!

Pewnego dnia odezwał się do mnie człowiek z wałbrzyskiej firmy, która produkowała już wtedy buty kolarskie. Chciał ode mnie model. Na to ja: „Panie, co mi z tego, że ja wam sprzedam model?”. „No myśmy chcieli produkować!”. „To ja produkuję te buty, a wy możecie stworzyć własne modele”.

Myślałem, że temat jest zamknięty, ale kolarz, który je ode mnie kupił, zawiózł im te buty. Rozebrali na części i poskładali własnym sposobem. Nie włożyli jednak blach tak, jak należy, nie było gięcia kopyta… Bo ja, jako zawodnik i zarazem szewc, wiedziałem, co w tym bucie „piszczy”. Oni nie wiedzieli, ale ja na swoim tyłku przerobiłem wszystko (śmiech).

Chciałem o to właśnie zapytać. Ścigał się pan na szosie, w przełajach i na torze. Czy ta suma doświadczeń złożyła się na to, że wiedział pan, jak ten but kolarski powinien wyglądać?

Kolarskie buty w tamtych czasach były jednakowe – nieważne, czy służyły do jazdy na torze, czy na szosie. Teraz natomiast są same innowacje!

Buty kolarskie zazwyczaj mają prostą podeszwę, moje natomiast miały charakterystyczne gięcie. Ono było specjalne robione ze stalowej blachy. Wtedy prywatnie mało co z potrzebnych materiałów można było dostać. Kupowałem więc piły do rżnięcia drzewa, które cięliśmy na kawałki i dzięki formie, przystosowanej do rozmiaru buta wykonywaliśmy usztywniające wkładki. Był taki moment, że chyba w całym powiecie garwolińskim wszystkie piły zostały przez mnie wykupione (głośny śmiech).

Czyli wszystko zaczęło się tak naprawdę od kopyta?

Tak, jak najbardziej! Mając swoje autorskie kopyto, później je tylko udoskonalałem – tu coś podpiłowałem, tam coś nadłożyłem. W końcu powstała tzw. matka, czyli już w pełni dopracowane kopyto. Kopyta były wtedy z drewna, dopiero później zaczęto je produkować z plastiku, który jest bardziej wytrzymały na zbijanie, bo takie kopyto się opukuje młotkiem.

Jak już miałem „matkę” i chciałem robić różne kopyta, czy też zrobić je w innym miejscu, to przekazywałem ją do kopyciarzy, którzy – jakby nie patrzeć – mieli różne podejście. Jeden ją chciał, drugi wcale jej nie potrzebował. Natomiast to, co wyróżniało te moje buty, to charakterystyczne paski po bokach z podwójnej skóry od środka, ta piętka wystawała…

To wszystko było jakimś rodzajem naśladownictwa, ale te buty były jednak zupełnie inne niż wszystkie. Nie mam niestety obecnie żadnej pary, bo tak się akurat złożyło, że jak tylko skończyłem karierę, to podarowałem komuś swoje buty. Powiedziałem sobie, że skoro mam kopyto, to przecież sobie zrobię nową parę. Nie ścigałem się już jednak więcej i nie były mi one potrzebne.

Dla których znanych polskim kibicom kolarzy robił pan wówczas buty?

Dla wszystkich kolarzy w Polsce!

Czyli i Szurkowski, i Szozda…

No a jak! Na pamięć znam rozmiary obuwia każdego polskiego kolarza! (śmiech). Ryszard Szurkowski – 42,5, bo on ma dużą stopę, Tadeusz Mytnik – 43, Kowalski, ten z Poznania – 41, Gazda – 40, Gawliczek – 39, Hanusik – 41… To było mocne obuwie, bo używałem dobrej jakościowo skóry, ale po około dwóch latach już nie nadawało się do użytku. Wszystko przez jazdę w różnych warunkach – rzęsisty deszcz, palące słońce, czasem śniegi na początku roku… A skóra pracuje. Sam pan wie, że jak złapie nas deszcz i przemoczymy koszulę, to później bez prasowania ona nie będzie w dobrej kondycji. Podobnie jest ze skórą w butach kolarskich.

Nawet Greg LeMond jeździł w moich butach, bo swego czasu trenował w Łodzi. Ściągnął go tam słynny Eddie B. (Edward Borysewicz, legendarny trener nazywany często ojcem amerykańskiego kolarstwa – przypis red.). Z nim też się ścigałem. Pamiętam, że na czasówkach potrafiłem go dogonić i objechać, przez co był na mnie „cięty” (głośny śmiech). Nie dawałem mu usiąść na koło. Zawsze gdy do niego podjeżdżałem, to chwilę jechaliśmy razem, a potem gwałtownym zrywem go wyprzedzałem. Już nie potrafił utrzymać mi koła i odpadał.

(…)

Rozmawiał: Dominik Rukat
Zdjęcia: Saniewska Ada | Velo Classic Poland, archiwum prywatne Tadeusza Zadrożnego

Cały wywiad przeczytasz w SZOSIE 4-2020 „Peleton” dostępnej także w wersji cyfrowej.

Chcesz czytać więcej?

Zaprenumeruj SZOSĘ!