Stożek, szytka, bar

Dla jednych to przedmiot lansu, inni wykorzystują je do rozwijania większych niż dotąd prędkości. Niektórym chodzi tylko o szum, który powodują, a są i tacy, którzy mają bzika na punkcie wagi i najchętniej odchudziliby je do granic możliwości. Nie ulega wątpliwości, że koła to nieodzowny element roweru (bez nich nie pojedziemy), o tyle istotny, że nawet z niepozornej szosówki mogą zrobić świetną maszynę. Bardzo wiele wnoszą też do aerodynamiki. Jednym zdaniem – muszą być szybkie, dobrze wyglądać i bezawaryjnie się sprawować

Tekst: Michał Gołaś
Zdjęcie: kramon

Kiedy zaczynałem się ścigać, szczytem naszych marzeń były Mavic Cosmic, aluminiowe stożki, które wtedy były technologią zaczerpniętą prosto z NASA. W klubie w każdej kategorii było nas kilkunastu zawodników, więc sprzętu zawsze brakowało, był to zatem rodzaj motywacji. Tylko najlepsi dostawali takie koła na ważne wyścigi. Trzeba było się sprawdzić na treningach, przejechać czasówkę powyżej 40 km/h, żeby na wyścig dostać ten bonus, który pozwalał fruwać. O szytkach wprawdzie nie było mowy, ale dobre opony były w pakiecie. Człowiek jechał i modlił się, żeby tylko nie złapać gumy i broń Boże nie połamać „Cosmików” w kraksie, bo trener mógł za to głowę urwać.

W kolejnych latach pojawił się karbon, więc stożek był z włókna węglowego, a sama obręcz aluminiowa – kolejny atut, który pozwalał być szybszym od reszty. Na czteroramienne Spinergy nigdy się nie załapałem, za to jeździłem na dysku i z przodu miałem małe koło. Oczywiście rowerów czasowych też brakowało, więc czasami kilku zawodników dosiadało tę samą maszynę, trzeba było tylko przestawić wysokość siedzenia.

Karierę zawodową zacząłem od mocnego uderzenia. O ile nowy Canyon robił wrażenie, o tyle o „Lightweightach” nikt nawet nie marzył. Przecież nie muszę wam tłumaczyć, ile się kół łamie, gdy w zespole jest trzydziestu kolarzy. Największym problemem były brukowane klasyki, tam wpadliśmy niczym słonie uzbrojone w porcelanę, czy jakoś tak. Jedynym rozwiązaniem była inna manufaktura, produkująca aluminiowe Ambrosio na niskim stożku, zaplatane w belgijskim warsztacie. Do tego gumy, które suszyły się na strychu przez kilka lat, żeby uzyskać odpowiednie właściwości. Pamiętam minę Steffena Wesemanna, kiedy zobaczył Ambrosio dwa dni przed Flandrią. Był już wtedy u schyłku swojej kariery, wygrał prawie wszystko, co się dało w Belgii, lubił pić Duvela (pewnie przed kolacją wypił ze dwa na lepsze trawienie) i cieszył się z tych kół jak młodzik. Mimo że od Flandrii 2008 minęło już parę dobrych lat i teraz jeździ się tylko na karbonie, to kiedy zobaczyłem takie „aluminiaki” u nas w magazynie, od razu kupiłem trzy komplety – niech powiszą na moim strychu, kiedyś będę je zakładał na niedzielę, żeby poszpanować.

Mniej więcej na ten okres datuję schyłek aluminium w zawodowym peletonie. Teraz nawet Roubaix jedzie się na karbonowych stożkach, żeby zwiększyć komfort. Ingeruje się też w konstrukcję ramy, montuje amortyzatory i inne cuda… Wtedy wystarczały aluminiowe Ambrosio. Obecnie większe znaczenie ma ogumienie – skoro koła są ekstremalnie sztywne, to trzeba wybrać bardzo sprężyste szytki, które będą miały także niskie opory toczenia. Do tego zalewa się je mleczkiem uszczelniającym, które powoduje, że przy małej dziurce możemy kontynuować wyścig co najmniej do momentu, kiedy zrobi się nieco spokojniej, żeby szybko zmienić koło.

Odchodząc już od Belgii, tendencja jest taka, że wracamy do szerszego ogumienia. 25 mm to standard, 26 mm nie zmienia wiele, a zdarzają się wyścigi, które jedziemy na 28-milimetrowych szytkach. Ważne tylko, żeby uwzględnić ciśnienie dostosowane do wagi kolarza – w suchych warunkach to 7,5 i 8 barów przy mojej wadze, ale oczywiście wszystko zależy od producenta. Zapomnijcie o tym, że „im twardziej, tym lepiej niesie”. Każda opona ma swój górny limit, przy którym nie poprawiają się opory toczenia, zmniejsza się tylko komfort i bezpieczeństwo. Pewnie dobrze pamiętacie, kiedy napompowaliście opony na maksa, po chwili zaczął padać deszcz i pierwszy zakręt był już waszym ostatnim tego dnia.

Ciśnienie należy też dostosować do tego, jaka jest wysokość stożka. Ja sam odczuwam, że na kołach wyższych niż 50 mm można odjąć minimalnie, żeby zwiększyć komfort. Nadmierna sztywność, jeśli o czymś takim ogóle można mówić, to jedyny minus wysokich kół. W innym przypadku powiedziałbym – im wyższe, tym lepsze. Zyskujemy na aerodynamice, a sami wiecie, że jeździ się coraz szybciej. Ostatecznie ważą kilka gramów więcej, ale jakbyśmy się z rowerem zważyli, to pewnie są to jakieś promile. Do tego nasz rower wygląda niczym bolid, jesteśmy bardziej zmotywowani tylko od patrzenia i uzyskujemy wartość dodaną w procentach. Staram się przekonywać też do tego klientów swojego sklepu, czasami warto kupić rower na nieco gorszym osprzęcie i dołożyć trochę pieniędzy za koła, żeby uzyskać lepszy efekt i wyniki.

W Team Ineos mechanicy codziennie pytają, na jakich kołach chcemy przejechać następny etap, jakie przełożenie zastosować, bo kolarze bywają kapryśni. Tuż przed startem regulowane jest ciśnienie z uwzględnieniem najnowszych prognoz. Cytrynką nie smarujemy. Staram się też nie panikować i nie spuszczać ręcznie powietrza na starcie – zawsze można trochę ostrożniej wejść w kilka pierwszych zakrętów i sprawdzić przyczepność. Z założenia nie wchodzę też do ciężarówki mechaników, nie sprawdzam, czy śruby są dokręcone i koła dopięte. Przez trzynaście sezonów nie miałem większych problemów, więc chyba mogę powiedzieć, że zawsze pracowałem z zawodowcami.

My, „prosi”, wszystko mamy podane na tacy, rower na tip-top, musimy sobie tylko wybrać konfigurację z puli, jaką daje nam producent. Jest to ogromny plus, ale zapewne kiedy tylko ostatni raz odepnę numery z koszulki, zacznę śledzić wszystkie wątki na forach, będę znał gramaturę szprych i obręczy. Stworzę sobie minimalistyczny sprzęt, na niskich stożkach i gołej, jak na mnie przystało, ramie. Nie oszukujmy się, radość z jazdy to jedno, ale nieustanne dopracowywanie naszego sprzętu to równie ważna sprawa. Nie ma lepszego zajęcia na jesienne wieczory!


Michał Gołaś – jeden z najlepszych pomocników, którego od lat w swoich szeregach zazdrośnie trzyma Team Ineos (wcześniej Team Sky). W 2012 roku zdobył tytuł Mistrza Polski w wyścigu ze startu wspólnego, odtąd jeździ z flagą Polski na rękawku. Rok wcześniej wygrał klasyfikację górską Tour de Pologne. Kiedy nie trenuje, nie ściga się, nie zajmuje w Toruniu swoim sklepem i serwisem rowerowym Gołaś Bikes lub nie bawi się ze swoimi dziećmi, zabawia się słowami i dla SZOSY w błyskotliwych felietonach z dużą dozą humoru opisuje kolarską zawodową rzeczywistość.


Tekst ukazał się w SZOSIE 6/2019 Koło, dostępnej także wersji CYFROWEJ

Chcesz czytać więcej?

Zaprenumeruj SZOSĘ!

Written By
More from Redakcja

Cały bidon soku z imbiru, czyli I Kongres Kolarski

Pierwszy Kongres Kolarski, który odbył się w Sopocie w dniach 28-29 listopada...
Czytaj więcej