Spod palców masażysty

Wielki tour kojarzy mi się z syzyfową pracą. Codziennie dwustu zawodników zmaga się z ogromnym głazem, ale tylko jednemu z nich udaje się danego dnia wtoczyć go na górę i podnieść ręce w geście zwycięstwa. Nazajutrz wszyscy bez wyjątku zaczynają zabawę od nowa

Tekst: Arkadiusz Wojtas
Zdjęcia: Kristof Ramon

Moja część pracy jest niewątpliwie najprzyjemniejszą składową tego syzyfowego wzywania. Od palców stóp aż po czubek głowy – kolarz przez ponad półtorej godziny dziennie jest zdany na moje umiejętności, polega na moim doświadczeniu i… dyskrecji. Bo czas spędzony na masażu to nie tylko chwila relaksu dla ciała, ale również jeden z najważniejszych momentów dnia, kiedy zawodnik może również swojego ducha walki „postawić na nogi”.

Żeby przetrwać trzytygodniowy wyścig, nie wystarczy świetna forma. Niezależnie od fizycznych możliwości i kolejnych progów mocy generowanych przez nasze nogi nadal pozostajemy ludźmi, dlatego kluczem do zwycięstwa nad słabościami ciała jest właściwa regeneracja. Jednak nawet najbardziej zrelaksowane ciało nie pojedzie bez odpowiedniej motywacji. 

Kiedy kolarz kończy swą pracę, wjeżdżając na linię mety, zaczyna się najważniejsza część mojej zmiany i związana z nią gonitwa z czasem. Najpierw wkładam kolarzowi do ręki ulubioną paczkę żelków – najlepszy, najprostszy i najszybszy sposób na natychmiastowe uzupełnienie cukru we krwi. Zaraz potem wręczam mu bidon z napojem regeneracyjnym. Po kontroli antydopingowej i rozjeździe na trenażerze jest czas na odświeżający prysznic w autobusie, po którym czyściutki i pachnący zawodnik dostaje miskę ryżu z tuńczykiem lub omletem. Oczywiście wszystko odmierzone w zależności od straty wagi, jaką kolarz poniósł podczas danego etapu. Dzięki temu, że każdy zawodnik waży się zawsze przed startem i po powrocie do autobusu, wiem dokładnie, ile białka i węglowodanów musi spożyć w pierwszym konkretnym posiłku po tak dużym wysiłku fizycznym. Transfer do hotelu, podczas którego na nogach obowiązkowo uciskowe opaski kompensacyjne i okłady ze schłodzonych kompresów żelowych uszytych na miarę ud każdego zawodnika. Kolarze sami decydują, czy smarować nogi maścią chłodzącą, czy obkurczyć naczynia krwionośne w steranych mięśniach za pomocą żelowych okładów. Wybierając najkrótszą drogę do hotelu, w lusterku wstecznym widzę wtedy – zamiast głów zawodników – 9 par zmęczonych stóp szukających ulgi na oparciach foteli.

W hotelu główny punkt programu to masaż, a mam godzinę i trzydzieści minut, żeby się wykazać i przynieść swemu podopiecznemu ulgę. Technik masażu jest wiele, więc nie sposób trzymać się jakiegoś podręcznikowego wzoru, według którego ciało kolarza po całym dniu jazdy trzeba potraktować tak, a nie inaczej. Rodzaj masażu i długość czasu poświęconego opracowywanemu miejscu na ciele dopasowuję do kondycji mięśnia, a jego stan po prostu czuję pod palcami. Jeśli zawodnik tego dnia jechał w ucieczce, to wiadomo, że jego mięśnie będą wypłukane z glikogenu i – jak to się określa w naszym żargonie – „puste”. Nie ma wtedy sensu maltretować zakwaszonych nóg i przysparzać kolarzowi cierpienia, należy się raczej skupić na tym, by jak najbardziej go rozluźnić, starając się przy tym minimalizować odczucie bólu. Tu zawsze pomaga rozmowa, ponieważ pozwala oderwać myśli od obolałych miejsc na ciele i nierzadko, pod względem psychologicznym, ma znaczenie terapeutyczne. Możliwość omówienia dnia z osobą, która mówi w tym samym języku, czy najzwyczajniejszego wygadania się i podzielenia sprawami prywatnymi – to niewątpliwie kolejny kamyczek do ogródka kolarskich „marginal gains”. Właściwej regeneracji sprzyja więc nie tylko poprawne rozluźnienie ciała, ale wolna od negatywnych myśli głowa. 

Walka o dobrze przejechany dzień następny zaczyna się dnia poprzedniego na stole u masażysty od wzbudzenia motywacji do dalszej jazdy. Rano drużyna powinna zobaczyć swojego lidera pełnego wigoru i woli walki, z kolei lider powinien czuć, że jego determinacja udziela się również wszystkim pomocnikom. Nie sięgając daleko, za przykład może posłużyć wycofanie się Alberto Contadora z walki o zwycięstwo w tegorocznym Tour de France. Na taką decyzję jednego z niekwestionowanych liderów wyścigu miały wpływ nie tylko obrażenia, jakich doznał podczas dwóch pierwszych etapów wyścigu, i alergia, z którą dzielny Hiszpan walczy co roku o tej samej porze. Nie dowiemy się, czy Alberto najpierw naderwał mięśnie, czy wcześniej zabrakło mu motywacji do dalszej jazdy, jednak faktem jest, że bez wiary w lidera i bez mentalnego wsparcia ze strony wszystkich członków ekipy duch walki umiera nawet w największym wojowniku. Innym przykładem na siłę psychiki może być postawa Rafała Majki po przytaczanym już wielokrotnie przeze mnie etapie jazdy indywidualnej na czas podczas ubiegłorocznej Vuelta a España. 

Tego dnia na moim stole „Zgred” wylądował kompletnie rozbity, załamany i z poczuciem, że stracił podium. To był właśnie jeden z tych masaży, kiedy rozluźniając ciało zawodnika, staram się „rozmasować” przede wszystkim jego głowę i sprawić, by na nowo uwierzył w siebie. Wiem, co czuję pod palcami, i wiem, na co stać ciało w danym momencie wyścigu, dlatego z całą odpowiedzialnością mogę kopnąć w tyłek na szczęście takiego zawodnika jak Rafał i powiedzieć: „Dasz radę!”. Na drugi dzień rano Majka zaskoczył wszystkich członków drużyny swoim pozytywnym nastawieniem i wolą walki na tyle, że nawet niechętnie zabierający się w odjazdy Jesús Hernández postawił tego dnia na szalę wszystkie swe siły, by pomóc „Zgredowi” sięgnąć po upragnione podium.

Sprzęt i odzież kolarska oraz rozwój technologii, w jakiej są wykonywane, podejście do treningu, ścisła dieta, ciągłe badania i wykwalifikowana obsługa – mam wrażenie, że zrobiono już wszystko, by pokonać granice fizyki i pobić kolejne kolarskie rekordy. Taka refleksja z kolei i wspomniane wyżej doświadczenia prowadzą mnie do stwierdzenia, że oto otworem stoi przed nami ogromne i niezagospodarowane jeszcze w pełni pole rozwoju, jakim jest psychika zawodnika. 

Tekst ukazał się w SZOSIE 3-2017 dostępnej także w wersji cyfrowej

Chcesz czytać więcej?

Zaprenumeruj SZOSĘ!