Rose X-Lite Six Disc

Nie sposób się oderwać od tego czarno-białego cuda (od kota Józka też)

Rowery Rose, choć zawsze słyszałem wyłącznie dobre opinie o ich walorach technicznych, nigdy specjalnie mi się nie podobały. Dlatego gdy wyciągnąłem najnowszego X-Lite Six’a z kartonu, nie mogłem uwierzyć w to, co widzę.

Bo najnowszy X-Lite Six Disc dosłownie mnie zauroczył. Nowoczesne, ale nie wyzywające kształty. Idealne proporcje. Proste wzornictwo i klasyczny dobór kolorów. Połączenie matowych i błyszczących powierzchni. Nowe logo. Z miejsca spodobało mi się wszystko. Zresztą, pomijając wygląd, i tak trudno byłoby nie ulec wdziękowi roweru z wagą poniżej limitu UCI, z daleka błyszczącego Dura-Acem Di2, tarczówkami i karbonowymi stożkami, a jednocześnie tańszego o niemal połowę od podobnych modeli najbardziej popularnych marek.

Skąd takie ceny? No cóż… z Internetu. Rose sprzedaje wyłącznie online i dużo oszczędza na dystrybucji. Bo raczej nie na kosztach pracy, skoro mają siedzibę w Niemczech (Bocholot), gdzie zatrudniają prawie 300 osób. Co ciekawe, to rodzinna firma, która produkcją i sprzedażą rowerów zajmuje się od – uwaga – 1907 roku! Model sprzedaży wysyłkowej stosuje od lat 80-tych – najpierw za pomocą katalogów wysyłanych pocztą, a później sklepu internetowego. Na Rosebikes.pl poza rowerami Rose można kupić też części, akcesoria i odzież innych marek – jest to więc zarazem strona producenta roweró, jak i duży sklep internetowy. Taki nietypowy Mischung.

Jest jeszcze jedna istotna sprawa – rowery Rose są składane na zamówienie. Gdy kupujesz konkretny model, dobierasz poszczególne elementy wyposażenia spośród dostępnych w konfiguratorze wariantów. Taki semi-custom, który być może odstraszy początkującego, ale spodoba się zaawansowanemu kolarzowi mającemu konkretne oczekiwania wobec sprzętu, a także ustawienia pozycji.

Rose X-Lite Six Disc, który zamówiliśmy do testu, również powstał w konfiguratorze. Mogliśmy wybierać spośród grup osprzętu Shimano od Ultegry w górę, a także Force i Red eTap AXS. Kokpit – różne modele Ritcheya, siodła SLR i Flite od Selle Italia, koła – Rose, DT Swiss lub Zipp. Można też przebierać w drobiazgach takich jak owijki, koszyki na bidon, pedały.

Wyszedł z tego bardzo lekki rower. Mimo że znałem jego dokładną specyfikację, i tak przy pierwszym kontakcie zrobił piorunujące wrażenie. Nawet jeśli nie jest się maniakiem lekkiego sprzętu, wyciąganie z pudła 6,7-kilogramowego cuda jest niecodziennym przeżyciem.

No, ale dość o wyglądzie, wyposażeniu i wadze. Bo najlepsze zaczęło się, gdy wyszedłem pojeździć. Coż to za rower! Dynamiczny, sprężysty, nieustannie się do czegoś wyrywający – do stanięcia w korby, do sprintu, do skoku. Prowadzi się, owszem, nieco nerwowo i trzeba go uznać za rower dla zaawansowanych. Przód ramy jest bardzo sztywny, co przekłada się na precyzję prowadzenia. W zakrętach precyzyjny jak skalpel. Na podjazdach nie pozwala się nawet zastanowić – od razu wyrywasz do przodu. Na płaskich odcinkach momentalnie chwytasz dolny chwyt i zaginasz się, ile możesz.

Co tu dużo mówić, X-Lite to rower do bardzo szybkiej i agresywnej jazdy. Zadbano też o odpowiednio niski współczynnik oporu aerodynamicznego, więc mamy do kompletu wszystko, czego można wymagać od nowoczesnej szosówki.

A jednocześnie – trzeba dodać – jest w tym rowerze dużo tradycjonalizmu. Sztyca o okrągłym przekroju, zwykły wspornik kierownicy (pracowano wprawdzie nad zintegrowanym kokpitem, ale ostatecznie projekt został wstrzymany), klasyczne siodełko – rower o bardzo podobnej specyfikacji można było znaleźć w katalogach wielu marek dekadę temu. Tradycja oznacza w tym przypadku przede wszystkim prostotę – a ta przez wielu może być uznana za olbrzymią zaletę Rose X-Lite. Nawet jeśli jednak uznamy ten rower za klasyczny w formie, to pięknie zaprojektowana rama przesuwa Rose X-Lite do awangardy współczesnej rowerowej myśli technicznej – co do tego nie ma wątpliwości.

Myślę też, że to, jak bardzo spodobał mi się X-Lite, wynikało przede wszystkim z pozycji, jaką mogłem na nim przyjąć. I znów – to efekt tej swobody wyboru, jaką daje konfigurator Rose. Gdy do reachu 386 mm w rozmiarze 55 doszedł mostek 130 mm i wąska kierownica (40 cm), uzyskałem pozycję, w której mogłem poczuć się jak zawodowiec. Rama ma stack 555 mm, więc nie radykalnie niski. Dla mnie w sam raz, jeśli usunąć podkładki, ale mogę sobie wyobrazić kogoś, kto chciałby zejść niżej – i wtedy współczynnik stack to reach mógły okazać się zbyt duży. To już kwestia indywidualna. Uwaga: jak to często bywa, proporcje ramy zmieniają się w zależności od rozmiaru. Mniejsze są bardziej agresywne.



Tekst: Borys Aleksy

Zdjęcia: Ewa Jezierska, Wojtek Sienkiewicz