Poggio

Teoretycznie to niepojęte, że czterokilometrowy podjazd na Poggio jest w tym wyścigu decydujący, kiedy ma się już w nogach 290 km, przejazd przez Passo del Turchino, porywiste wiatry nadmorskiej części trasy i zdobycie Cipressy. A jednak w większości relacji z Mediolan-San Remo głównie słychać słowo „Poggio”.

Tekst i zdjęcia: Wojtek Sienkiewicz

Wstałem więc rano, założyłem buty, wypiłem cappuccino, zjadłem dwa croissanty z czekoladą i pizzę (uzupełniając niedobory kalorii spalonych dzień wcześniej), zabrałem aparat i poszedłem znaleźć odpowiedź na pytanie, o co chodzi z tym Poggio.

Generalnie powinno być jak w ulu, bo odniosłem wrażenie, że Włosi tutaj nie śpią, tylko tą jedną drogą jeżdżą w tę i nazad, jakby od tego zależały obroty ciał niebieskich. Tymczasem oznakowane różowymi tabliczkami ulice są niemal bez aut i wszechobecnych skuterów, za to pełne szosowców wszelkiej maści – od uczestników wyścigu L’Eroica, przez po prostu cyklistów, do „ultrasów” wystylizowanych na Pantaniego z dbałością o detale. W większości obrali jeden kierunek: mały, ledwo widoczny skręt w prawo za drogowskazem „Poggio 4”.

Kilka godzin wcześniej, kiedy przejeżdżaliśmy Poggio rowerami, widzieliśmy już zaparkowane w różnych miejscach kampery. Teraz asfalt zaczął zapełniać się wszelkiej maści motywującymi napisami, głównie skierowanymi do „tutejszego” Niccolò Bonifazio, zawisło też trochę włoskich flag. Niezwykłe dla mnie jest to wszystko. Rok temu ze wzrokiem wbitym w ekran telewizora marzyłem, żeby to zobaczyć z bliska, myślałem o tym, jak ci ludzie tu żyją, po co im te monstrualne, betonowe zbiorniki oklejające całe wzgórze niczym kolonia jakichś morskich polipów. Tu pod górę zaciągają wycieniowani emeryci, a tam kobieta wiesza pranie w różowym domu na zakręcie – wiesza je z widokiem na Morze Śródziemne. Jak tak można żyć? Przecież ja bym tam mógł wieszać pranie przez całe życie.

Im bliżej punktu kulminacyjnego, tym zaczyna się robić bardziej imprezowo. Ludzie zapełniają każdy możliwie bezpieczny kąt – rodziny z dziećmi, Szwajcarzy i Francuzi w cieniu kamperów z przygotowanymi transparentami śledzą wyścig, przewracając grillowane wiktuały. Dołączają do nich przypadkowi ludzie, rozmawiają w kilku językach, wybuchy śmiechu i jednoczesne „ooooouuu”, kiedy na trasie dochodzi do kraksy. Za niecałe dwie godziny tu będą – część kibiców szuka cienia w okolicach Santuario Madonna della Guardia, a ja docieram na szczyt wzniesienia, gdzie w trzech restauracjach panują trzy światy kolarskiego święta. Jedna z nich to duża, ciemna i duszna przestrzeń na samym zakręcie – tu jest mało Włochów, ale dużo piwa, więc są i Belgowie, i Holendrzy, i Niemcy. Generalnie bardziej „północno”.

Druga przy wejściu zachęca kubkiem lokalnego wina i jakimś drobnym pieczonym ciastkiem za jedno euro, więc szybko korzystam z tej opcji, obserwując pięciu „Pantanich” śledzących wyścig na ekranie zawieszonego na różowej ścianie telewizora. A trzecia, za plecami kibiców, w głębi, z aromatyczną kawą i sporym tarasem, pełna raczej Włochów. Tam chwilę rozmawiam przy kawie z ultrasami Cancellary i idziemy na miejsca, którego jak na złość zaczyna brakować, bo przez tych kilka kwadransów gęstość zaludnienia Poggio wzrosła wielokrotnie. Robi się bardziej elektrycznie niż w upalny dzień pod linią wysokiego napięcia.

Po kolei przelatują auta i motocykle z kolumny wyścigu. Jedna kamera na motocyklu, druga, trzecia, policja. I nagle znad budynków wylatuje śmigłowiec, część ludzi krzyczy i klaszcze – pierwszy wpada „Kwiatek”, witany przez wszystkich jak narodowy bohater – obojętnie jakiej nacji. Za nim goni reszta prowadzona przez Cancellarę i siedzącego mu na kole Sagana. Wrzawa sięga zenitu, prędkości kolarzy, motocykli i aut są tutaj autostradowe, a tu zaraz nawrót i wszyscy pędzą w dół. Kolejni kolarze przelatują, widać wśród nich naszych „Czi, Czi, Czi”. Każdy z tych tytanów jest tu witany tak samo, tak samo dopingowany, aż do ostatniego, za którym jedzie już tylko auto oznaczające koniec kolumny.

Transparenty się zwijają, ludzie rozchodzą, a dźwięk wirnika śmigłowca zastąpiła teraz kakofonia butów wpinanych w pedały i terkoczących bębenków. Stoję tu chwilę i patrzę, jak znów robi się spokojnie. Tak jak wczoraj w nocy. Skrótem schodzę w dół, na tarasie różowego domu z widokiem na żaglówki kobieta ściąga wyschnięte pranie. Na mecie pewnie już od jakiegoś czasu wygrany świętuje swoje zwycięstwo, a San Remo zapełnia się ruchem aut, skuterów i wszystkiego tego, bez czego Włosi nie są w stanie żyć.

Tekst ukazał się w SZOSIE 3/2016, której tematem przewodnim jest długi dystans. To wydanie jest wciąż dostępne w Kiosku SZOSY.

Chcesz czytać więcej?

Zaprenumeruj SZOSĘ