Podjazd zawodowca

Kiedy miałem napisać tekst do tego wydania SZOSY, najpierw pomyślałem o tym, że przecież nie jestem specjalistą od jazdy po górach, więc będę musiał delikatnie szyć. Ale później przypomniałem sobie dobre czasy, kiedy wygrywałem klasyfikację najlepszego górala TdP, byłem najlepszy w Tour of Beijing, na Giro też takową koszulkę wiozłem przez kilka dni, więc w sumie wstydu nie ma. Kilka zdań o moich doświadczeniach mogę wam przekazać

Tekst: Michał Gołaś
Zdjęcie: Russ Ellis | Team Sky

Właściwie, czy te wyścigi, gdzie zbierałem punkciki, były już prawdziwymi górami? Czy można porównać nasz Gliczarów do Gavii? Gdzie jest ta granica? Lucien Van Impe powiedział mi kiedyś, że prawdziwe podjazdy zaczynają się tam, gdzie kończy się las i pojawiają się nagie skały. Nie będę z tym dyskutował, wszystko zależy od punktu siedzenia, a raczej od formy, jaką prezentujemy. Czasami przecież porządny wiadukt jest wyzwaniem.

Ostatecznie to prędkość kolarzy decyduje o tym, kiedy i czy jest podjazd. Fani statystyk będą wprawdzie argumentować, że musi być długość, przewyższenia i nachylenie. Każdy ma rację. Ja sądzę, że gdy są serpentyny, piękne widoki i jazda na małej tarczy, to możemy mówić o górach.

Zachwycają Pireneje, soczyste i deszczowe. Przytłaczają wielkością Alpy, gdzie czujemy się bardzo mali i gdzie szybko nabieramy respektu do natury. W Polsce zdecydowanie Karkonosze, bo choć niższe od Tatr, to bardziej zachęcają do jazdy na rowerze, są bardziej dostępne i pozwalają na zdobywanie przełęczy, może nieco niższych, ale naszych – polskich.

Podjazd zawsze kojarzy mi się z wysiłkiem. Nie mam takich dni, kiedy jechałbym z najlepszymi na świecie i dobrze się bawił. Przeważnie się bronię – raz lepiej, a innym razem gorzej. Nie mam tak, jak nasz „Król Gór”, kiedy „zrzuca bombę, wrzuca blat” i mruga oczkiem. Właśnie dlatego wolę kolarstwo, w którym używa się więcej taktyki, łokci i zagięcia, gdzie czasami jak na rzęsach wisi się przez kilka kilometrów na rancie.

Mimo wszystko każdy pokonany podjazd daje satysfakcję, a będąc już na szczycie, czuję pewien rodzaj dumy, że daliśmy radę, pokonaliśmy własne słabości i przed nami ta przyjemniejsza część, czyli zjazd.

Obecna jazda po górach to moc i kilogramy. Im więcej tego pierwszego, a mniej tego drugiego, tym nam bliżej do miana prawdziwego górala. Przy coraz bardziej wyspecjalizowanym treningu różnice między najlepszymi się zacierają i tylko kolarze pokroju Contadora potrafią wywrócić wyścig do góry nogami.

Równe tempo nie gubi wielu konkurentów, dlatego często widzimy taką walkę przed podjazdem, bo przeważnie pierwszych kilka minut pozwala odstawić większość rywali, a mocne szarpnięcie od startu zabija nasz organizm i przywiązuje imadła do naszych butów. Każda serpentyna z przodu to wielki plus, bo ciągłe hamowanie i przyspieszanie jest niezwykle trudne. Zmiany rytmu, które non stop trenujemy, są czymś, co oddziela plewy od ziarna, jak to się określa w peletonie. Im bliżej szczytu, tym tempo wzrasta, bo skoro podjazd nie robi wystarczającej selekcji, to zrobi to kręta droga w dół.

Pamiętam pierwsze Giro z „Kwiatkiem”, kiedy strzelał z grupetto, bo był tak zblokowany psychicznie. Rok później odpalił, przekonał się do sprzętu i własnych umiejętności, a dziś jest jednym z najlepszych zjazdowców na świecie.

Ja natomiast zauważyłem, że jestem coraz bardziej ostrożny, nie ryzykuję, kiedy nie muszę. Gdzieś z tyłu głowy mam obrazki kraks kolegów – zapominam o wszystkim, kiedy pojawia się adrenalina i misja do wykonania. Doganiamy motory, dociskamy pedały w łukach – tak, żeby pokonać siłę odśrodkową – i mkniemy na złamanie karku. To zdecydowanie przyjemniejsza część jazdy po górach. Zaraz po zapierających dech widokach jest to rzecz, która przyciąga mnie do gór.

Właśnie dlatego zachęcam was do wyznaczania sobie nowych, coraz bardziej wymagających tras. Zwiedzajcie nasze przełęcze, zapuśćcie się w Masyw Centralny, zaliczcie tydzień w Dolomitach. Cieszcie się pejzażami, nie zważajcie na czas i prędkość – wtedy góry dają prawdziwą przyjemność. 


Michał Gołaś – jeden z najlepszych pomocników, którego od lat w swoich szeregach zazdrośnie trzyma Team Ineos (wcześniej Team Sky). W 2012 roku zdobył tytuł Mistrza Polski w wyścigu ze startu wspólnego, odtąd jeździ z flagą Polski na rękawku. Rok wcześniej wygrał klasyfikację górską Tour de Pologne. Kiedy nie trenuje, nie ściga się, nie zajmuje w Toruniu swoim sklepem i serwisem rowerowym Gołaś Bikes lub nie bawi się ze swoimi dziećmi, zabawia się słowami i dla SZOSY w błyskotliwych felietonach z dużą dozą humoru opisuje kolarską zawodową rzeczywistość.


Tekst ukazał się w SZOSIE 5/2017, której tematem przewodnim są góry. To i inne wydania dostępne są od zaraz w wersji CYFROWEJ

Chcesz czytać więcej?

Zaprenumeruj SZOSĘ!

Written By
More from Redakcja

Rafał Majka królem gór

Rafał Majka był trzeci na siedemnastym etapie Tour de France z metą...
Czytaj więcej