O pół szprychy przed konkurencją

Za każdym razem, gdy podziwiam kolejną nowinkę techniczną, myślę sobie, że już chyba nic lepszego wymyślić się nie da. I zawsze chwilę potem media ogłaszają następny, absolutnie najlepszy patent na pokonanie oporu powietrza i ludzkich ograniczeń

Tekst: Arkadiusz Wojtas
Zdjęcia: East News

Mój ojciec wygrywał na rowerze stalowym, ja załapałem się na aluminiowe cuda techniki lat 90., a pod koniec kariery ścigałem się na rowerach z – uwaga! – karbonowymi widelcami. Mimo że dzisiejsze rowery są niemal w całości złożone z komponentów z włókien węglowych, nad peletonem wciąż wisi pytanie: co można zrobić lepiej, by pobić kolejny rekord, przekroczyć dotychczasowe bariery technologiczne i być o pół szprychy przed konkurencją? Nawet jeśli w trosce o bezpieczeństwo zawodników UCI orzeka 6,8 kg granicą rozsądku kolarzy (bo ten, jak wiadomo, łatwo stracić w afekcie rywalizacji), zawsze przecież można coś jeszcze poprawić. Nie będę się w tym miejscu rozpisywał o ewolucji samego roweru, ale zamierzam przedstawić układankę najdrobniejszych szczegółów, o które niezbyt dbano niespełna 15 lat temu, a które dziś precyzyjnie układają się w sukces największych kolarzy na świecie.

Sukces zaczyna się na talerzu

Do dziś pamiętam smak rozgotowanego makaronu na mecie jednego z etapów Wyścigu Solidarności. Jedliśmy z chłopakami to, co nam podano i co aktualnie było dostępne w menu hotelu. Wiedzieliśmy, że trzeba trzymać dietę, by nie stracić zimowego wycieniowania i jak najmniej taszczyć później pod górę, ale nikt nawet nie przypuszczał, że za kilka lat standardem będą mobilne, teamowe kuchnie.

Profesjonalna jadłodajnia na kółkach, podróżująca za kolarzami w ślad etapów wielkiego touru, wyposażona jest w najnowocześniejszy sprzęt do obróbki żywności. Zatrudniony przez drużynę zawodowy kucharz przygotowuje dla kolarzy posiłki opracowane z pomocą dietetyka specjalnie na dany dzień aktywności. Jeżeli jutro będzie „po płaskim”, możesz być pewien, że na twoim talerzu pojawi się raczej białe niż czerwone mięso, ponieważ to drugie, jak wiadomo, trawi się nieco dłużej.

Artykuły spożywcze, z których szef kuchni komponuje dania, są najwyższej jakości, kupowane w sprawdzonych wcześniej przez obsługę miejscach. Na lokalnych ryneczkach codziennie pozyskuje się więc tylko świeże i zdrowe składniki, bo w teamowej kuchni nie ma miejsca ani na żywność wysoko przetworzoną, ani tym bardziej na eksperymenty z wodą z niewiadomego źródła. Nic tak skutecznie nie krzyżuje taktycznych zamiarów wielkich strategów, jak nieoczekiwana… niedyspozycja żołądkowa.

Obsługa

Jeszcze na początku XXI wieku zawodowy kolarz dojazd na start często musiał zorganizować we własnym zakresie. Jadąc z kadrą Polski na mistrzostwa świata do San Sebastian, potrafiliśmy upchać się we czwórkę, oczywiście razem z rowerami i bagażami, do zwykłego sedana. Dziś uśmiecham się do tamtych wspomnień, wioząc naszych kolarzy na miejsce kolejnego wyścigu klimatyzowanym autobusem ze wszystkimi wygodami. Jest tam toaleta, prysznic, osobista szafka dla każdego zawodnika i ulubione miejsce. Ten siada tylko z przodu, tamten z kolei potrzebuje mieć zawsze blisko ekspres do kawy i swój magiczny zagłówek na szczęście.

Nie od dziś wiadomo, że kolarze są wśród sportowców chyba największymi fetyszystami, ale w dzisiejszych czasach nie ma już miejsca na ukochaną gąbeczkę pod prysznicem – ze względu na minimalizację jakiegokolwiek zakażenia w przypadku ewentualnych szlifów po kraksach. Podobnie rzecz ma się z praniem ubrań. Kiedyś po wyścigu czekała na mnie wątpliwa przyjemność własnoręcznego prania teamowych ciuchów. Dzisiaj na jednego zawodnika przypada co najmniej trzech członków zespołu, wśród których zawsze znajdzie się ktoś, kto po każdym etapie spakuje strój kolarza do podpisanej jego nazwiskiem specjalnej siatki i nastawi pranie w pralce, będącej na wyposażeniu każdego teamowego autobusu.

Guzik w uchu

W żargonie kolarskim rzeczony „guzik” to nic innego jak komunikacja, bez której dziś nie wyobrażamy sobie żadnego wielkiego touru. Mimo że od pamiętnej Wielkiej Pętli w 2009 roku, kiedy na dwóch etapach zabroniono łączności radiowej, co rok przed pierwszymi startami spekulacje na temat stosowania słuchawek podczas wyścigów wracają w mediach jak bumerang.

Wszystkie branżowe fora i fanpejdże dzielą się z tej okazji na dwie próbujące się nawzajem nawrócić frakcje. Nie zamierzam się w tym miejscu opowiadać po którejś ze stron ani roztrząsać samej zasadności używania elektroniki do kontaktu z dyrektorami i zapleczem technicznym. Na początku XXI wieku łączność radiowa stała się po prostu faktem, którego ewolucja mimo wszystko wciąż mnie zadziwia.

Tuż przed tegorocznym wyścigiem Gandawa-Wevelgem miałem za zadanie podjechać do jednego z naszych dostawców, żeby wymienić tańsze końcówki telekomunikacyjnego ustrojstwa na znacznie droższe, ale podobno bardziej niezawodne. Owa wizyta obudziła we mnie wspomnienia, kiedy podczas startów nerwowo zerkałem na każdy wyprzedzający peleton motocykl, szukając wzrokiem tabliczki z liczbą przewagi – swojej, gdy byłem w ucieczce, lub tych, których aktualnie goniłem.

Jeśli była taka możliwość, informacje dostawało się również bezpośrednio z wozu technicznego, co jakiś czas niebezpiecznie torującego sobie drogę w morzu kolarzy. Dyrektorzy sportowi słuchali wiadomości z radia wyścigu i razem z bidonami posyłali odpowiednie dyspozycje do swoich zawodników. Teraz teamowi stratedzy obserwują rozgrywkę nawet w kilku telewizorkach naraz i mając oko na cały peleton, nie tylko wiedzą, kto podnosi rękę, bo zabrakło mu wody lub coś się popsuło. Niemal jak na szachownicy przemyślnie rozstawiają swoje pionki, posyłają gońców i ubezpieczają króla, rzucając do słuchawek swych podopiecznych nie zawsze czułe słówka. Komunikacja peletonu z centralą dowodzenia, w ciągu zaledwie 20 lat ewoluowała od tabliczki w rękach motocyklisty, poprzez analogową łączność radiową, do cyfrowej jakości dźwięku i obrazu.

Odzież

O ile na poziomie nawet bardzo zaawansowanego, ale amatorskiego jeżdżenia, uprawiający kolarstwo mogą wycisnąć ze swojego stroju co najwyżej litr potu po dobrym ściganiu, o tyle zawodowiec, dzięki najnowszym osiągnięciom przemysłu tekstylnego, jest w stanie urwać swym rywalom nawet kilka cennych sekund.

Mimo że i dziś organizatorom wielkich tourów nie zawsze udaje się uniknąć sytuacji ze zbyt dużymi koszulkami dla liderów poszczególnych klasyfikacji, to w przeszłości w tym temacie dochodziło do sytuacji wręcz kuriozalnych. Sam nie zapomnę koszulki w czerwone grochy, którą z dumą wkładałem na podium Wyścigu Pokoju, dwadzieścia lat po moim ojcu. Moja radość była wtedy prawie tak wielka, jak owa wymarzona koszulka. Co z tego, gdy na drugi dzień wydymała się na mnie jak żagiel statku, sprawiając, że czułem się na trasie wyścigu jak dostojny masztowiec, a nie jak przystało na okazję – opływowa i szybka motorówka.

Dziś, kiedy o zwycięstwie decydują czasem setne sekundy, z takich sytuacji możemy się jedynie pośmiać, przypinając numerek na żółtej koszulce Contadora. Oczywiście przyczepiamy go agrafkami do kombinezonu od spodu tkaniny, bo to kolejny niuans w walce o jak najlepszy czas. Dzisiejsze stroje kolarskie to już nie tylko kwestia zapewnienia zawodnikowi maksymalnego komfortu podczas 6 godzin spędzonych na twardym siodełku. Producenci odzieży kolarskiej testują swoje produkty w aerodynamicznych tunelach, poszukując materiału idealnego, który z jednej strony oddycha razem ze skórą kolarza, a z drugiej – rozcina powietrze niczym farba na karoserii opływowego samochodu.

Projektanci, którzy dosłownie bawią się dziś układem włókien i różnego rodzaju domieszkami, sprawiają, że oglądając ich wynalazek pod lupą, mamy wrażenie obcowania z jakimś pokrytym aerodynamiczną łuską, kosmicznym stworem. Do tego wrażenia z pewnością przyczynia się również ciągle zmieniający się kształt kasku.

Jeden z najlepszych obecnie kombinezonów do jazdy na czas kosztuje ok. 750 euro i niestety nie można powiedzieć, by służył zawodnikowi przez cały sezon. Po dwóch praniach tkanina traci swe magiczne właściwości, po czym może co najwyżej wspierać jego nieziemską stylówę. À propos prezencji kolarzy – w pogoni za nowinkami technologicznymi zdarzają się też wpadki. Niektórzy z pewnością pamiętają falę zgorszenia na trasie czasówki na 17. etapie TdF w 2013r., gdy zawodnicy Argos-Shimano mknęli do mety w Chorges w strugach potu, deszczu i w dość mocno prześwitujących białych kombinezonach. Second skin czy po prostu i po polsku: #Kittel #na golasa #na rowerze. Nikt przecież nigdy nie powiedział, że kolarstwo to sport dla pruderyjnych. 

Tekst ukazał się w SZOSIE 3/2015, dostępnej także wersji CYFROWEJ

Arek Wojtas: były kolarz, członek zespołu Tinkoff-Saxo, właściciel firmy Cycling Planet 

Chcesz czytać więcej?

Zaprenumeruj SZOSĘ!