Nieznośna lekkość. Giant TCR SL

W kolarstwie od zawsze trwa pogoń za niską wagą. Lekkość ma być gwarancją lepszych osiągów. Co jednak, gdy rower okazuje się zbyt lekki?

Giant TCR to rower legenda. Model, który zrewolucjonizował sposób myślenia o szosówkach. Mija dokładnie 25 lat odkąd tajwański producent wprowadził na rynek pierwszego TCR-a – rower szosowy z kompaktową geometrią. Idea, która przyświecała temu projektowi była prosta – dzięki górnej rurze opadającej ku tyłowi można było stworzyć bardziej zwartą ramę, z mniejszym przednim i tylnym trójkątem. To pozwoliło na obniżenie wagi (mniejsza ilość użytych materiałów) oraz znaczący wzrost sztywności (krótsze rury). Kompaktowa konstrukcja miała też inną olbrzymią zaletę – pozwalała zredukować liczbę rozmiarów ram do zaledwie 4-5, inaczej niż przy tradycyjnej geometrii.

Przez tych 25 lat w modelu TCR zmieniło się wiele (zwłaszcza w kwestii materiałów i technologii produkcji), ale ogólna koncepcja, a nawet sylwetka ramy pozostały niemal niezmienione. W kolejnych wersjach tego modelu Giant poprawiał to, co było jego najważniejszym wyróżnikiem – sztywność, przy zachowaniu małej wagi.

Teraz na rynek trafiło najnowsze wcielenie flagowca z Tajwanu. Rower, który pod wieloma względami bije na głowę swoje wcześniejsze wersje, ale też większość konkurentów. Co jednak zaskakujące, nie zawsze okazuje się, że dążenie do jak najwyższych osiągów to najlepsze rozwiązanie.

Konstruując kolejną wersję modelu projektanci skupili się na wykorzystaniu nowych materiałów i technologii produkcji, aby zwiększyć sztywność ramy i widelca oraz poprawić aerodynamikę. Przeprojektowano wszystkie przekroje rur, opracowano nową metodę produkcji i cięcia włókien karbonowych, a wszystko to pod okiem zawodników na co dzień ścigających się na rowerach Gianta, wykorzystując ich cenne uwagi. Giant opracował nawet specjalne powłoki, by obniżyć wagę ramy o kolejne gramy.

Testowana przez nas wersja to topowy model TCR Advanced SL, wyposażony w napęd SRAM Red eTap AXS. Do jego budowy wykorzystano komponenty z najwyższej półki, wszystkie oznaczone logo Giant i należącej do tej firmy marki Cadex.

Pierwszy rzut oka na najnowszy model i od razu zauważamy, na czym skupiła się uwaga inżynierów z Azji. Monstrualnej wręcz średnicy dolna rura przechodzi w potężną mufę suportu. Stąd właśnie bierze się sztywność roweru. Dla kontrastu górna rura i rurki tylnego trójkąta sprawiają wrażenie wręcz wątłych. Miłośnicy surowego karbonu z pewnością docenią malowanie, które jest tak subtelne, że niemal niewidoczne. I na jedną tylko rzecz można kręcić nosem. Szkoda, że projektanci nie poprowadzili przewodów wewnątrz ramy, zwłaszcza, jeśli ich celem była poprawa aerodynamiki roweru. Nie jest to może duża wada, ale pancerze prowadzone wewnątrz mostka i rury sterowej stają się standardem.

Zadziwia waga TCR-a. Na naszej skali pojawiło się 6,6 kg w przypadku gotowego do jazdy roweru. A pamiętajmy, że Red eTap AXS nie należy do najlżejszych grup. Z całą pewnością można by urwać jeszcze co najmniej kilkadziesiąt gramów, gdyby rower wyposażony był w lżejszą grupę napędu. Niemniej to i tak imponujący wynik. Osiągnięto go nie tylko dzięki bardzo lekkiej ramie, ale też za sprawą komponentów. Giant TCR w tej wersji ma karbonowe koła Cadex o profilu 42 mm. I choć jest to zestaw pod oponę (również tubeless ready) i pod tarczę, to waga tych kół mogłaby zawstydzić niejeden komplet na szytki i pod hamulce szczękowe. Całość uzupełniają: karbonowy mostek, kierownica i bardzo lekkie siodło (wszystkie sygnowane logo Giant).

Pierwsze kilometry pokonane na Giancie pokazują dobitnie, do czego ten rower został stworzony. To wyścigówka. A im jest stromiej i im dłuższy jest podjazd, tym lepiej się w takich warunkach odnajduje. Tylko w wietrznych warunkach wydawał się mniej efektywny od konkurencyjnych modeli, tak jakby ultralekka waga odbierała mu wigoru w przedzieraniu się przez masy powietrza.

Gdy jednak wiatr ucichł, Giant pokazał pełnię swych możliwości. Rower stał się szybki i pewny w prowadzeniu, a utrzymanie wysokiego tempa nie nastręczało najmniejszych problemów. Model ten z pewnością spodoba się każdemu, kto ma żyłkę do rywalizacji. Jego geometria jest typowo wyścigowa, a mnogość akcesoriów (np. dwa jarzma sztycy dostarczane wraz z rowerem) pozwolą na optymalne dopasowanie pozycji. Pamiętajmy jednak, że wyścigowa geometria ma swoją cenę – TCR wymaga skupienia, żeby opanować jego lekko nerwowy charakter. Przyzwyczajenie się do jego właściwości wymaga pokonania na nim kilkuset kilometrów, a początkowo możemy mieć wrażenie, że rower niejako żyje swoim własnym życiem i wcale mu się nie podoba, że ktoś na nim jedzie.

Odrębnym, dyskusyjnym tematem jest sztywność Gianta TCR. Producent chwali się, że w nowym modelu znacząco ją zwiększył. Według informacji firmy np. sztywność widelca jest o 35% większa niż w poprzedniej wersji. Nie da się ukryć, że – czy to stając w korbach na sztywnym podjeździe, czy wykańczając sprint do mety, czy nawet po prostu przyspieszając na płaskim odcinku – odnosi się wrażenie, iż każdy ułamek wata generowanej mocy jest przenoszony bezpośrednio na asfalt. I to wspaniałe uczucie towarzyszy jadącemu TCR-em aż do momentu, gdy wpadnie na nawierzchnię w kiepskim stanie. Sztywność ramy, połączona z jej niską wagą sprawia, że każda nierówność, szczelina czy kostka bruku spowalniają rowerzystę, próbując wytrząsnąć mu z głowy ostatnią myśl, z wyjątkiem niemej prośby o gładką szosę. Jeśli zatem zdarza ci się jeździć po drogach drugiej i trzeciej kategorii, to dobrze jest wyposażyć się w grubą owijkę i spodenki z komfortową wkładką.

Im dłużej jeździ się nowym Giantem TCR, tym bardziej rośnie przekonanie, że w topowej wersji jest to rower skrojony pod profesjonalnych zawodników. Nie ma żadnych przeszkód, aby amator czy nawet rowerzysta, który okazjonalnie jeździ na szosie, doświadczył na nim przyjemności z jazdy, ale być może na co dzień lepiej się sprawdzi szosówka bardziej kompromisowa, nieco cięższa, nieco mniej sztywna, ale bardziej uniwersalna.

Tekst: Grzegorz Koźmiński
Zdjęcia: Paweł Frenczak