(Nie)widoczna zmiana

Mija dokładnie 10 lat, od kiedy zameldowałem się w hotelu w Benicàssim na moje pierwsze zgrupowanie z zawodową ekipą. Sporo czasu upłynęło, wiele się zmieniło. Przede wszystkim u mnie – inaczej postrzegam świat

Tekst: Michał Gołaś
Zdjęcia: Agata Gołaś

Chętnie poopowiadałbym wam, jak rzuciłem się na głęboką wodę, zamieszkałem w ogrodowej altance we Włoszech, gdzie jedynym kontaktem ze światem było radio i gdzie marzyłem tylko o dobrym treningu oraz nadchodzących startach w zawodowym peletonie.

No ale dziś rozmawiamy o sprzęcie. Pozornie wielkich zmian nie było, wciąż kierownica z barankiem, karbonowa rama i szprychowe koła. Jeśli zagłębimy się w temacie, to uważam, że właśnie w minionej dekadzie nastąpił spory skok technologiczny, głównie polegający na bezbłędnym połączeniu kolarza z jego maszyną, tak aby był do granic efektywny.

Wracając do moich początków, dostałem karbonowego Canyona na mechanicznym osprzęcie Campy z kołami Lightweight. Teoretycznie i dziś byłaby to świetna maszyna, jednak 10 lat temu nikt nie pomyślał o tym, że dla neo-profi trzeba zorganizować bikefitting. Na oko ustawiłem pozycję, z pomocą mechanika dokonaliśmy zmian i śmigałem tak dwa lata. Jeszcze większe zmiany w podejściu do dopasowania roweru dotyczą jazdy na czas.
Nasze kozy dojechały ciężarówką kilkadziesiąt minut przed startem jazdy drużynowej na czas w Tour Méditerranéen, podniosłem siedzenie o kilka milimetrów wyżej niż w szosowym rowerze i stanąłem na rampie startowej. Tętno miałem cały czas w czerwonej strefie i przyjechałem z pierwszymi kolegami. Nawet nie pomyślałem o tym, że mogę być mało aerodynamiczny, ponaciągam sobie wszystkie mięśnie, które wówczas były jeszcze o wiele bardziej elastyczne.

Z biegiem lat wiele ekip zrozumiało, że w sprzęcie jest jeszcze ogromna rezerwa i zamiast w doping należy inwestować swoje pieniądze w tę dziedzinę, bo zysk w wynikach może być zdecydowanie większy. Z pierwszym ogromnym skokiem technicznym spotkałem się w Omega Pharma-Quick Step. Zaczęliśmy od bikefittingu, testów na torze, aby poprawić aerodynamikę. Dopiero wtedy zacząłem rozumieć, jak wielką różnicę robi dobór ogumienia, otworzyły mi się oczy na sprzętowe rozeznanie.

Ostatnich kilka lat to już praca z ludźmi na wysokim poziomie, inżynierami i praktykami, którzy znają każde siodełko, opór wytwarzany przez każdą oponę. Wiedzą, jakie rezerwy ma każdy z nas i w jakim iść kierunku, aby zoptymalizować nasze osiągi. Oczywiście ograniczają nas sponsorzy oraz sprzęt, jaki nam dostarczają, i w przeciwieństwie do was nie mogę sobie wybrać ulubionych komponentów, ale nie będę narzekał, bo powiecie, że „Gołemu” już zupełnie w głowie się poprzewracało.

Ostatnią dobrą zmianą był osprzęt elektroniczny i w mojej ocenie jest to wielkie usprawnienie. Możemy indywidualnie dostosować opcje poszczególnych przycisków i w mgnieniu oka zmieniać przełożenia. Pamiętajmy tylko o naładowaniu baterii, bo nieraz wracałem już do domu na małej tarczy ze względu na sklerozę i roztargnienie.
W kwestii sprzętu do monitorowania treningu w ciągu ostatnich kilku lat doszło do rewolucji. 10 lat temu podstawowym narzędziem był pomiar tętna. Niewielu ludzi używało mierników mocy. Może właśnie dlatego przez pierwsze lata byłem wiecznie przemęczony, bo nie znałem dobrze swojego organizmu, więc ambicje popychały mnie do zbyt wielkich obciążeń.
Pierwszy miernik założyłem w 2008 roku i nie wiedziałem zbytnio, jak go używać, początki były trudne i pewnie zrobiłem sobie wtedy więcej krzywdy niż pożytku. Później zmieniałem sprzęt co dwa lata, testowałem niemal wszystko i dziś jestem praktycznie ekspertem, może nie ze względu na wiedzę, ale na wielość problemów, z jakimi musiałem sobie poradzić. Odczucia pozwalają na szybkie wychwycenie błędów, dlatego musicie wiedzieć, że nie ma miernika idealnego i nic nie zastąpi waszych odczuć. Dane się ważne, ale nie zapominajcie o feelingu.

Jak widzicie, niby niewiele się zmieniło. Wasz pierwszy trener powie: „liczy się zawodnik”. Przez ostatnią dekadę sprzęt przeszedł jednak spory lifting, który pozwala nam szybciej i bezpieczniej pokonywać i alpejskie przełęcze, i bruki Kociewia. 


Michał Gołaś – jeden z najlepszych pomocników, którego od lat w swoich szeregach zazdrośnie trzyma Team Ineos (wcześniej Team Sky). W 2012 roku zdobył tytuł Mistrza Polski w wyścigu ze startu wspólnego, odtąd jeździ z flagą Polski na rękawku. Rok wcześniej wygrał klasyfikację górską Tour de Pologne. Kiedy nie trenuje, nie ściga się, nie zajmuje w Toruniu swoim sklepem i serwisem rowerowym Gołaś Bikes lub nie bawi się ze swoimi dziećmi, zabawia się słowami i dla SZOSY w błyskotliwych felietonach z dużą dozą humoru opisuje kolarską zawodową rzeczywistość.


Tekst ukazał się w SZOSIE 1/2017 Sprzęt, dostępnej także wersji CYFROWEJ

Chcesz czytać więcej?

Zaprenumeruj SZOSĘ w natychmiast dostępnej wersji cyfrowej