Kolejny dzień w biurze

Na koncie ma dwie etapowe wygrane w Giro d’Italia i Vuelta a España. Uwielbia projektować buty, przejechał największą liczbę wielkich tourów z rzędu i mieszka w Czechach. Australijczyk Adam Hansen w 2020 roku zakończył zawodową karierę, by w bieżącym sezonie skoncentrować się na startach w zawodach IronMan. Tę rozmowę z „Hanseeno” przeprowadziliśmy w 2017 roku.

© kramon

Spotykamy się po Giro d’Italia (2017 – przyp. red.), nie mogę więc nie zacząć od pytania o ten wyścig. Jak oceniasz postawę Lotto Soudal? Wygraliście tylko jeden etap, w ubiegłym roku waszej ekipie poszło lepiej.

Tak, to prawda, w ubiegłym roku wygraliśmy cztery etapy i teraz dało się odczuć pewien niedosyt. Szkoda też, że Maxime (Monfort, który był zawodnikiem typowanym przez zespół na wysokie miejsce w klasyfikacji generalnej – przyp. red.) nie wszedł do pierwszej dziesiątki w „generalce” i zakończył Giro na 13. miejscu. Z drugiej strony – były też drużyny, które nie wygrały nic. Nam udało się zgarnąć etap, mieliśmy też koszulkę lidera, więc chociażby z tego powodu to Giro nie było takie złe w naszym wykonaniu.

A jakie było to Giro dla ciebie? Część wyścigu przejechałeś z kontuzją ręki.

To nie było moje najlepsze Giro, uraz przytrafił się w niezbyt dobrym momencie. Ale takie jest kolarstwo – w pewnym sensie byłem farciarzem, bo mogłem jechać dalej. A ja lubię kończyć wyścigi, niezależnie od tego, co wydarzy się po drodze.

Nawet jeśli może to być niebezpieczne dla zdrowia i odbić się na twojej karierze?

Kontuzja ręki może nie była zbyt poważna. Mało rozsądne było kontynuowanie wyścigu po złamaniu mostka (co zdarzyło się Adamowi podczas Giro w 2013 roku – przyp. red.). Gdyby któraś z tych kontuzji mogła wpłynąć na moją karierę, pewnie nie zdecydowałbym się jechać dalej. Najpoważniejszy uraz dotyczył barku, po raz pierwszy miałem wtedy uszkodzone więzadła (Hansen miał ten uraz podczas TdF w 2015 roku – przyp. red.). Zawsze wydawało mi się, że najgorsze są uszkodzenia kości. Ale kości się zrastają, miałem 19 złamań i wróciłem po nich do pełnej sprawności. W przypadku barku do tej pory nie mogę m.in. podnosić zbyt ciężkich przedmiotów. Nie zdawałem sobie sprawy, że konsekwencje tego urazu będą tak poważne. Gdybym to wiedział, dwa razy zastanowiłbym się, czy kontynuować wyścig.

© kramon

Pamiętasz, kiedy w głowie pojawił ci się plan, aby w jednym sezonie przejechać trzy wielkie toury?

To było w 2008 roku. Pojechałem wtedy Giro i Tour de France. Nie pojechałem Vuelty, ponieważ ekipa zapomniała mnie zgłosić. Po raz pierwszy zrobiłem to w 2012 roku, spodobało mi się. To było coś innego, chciałem też tego spróbować, ponieważ preferuję długie ściganie. Oczywiście, wielkie toury to nie są moje jedyne wyścigi w sezonie. Mam dobry kalendarz – w tym roku zapewniał siedem tygodni przerwy od startów przed Giro.

Z kolei przed TdF jadę tylko jeden wyścig. Dzięki temu, że jeżdżę trzy wielkie toury, mam więcej czasu na odpoczynek i… trenuję mniej niż moi koledzy. Inni kolarze trenują praktycznie cały czas, ponieważ zwykle są kilka dni w domu, a kolejnych kilka dni na wyścigu. Ja w przerwach między wyścigami w domu spędzam zwykle kilka tygodni, więc mogę prowadzić tzw. normalne życie. Poza tym uważam, że dobrze jest mieć 3-4 dni odpoczynku, by później powoli znów wchodzić w trening.

Co przyciąga cię do wielkich tourów?

To zupełnie inny rodzaj wyścigu. Tutaj każdy ma szansę na wygranie etapu, a niezależnie od tego toczy się walka o klasyfikację generalną – to tak, jakby spakować kilka wyścigów w jeden.

Przejechałeś najwięcej wielkich tourów z rzędu, czujesz się wyjątkowy?

Rzeczywiście jest w tym coś wyjątkowego, to robi wrażenie na innych. Gdy podpisujemy listę startową i spikerzy opowiadają o osiągnięciach kolarzy, w moim przypadku mówią o rekordzie. Żaden z nich nie wspomina o tym, że mam na koncie tytuł mistrza kraju, że wygrałem dwa etapy na wielkich tourach (jeden na Giro, drugi na Vuelcie – przyp. red.). A to według mnie jest dużym osiągnięciem. Rozumiem, że „story” o przejechaniu kilkunastu wielkich tourów z rzędu jest dla nich ciekawsze. Ale z drugiej strony to smutne, że nie dostrzegają innych osiągnięć, które mam na koncie.

© kramon

Powiedziałeś, jak inni postrzegają twój rekord, ale chciałabym wiedzieć, jak ty go odbierasz.

Jeszcze zanim to się zmaterializowało, też myślałem, że to wyjątkowe. Ale ponieważ robię to regularnie od kilku lat, to dla mnie po prostu „kolejny dzień w biurze”.

Wspomniałeś o swoich wygranych etapowych z Giro i Vuelty. Do kompletu brakuje tobie tylko zwycięstwa podczas TdF.

Bardzo chciałbym wygrać etap TdF, a ponieważ za jakiś czas będę kończyć karierę, musi się to wydarzyć w najbliższym czasie.

Na przykład podczas tegorocznej edycji?

W tym roku trasa TdF sprzyja uciekinierom, więc jeśli myślę o wygranej etapowej, to musiałbym zabrać się w odjazd. Góry nie są też tak bardzo wymagające jak podczas Giro czy Vuelty, więc widzę szanse. Oczywiście to będzie też zależeć od strategii drużyny – będziemy mieć zawodnika na „generalkę”, o etapy będą walczyć też sprinterzy.

Jak zmieniło się twoje myślenie o sporcie na przestrzeni lat?

To mój zawód, ale też nie jedyny, jaki wykonuję. Pochodzę z rodziny akademickiej, gdzie sport nigdy nie był postrzegany jako zawód, ale jako hobby. Gdy dorastałem, nie chciałem polegać tylko na sporcie, więc zająłem się programowaniem. Obecnie postrzegam kolarstwo jako jeden z projektów, który realizuję. Sport pozwala też zarabiać dobre pieniądze, co jest wspaniałe, tym bardziej że jestem dobry w inwestowaniu. Inwestuję w nieruchomości, mam firmę produkującą buty, zajmuję się programowaniem.

Wygląda na to, że twoje życie na sportowej emeryturze niewiele się zmieni…

Przestanę po prostu jeździć na rowerze! (śmiech). Ale masz rację – nadal będę inwestował w nieruchomości, pracował nad rozwojem firmy i zajmował się programowaniem. Wciąż będę mieszkał w Europie, w Czechach, i co najważniejsze – zniknę z kolarskiego świata.

Nie będzie ci brakowało wyścigowej rutyny?

Nie.

Dlaczego?

Jestem introwertykiem i nie przepadam za ludźmi. A podczas wyścigów jestem nimi cały czas otoczony, to dla mnie za dużo. Nie zrozum mnie źle, kolarstwo to cudowne doświadczenie. Kontynuuję karierę, ponieważ w pewnym sensie czuję, że powinienem. Ale cała otoczka wokół z tą masą ludzi – dla mnie to jest za dużo. Między innymi też z tego powodu mieszkam w Czechach, z daleka od typowych kolarskich destynacji typu Girona czy Monako.

Podczas wielkich tourów masz pokój jednoosobowy?

Nie.

To musi być dla ciebie dodatkowe wyzwanie.

Tak. Wstajesz rano, widzisz swojego kumpla, z którym idziesz na śniadanie, potem jedziecie razem busem. Następnie jest wyścig, gdzie otacza cię cała masa ludzi, później znowu powrót busem, masaż, kolacja, powrót do pokoju. Kiedy kolarz, z którym dzielę pokój, zasypia, mam 2-3 godziny spokoju.



Co wtedy robisz?

Siedzę przy komputerze, trochę pracuję, to też czas, kiedy staram się zrelaksować. Lubię te chwile, gdy gaszę światło i mogę poleżeć w ciemności.

Zdarza ci się myśleć wtedy np. o sytuacjach, które poszły nie tak podczas wyścigu?

To tylko wyścig. I zaledwie 1% populacji wie, że właśnie się rozgrywa. To nie jest koniec świata, jeśli coś pójdzie nie tak.

Co jest zatem ważniejsze w życiu niż wyścigi?

Nie chciałbym, żebyś zrozumiała mnie źle, gdy mówię, że „to tylko wyścig”. Chodzi mi o to, że w sytuacji, gdy się starasz i dajesz się z siebie wszystko, nie ma sensu „zabijać się”, jeśli coś poszło nie tak.

To może inaczej sformułuję pytanie – co sprawia ci w życiu największą frajdę?

Uwielbiam tworzyć rzeczy. Projektowanie butów to dla mnie przyjemność, zawsze się tym interesowałem i chciałem to robić. Lubię obserwować, jak z poszczególnych komponentów powstaje coś trwałego, namacalnego. Tak jest w przypadku butów, które powstają m.in. z włókna węglowego, ale także w przypadku innych rzeczy, które można znaleźć w moim domu, takich jak stoły czy krzesła. Masę czasu spędzam w piwnicy. W zasadzie to mogę nawet powiedzieć, że tam mieszkam. Wieczorem schodzę na dół i potrafię tam siedzieć nawet do 4 rano.

© kramon

Rodzina jest z ciebie dumna?

To ciekawa historia, ponieważ kiedy jako amator pojechałem do Austrii, moja rodzina namawiała mnie na powrót do Australii, gdzie miałem wcześniej dobrą pracę. Gdy zostałem zawodowym sportowcem, moja mama przyjechała na TdF i zobaczyła z bliska, jak to wygląda. Wtedy poczułem, że jest ze mnie dumna. To moja największa fanka. Rodzina bardzo mnie wspiera.

Kiedy patrzysz na swoją karierę, z czego jesteś najbardziej dumny?

Z doświadczenia, które zebrałem przez ten czas. Gdybym umarł jutro, miałbym poczucie, że dobrze przeżyłem swoje życie.

Zaprojektowany przez Adama Hansena rower do jazdy na czas, na którym wystartuje w IronaManie. Rama ma zaledwie 28 mm szerokości. Rower będzie wyposażony w wykonane na zamówienie koła i przerzutki, a także specjalną tarczę, która zoptymalizuje linię łańcucha.

© Adam Hansen

Rozmawiała: Elżbieta Kowalska
Zdjęcia: Kristof Ramon

Tekst ukazał się w SZOSIE 4-2017 Lato, dostępnej także wersji CYFROWEJ

Chcesz czytać więcej?

Zaprenumeruj SZOSĘ!