Kolarskie odpowiedzi na (nie)kolarskie pytania

fot. kramon

Zaczęło się od nieogolonych nóg Sagana. I, czego należało się spodziewać, po raz kolejny padło pytanie „po co wy je golicie?. W zasadzie, skoro mistrz świata, który wyznacza trendy, o to nie dba, to dlaczego od pokoleń peleton jest wydepilowany?

Spotkanie z fanami, zwykła rozmowa w sklepie rowerowym, imieniny u cioci… co chwila słyszymy z pozoru proste pytania, na które jednak nie zawsze znamy odpowiedź. Przyjrzyjmy się więc kolarskim zagadnieniom tak oczywistym, że niekiedy trudno je niewtajemniczonym wyjaśnić.

O włos, czyli marginal gains

Numer jeden to oczywiście nogi. Byłem pewnie juniorem młodszym, gdy pod nosem sypnął się pierwszy wąsik, a na nogach pojawił delikatny meszek. Biorąc przykład ze starszych kolegów, postanowiłem się owłosienia pozbyć. Nie zastanawiałem się, dlaczego. Oni tak robili, więc uznałem, że wypada, że trzeba. Mięśnie wciąż jeszcze miałem pokryte dziecięcym tłuszczykiem, więc nie chodziło tu o efektowną prezencję łydki. Nikt wówczas nie pomyślał także o tym, że istnieje ktoś taki jak masażysta, który kiedyś wyleje na człowieka sporo oliwki, żeby skutecznie rozprawić się z zakwasami. Aerodynamika? A co to jest? Liczyły się wysokie stożki i rama bez odprysków na lakierze. Nikt nie myślał wtedy o marginal gains, jakim są ogolone nogi. Mimo wszystko peleton miał nogi gładkie, ja też chciałem takie mieć.

Po zimie, kiedy wreszcie można było zdjąć nogawki, miło było spojrzeć na łydkę bez włosków, a gdy podpisałem pierwszy kontrakt i byłem regularnie masowany – golenie nóg stało się wymogiem. No to dlaczego golimy nogi? Znacie już odpowiedź. Po pierwsze – higiena i łatwość masażu, po drugie – estetyka i wreszcie po trzecie – aerodynamika.

Wyplątać się z szelek

Drugi nieszczęsny temat: potrzeby fizjologiczne podczas wyścigu. Nie tylko w tej kwestii kolarstwo się zmienia – wyścigi są coraz szybsze, więc trudniej stanąć spokojnie na poboczu, bo powrót do peletonu często kosztuje sporo energii. Dlatego kto może, nie zsiada z roweru. Lekki zjazd, pomoc ekipy, która pcha lidera – takie obrazki mamy teraz przed oczami. Nikt nie traci sił bez powodu. Jest też większy szacunek dla kibiców, każdy stara się załatwić to, co musi, tam, gdzie nie ma ludzi.

Myślę, że UCI zarobiła kilka ładnych tysięcy franków z kar, zanim nauczyła kolarzy, że trawnik przed miejskim ratuszem nie jest odpowiednim miejscem na załatwienie potrzeb fizjologicznych.

Uciekać aż do mety

Kolejna kwestia: dlaczego peleton zawsze doścignie ucieczkę? Już, droga ciociu, spieszę z odpowiedzią! Przede wszystkim: nie zawsze – co roku zdarzają się sytuacje, kiedy ekipy sprinterskie przeliczą się w ocenie sił i determinacji uciekinierów. Chwała za to jednym i drugim! Im większy interes i koalicja kilku ekip, tym szanse uciekinierów są mniejsze. Bywałem po dwóch stronach barykady, więc wiem, co to znaczy uciekać i gonić. Niekiedy czułem się jednak tylko kawałkiem planszy reklamowej, bo ucieczka skazana była na niepowodzenie, a mimo to wierzyłem, że się uda.

Dlaczego więc ich doganiają? Głównie ze względu na to, że liczba goniących jest większa niż uciekających. Do tego dochodzi wspólny interes grup trzymających władzę i dążących do tego, żeby wygrywali liderzy, a nie wyłącznie dzielni Francuzi. A kiedy jedni pomocnicy się zmęczą, to mamy świeżych, którzy jechali w peletonie, więc w końcówce mogą dać z siebie wszystko, żeby dopaść zdobycz. Prosty wzór w kalkulacjach dla ucieczki: 1’20” przewagi na każde 10 km do mety – to minimum dla pięcioosobowej grupki, żeby myśleć o kwiatach i hostessach.

Dlaczego w peletonie wszyscy jadą obok siebie i nie upadają?

Upadają, i to bardzo często. Faktycznie, spokojny peleton na równej drodze jest niczym jednolita, kolorowa masa, ale gdy zaczyna robić się nerwowo, pojawiają się przeszkody, każdy stara się być z przodu, a nikt nie używa hamulców, więc dochodzi do masowych „kanapek”. Nie szukałbym tu żadnych idiotycznych, farmakologicznych teorii. Poziom się wyrównał, jest nas coraz więcej w końcowych kilometrach wyścigu, bo każda ekipa chce wygrać.

Pomocnicy, rozprowadzający, sprinterzy, cała generalka i ich gregario… Przecież nie da się, to nie jest możliwe, żeby wszyscy byli z przodu! Drogi przebudowane tak, żeby ruch samochodowy zwolnił, wcale nie czynią naszej pracy bezpieczniejszą. Z hamulcami tarczowymi czy bez, droga hamowania nie ma tu żadnego znaczenia, skoro i tak nikt z nas nie naciska na hamulec.

Jak szybko potrafię jechać po płaskim? A z góry? Ile waży rower? Czy faktycznie kosztuje więcej niż porządny samochód? Praktycznie zawsze słyszę te pytania pod sklepem, gdy tylko stanę po drożdżówkę i mineralną. Spokojnie tłumaczę, wykładam, ale wydaje się, że niekiedy nic nie dociera… Nawet tłumaczenia, że właśnie wróciłem z Tour de France czy Tour de Pologne, na niewiele się zdają, przecież ci kolarze w telewizji to są szybsi, więksi i mają mięśnie, nie to co ja. Trzeba chyba zmienić taktykę, rzucić kilka sensacyjnych historii, to się ludziom spodoba… Albo spojrzeć na to wszystko z przymrużeniem oka, tak jak wam radzę przeczytać ten artykuł. 


Michał Gołaś – jeden z najlepszych pomocników, którego od lat w swoich szeregach zazdrośnie trzyma Team Ineos (wcześniej Team Sky). W 2012 roku zdobył tytuł Mistrza Polski w wyścigu ze startu wspólnego, odtąd jeździ z flagą Polski na rękawku. Rok wcześniej wygrał klasyfikację górską Tour de Pologne. Kiedy nie trenuje, nie ściga się, nie zajmuje w Toruniu swoim sklepem i serwisem rowerowym Gołaś Bikes lub nie bawi się ze swoimi dziećmi, zabawia się słowami i dla SZOSY w błyskotliwych felietonach z dużą dozą humoru opisuje kolarską zawodową rzeczywistość.


Tekst ukazał się w SZOSIE 2/2016, dostępnej także wersji CYFROWEJ

Chcesz czytać więcej?

Zaprenumeruj SZOSĘ!