Kolarska ciuciubabka

Z jednej strony chłód cienia przynoszący kolarzom ulgę w upalne dni, z drugiej – ciepło dłoni rozmasowujących zmęczone pedałowaniem ciało. Zimowe zgrupowania w ciepłych krajach to chyba jedyne zdanie, które niczym oksymoron łączy te przeciwstawne pojęcia. Zimno-ciepło, ciepło-zimno… Które z nich, z perspektywy fizjoterapeuty, wygrywa w tej kolarskiej grze w ciuciubabkę?

Tekst: Arkadiusz Wojtas
Zdjęcie: VeloImages/Bora-hansgrohe

Jak co roku o tej porze jesteśmy na zgrupowaniu na Majorce. Średnie temperatury o tej porze roku być może nie powalają, ale jak na zimę pozwalają na optymalny czasowo trening w siodle bez konieczności zakładania kożucha i wełnianej czapki pod kask. Jest ciepło. Mniejszy wydatek energetyczny, większa elastyczność pracujących włókien mięśniowych, większy komfort fizyczny i psychiczny, czyli samo dobro. Dzień treningowy rozpoczynamy standardowo w siłowni od pracy nad wszystkimi partiami ciała. Szczególnie nad tymi, które w trakcie pełnego sezonu są nie celowo, ale trochę przecież zaniedbywane. Najpierw jednak rozgrzewka, czyli znów ciepło.

Po półtoragodzinnej pracy jedziemy, jak to się mówi w kolarskim żargonie, „rozjechać kwas mlekowy”. Przejażdżka w granicach dwóch do dwóch i pół godziny całkiem dobrze rozprawia się z ubocznymi efektami treningu siłowego i pozwala później na szybszą regenerację. Powrót na lekki obiad i odpoczynek, po którym znów kierujemy się w stronę ciepła, czyli do sauny. Nie pobijamy rekordów temperatury i czasu spędzonego ani w saunie, ani w długości zimnego prysznica obowiązkowego po parowych przyjemnościach. Wszystko jest dla ludzi, a nawet dla sportowców, jeśli jest stosowane z umiarem i w granicach indywidualnego komfortu. Po saunie czas na masaż. Dla niektórych w drużynie ulubiona część dnia i zasłużony relaks, dla innych – praca, czyli cytując klasyka: „teraz wkraczam ja!”.

Co jest podstawą pracy masażysty? Przede wszystkim ciepłe dłonie! Po ciężkim dniu pracy kolarz na kozetce fizjoterapeuty, oprócz zaufania do masażysty, powinien mieć ciepło jak w uchu. I na tym właściwie kończy się rola ciepła w mojej pracy, choć nie mogę przecież pominąć milczeniem gorących napojów, które podaję kolarzom na bufetach podczas wyjątkowo zimnych wyścigów. Jest jeszcze co prawda maść rozgrzewająca, którą wcieram kolarzom w nogi, a następnie, jeśli jest też mokro, pokrywam warstwą oliwki lub wazeliny, ale zabieg ten stosujemy sporadycznie przy okazji wczesnych wiosennych klasyków. Cóż, główne imprezy sezonu odbywają się w czasie włoskiej wiosny, w nie mniej gorącym francuskim lecie i jego piekielnie skwarnej hiszpańskiej końcówce… Ciepło, cieplej… Ba! Gorąco!

Skrawek cienia pod roletą teamowego kampera, klimatyzacja w autobusie, na starcie hostessy z parasolami nad głowami liderów wyścigu. Kamizelki z zimnym żelem i woreczki z lodem kładzione na kark – to wszystko po to, by schłodzić ciała kolarzy, którzy kilkugodzinny etap często muszą jechać w blisko czterdziestostopniowym upale. Żar z nieba, żar spod kół, para z nóg… Przydałoby się trochę chłodu.

Już ponad 10 lat temu, kiedy zaczynałem pracę jako masażysta, sportowi lekarze i fizjoterapeuci wykorzystywali płynące z różnego rodzaju źródeł zimno, zalecając je do powysiłkowej regeneracji. W drużynie HTC podczas Tour de France dla kolarzy mieliśmy przygotowane gumowe pontony wielkości najmniejszych dmuchanych basenów dla dzieci, które po przyjeździe do hotelu napełnialiśmy schłodzoną wodą. Kolarze zanurzali w niej nogi, żeby obkurczyć naczynia krwionośne napuchnięte po pracy na etapie wyścigu. Dziś, kiedy w poszukiwaniu odpowiedniego balansu między treningiem a odpoczynkiem akcent przesuwa się na jakość regeneracji, proste rozwiązanie sprzed dekady wydaje się jednym z najlepszych rozwiązań. Poparta badaniami kriometoda została przez ten czas dopracowana, tak jak sprecyzowane zostały też jej parametry. Znane już beczki z lodem wystawiane po każdym etapie w obozach wielu ekip lub specjalnie zamontowane w podłodze autobusu ice-baths – to wszystko po to, by przyspieszyć powysiłkową regenerację. Dla rozpalonych i opuchniętych po ciężkiej pracy nóg kolarza nie ma nic lepszego niż obkurczenie zimnem rozszerzonych naczyń krwionośnych i płynąca z tego doświadczenia ulga. Być może nie jest to znowu tak wielką eureką, ale to, co kiedyś robiliśmy „na czuja”, dziś przynosi konkretne efekty. Warunki w tym przypadku stawia jak zwykle czas i logistyczne możliwości teamu.



Najważniejsze w całej tej zabawie z zimnem jest jego jak najszybsze zastosowanie po skończonym wysiłku. Niby takie proste, ale – jak się okazuje – trudne do zrealizowania w realiach wieloetapowego wyścigu. Jak dużo beczek z lodem podczas upalnego dnia jesteś w stanie przygotować na raz tak, by z optymalnej dla procesu regeneracji temperatury „zera dodatniego” skorzystało jak najwięcej kolarzy? Jak dużo miejsca możesz wygospodarować w podłodze autobusu, żeby w jak najkrótszym czasie po etapie mogli swe nogi wymoczyć wszyscy zawodnicy? Kto w wyścigu o lepszą regenerację w kostkach lodu jest ważniejszy? Lider czy jego pomocnik? Wśród tych znaków zapytania nie znajdziesz wątpliwości, ile powinien trwać zabieg, bo na szczęście dziś wiemy już, że nogom kolarza wystarczy maksymalnie 5 minut w lodowatej wannie, by zbawienne zimno spełniło terapeutyczne oczekiwania.

Podobnie jednak jak z długością seansu w saunie, chłodzenie ciała jest sprawą wysoce indywidualną. Nasz lekarz mówi więc wyraźnie: maksymalnie 5 minut w lodzie, ale w granicach komfortu. Jeśli więc po dwóch minutach poczujesz ból, nie przedłużaj na siłę moczenia nóg w górskim potoku czy przerębli.

Swoje wanny w autobusie ma od wielu lat ekipa Quick-Step, Lampre często woziło ze sobą przenośne kriokomory, a my oprócz gumowych pontonów eksperymentujemy z różnego rodzaju ubraniami. W poprzednim sezonie testowaliśmy więc specjalne maty, w które za pomocą generatora pompowano schłodzoną do odpowiedniej temperatury wodę. Owinięte matą nogi kolarza oprócz chłodzącego zimna otrzymywały ulgę płynącą z ucisku, jaki powodowała cyrkulująca i rozpierająca wewnętrzne kanaliki woda (uczucie ucisku podobne jak w przypadku aparatu do mierzenia ciśnienia). W tej metodzie największym problemem była dla nas jednak wielkość samego generatora, dlatego po niedługim czasie musieliśmy zrezygnować z tego patentu na korzyść… zimnych gaci.

Działające na tej samej zasadzie, co rzeczone wyżej maty, uszyte z myślą o sportowcach regeneracyjne spodnie chłodzące (ang. ice-pants) mają dużo mniejszy i poręczniejszy zbiornik izolacyjny, z którego za pomocą niewielkiej pompki o całkiem sporej mocy pompowana jest ze stałą temperaturą zimna woda. Nie zabierają zbyt wiele miejsca i są całkiem skuteczne, co mogą potwierdzić również nasi koledzy z Movistaru. Jeśli więc chodzi o terapię zimnem, na ten moment „lodowe spodnie” wydają się najlepszym kompromisem w drodze do jak najefektywniejszej regeneracji w warunkach wyścigowych.

Przy okazji eksperymentów z zimnem warto wspomnieć, że powszechnie dziś stosowane przed czasówką kamizelki ze schłodzonym żelem są pomysłem wprowadzonym do kolarstwa przez ekipę Saxo-Banku. Metoda podpatrzona u holenderskich górników, którzy pod ziemią wykorzystują takie właśnie kamizelki do schłodzenia ciała podczas pracy w niekomfortowych warunkach, z powodzeniem została zaszczepiona w sporcie i do dziś wykorzystywana jest podczas upalnych dni.

Ciepło-zimno, zimno-ciepło… Biorąc pod uwagę osiągnięcia zawodników oddanych mi pod opiekę i doświadczenie płynące z codziennej pracy, rzekłbym, że szala korzyści przechyla się delikatnie w stronę zimna. Ale – jak to zwykle bywa i nie jest żadnym wielkim odkryciem – trzeba w tym wszystkim znaleźć odpowiedni balans. 

Tekst ukazał się w SZOSIE 1/2018 Ciepło – Zimno, dostępnej także wersji CYFROWEJ

Chcesz czytać więcej?

Zaprenumeruj SZOSĘ!