Karawana jedzie dalej

To było dokładnie pięć lat temu, zima 2015 r. Powstawał pierwszy numer SZOSY, którego najmocniejszym artykułem miał być wywiad z Michałem Kwiatkowskim. Ze świeżo upieczonym mistrzem świata oraz z Michałem Gołasiem spotkaliśmy się w Calpe. Zdjęcia z treningu, kawa w Moraira, sesja przy basenie, nagrania do podcastu. Tak oto „Kwiatek” i „Goły” towarzyszyli narodzinom SZOSY. 

Kolejne lata były pełne nowych doświadczeń zarówno dla nas, jak i dla nich. Po pięciu latach spotkaliśmy się ponownie, by ten czas wspólnie podsumować.

SZOSA ma 5 lat, uznałem to za dobry pretekst, by zaprosić was do tego reminiscencyjnego wywiadu. Dla nas, redakcji SZOSY, to był moment przełomowy, coś niesamowitego. Ale przecież dla was obu również. „Kwiato” miał tęczową koszulkę…

Michał Kwiatkowski: Gołaś nie miał tylu dzieci…

Czy czujecie, że jesteście teraz innymi kolarzami niż ci, z którymi rozmawiałem 5 lat temu?

Gołaś:Nie sądzę. Wciąż wykonuję dokładnie taką samą pracę, z podobnym entuzjazmem. Myślę, że jeśli coś się zmieniło, to raczej moja perspektywa. Czasy Quick-Stepu wspominam już jak przez mgłę, ale pojawiają się obrazy takie jak np. jakiś karkołomny zjazd na Paryż-Nicea, gdzie we dwóch z „Kwiatkiem” próbujemy się zabić, przebłyski myśli, że robiło się takie głupie rzeczy na wyścigach. Wtedy się o tym w ogóle nie myślało, mówiło się tylko: „Ale fun!”. Teraz może i zrobiłbym to samo, ale przynajmniej popukał się w głowę. Oczywiście to wynik zebranych doświadczeń, ale też i przejścia do Team Sky. Inaczej patrzy się na peleton z perspektywy tej drużyny. Nie chcę porównywać tych dwóch ekip, ale pewne jest, że w Sky poznaliśmy nowych ludzi, dzięki którym zyskaliśmy szerszy obraz tego, czym jest kolarstwo. Mam wrażenie, że teraz więcej widzę i rozumiem z tego, co się dzieje dookoła. 

Kwiatkowski: Kiedy przypomniałeś, że od tamtego wywiadu minęło aż pięć lat, to uświadomiłem sobie, jak czas zasuwa. Na pewno zdobyłem w międzyczasie olbrzymi bagaż doświadczeń. Może i wtedy mówiłem, że zdobycie tytułu mistrza nie zmieniło mnie jako człowieka, ale tak naprawdę zmieniło się bardzo dużo, choćby w tym, jak ludzie mnie postrzegają. Właściwie tylko jedna rzecz pozostała niezmienna – wielkie ambicje, może nawet zbyt wielkie, by zwyciężać. Bo na przestrzeni tych pięciu lat miałem wrażenie, że płacę za swoje ambicje. Mistrzostwo świata pozwoliło mi uwierzyć, że mogę osiągnąć wszystko w kolarstwie, ale kalendarz startów i wielka konkurencja kazały zaakceptować fakt, że nie da się wszystkiego przejechać, wygrać, wiecznie być w formie. 

Mówiłeś wtedy, że w kolarstwie zawsze jest więcej porażek niż sukcesów.

Kwiatkowski: Doświadczyłem porażek, ale nie jestem z tego powodu rozczarowany. Były i porażki, i sukcesy, niczego bym w tym nie zmienił. Taki był mój plan, żeby podążać za zwycięstwami, coraz większymi wyścigami, stawać się coraz lepszym kolarzem na różnorodnych szlakach. Cieszę się, że odważyłem się przejść z dobrej ekipy, w której wygrywałem wyścigi, do innej, która w sumie była niewiadomą. Dzięki temu jestem tu, gdzie jestem. I mam nadzieję, że jeszcze wiele przede mną. 

Gołaś: Wiesz, jeśli chodzi o to, że kolarstwo jest generalnie sportem porażek, to ja jestem osobą, która może to najlepiej potwierdzić. Jeśli popatrzeć na to w ten sposób, że zawsze jeden wygrywa, a 198 przegrywa, to tak na zdrowy rozsądek uprawianie tego sportu jest pasmem klęsk.

Trzeba się cały czas uczyć z tym żyć. Może ja tak bardzo nie musiałem, ale przecież Michał wygrywał tyle wyścigów od wczesnej młodości, to wymaga odpowiedniego dystansu i oceniania we właściwych kategoriach. Trzeba na siebie patrzeć bardziej pod kątem całościowego rozwoju, ogólnego trzymania poziomu, bo gdyby oceniać tylko suchy wynik, to byłby to jeden wielki dół.

Kwiatkowski: Pamiętam siebie z 2015 r., były wtedy momenty euforii, ale i mogłem beczeć, wycofując się z wyścigu. Teraz podchodzę do tego inaczej, że to jednak tylko sport, nie ma sensu zrażać się chwilowym brakiem wyników, albo nie wiadomo jak się cieszyć ze zwycięstwa, bo tak naprawdę coś przychodzi, coś przemija, a karawana jedzie dalej, jak to mówią.

Gołaś: To jest chyba właśnie to brytyjskie podejście, którego nauczyliśmy się w Sky. W Quick-Stepie była euforia po każdej wygranej, nawet gdybyś wygrał koszulkę górala na Tour of Qinghai Lake, a w Sky… Pamiętam na przykład taką sytuację z początku pierwszego sezonu w Sky. Na Algavre „G” (Geraint Thomas, red.) stał ze zwieszoną głową, podchodzę, pytam, co się stało, a on: – No nic, wygrałem. „Kurde, jak tak można do tego podchodzić?!” – myślałem wtedy. Teraz widzę, że ten dystans pozwala łatwiej przetrwać trudne chwile. 

Gdy przechodziliście do Sky, mieliście zapewne jakieś wyobrażenia co do swojej roli w nowym zespole. Jak to wspominacie z perspektywy minionego czasu?

Kwiatkowski: Mam teraz na pewno więcej swobody niż w Q-S. Tam było zawsze wielu liderów, ciągle musiałem walczyć, udowadniać, że można na mnie liczyć, a tutaj jestem bardziej spokojny. Nie ma tak silnej wewnętrznej rywalizacji, nie muszę niczego udowadniać na każdym kroku, zwłaszcza w tym momentach, gdy tego nie potrzebuję. Słowem, ta większa swoboda polega na tym, że mogę skupić się na konkretnych wyścigach, zamiast ciągle walczyć o pozycję w zespole.

Ale przecież często można usłyszeć opinie, że to w Sky cię właśnie ograniczają, zaprzęgają do roboty, nie dają szans.

Kwiatkowski: Sytuacja w naszym zespole jest bardziej klarowna, wiadomo, kto i w których wyścigach ma walczyć, nie ma za każdym razem rywalizacji. Jeśli ktoś pisze takie komentarze, to znaczy, że nie siedzi w tym sporcie i nie wie, jaką machiną jest kolarstwo i jak funkcjonuje 32-osobowy zespół, jak to jest wymieniać się rolami w zależności od tego, kto jest w danym czasie silniejszy. Nie można też porównywać kolarstwa do tego, co było, powiedzmy, 10 lat temu. 

Teraz jest nieporównywalnie większa presja na wygrywanie wszystkiego, nawet wyścigów niskiej rangi, każdy chce walczyć i zwyciężać od samego początku sezonu.

Gołaś: Większa presja jest wśród pomocników, bo jest ich więcej niż w Quick-Step. Trudniej wbić się na duże wyścigi, przy tym atomowym składzie na TdF są wybierani najlepsi z najlepszych. Trudniej było mi się odnaleźć w roli kapitana. Musisz pojeździć parę lat z tymi chłopakami, żeby ci zaufali. Tak czy inaczej miałem jasno określony cel i zadania i jest tak, jak się spodziewałem. Wiem dokładnie, co mam robić, nie muszę się martwić. I to motywuje do pracy – robisz to, czego od ciebie oczekują, i jesteś za to chwalony. 

Czy kolarstwo się zmieniło? 

Gołaś:O tak! Teraz 20-letnie dzieciaki, które powinny jeszcze walczyć o salami we Włoszech, wygrywają worldtourowe wyścigi. Pięć lat temu ci chłopcy mieliby jeszcze kilka lat przed sobą, żeby w ogóle zacząć się ścigać w zawodowcach, a teraz okazuje się, że są już na takim poziomie, że mogą jako zawodowcy wygrywać. To jest zastanawiające. Z drugiej strony nie ma się czemu dziwić, przecież dzięki Stravie, Garminom, Instagramowi, trenerom na każdym rogu itd. dostęp do wiedzy i inspiracji tak się rozpowszechnił. Nie wiem, czy to kwestia tylko tych 5 lat, ale na pewno w tym okresie wszystko bardzo przyspieszyło. Wcześniej, jeśli się na własnych błędach czegoś nie nauczyłeś, to musiałeś przez sezon czy dwa dawać sobie skopać tyłek. Teraz masz trenera, który ci mówi: zrób to, to i to, to trzeba poprawić, tu skorygujemy, tu masz fitting, tu ciuszki, pojedziesz na zgrupowanie, nawet wysokogórskie – taki młody od juniora już nie ma gdzie popełniać błędów. Jest otoczony opieką od samego początku. A my? Ja to na pewno, ale myślę, że „Kwiatek” też musiał ładnych parę lat szukać, żeby znaleźć swoją drogę.

Kwiatkowski:Gdy byłem juniorem, to żeby dowiedzieć się nowinek np. o jakiejś metodzie treningu, który Michał Gołaś – już jako zawodowiec – wykonywał, to musiałbym go spotkać, zapytać i – gdyby ewentualnie był skłonny wytłumaczyć – może coś bym zarejestrował. 

A teraz widzę, jak dzieciaki w mojej akademii trenują, mając dostęp do training peaksa, mierników mocy. W takich warunkach łatwo odwzorować to, co robią doświadczeni kolarze. I nie chodzi o śrubowanie młodego zawodnika, tylko znalezienie optymalnej drogi dla niego, ciągłe pomiary parametrów. Nie dziwię się, że młodzi kolarze mogą tak się rozwijać w tak krótkim czasie.

Gołaś:Kiedyś w pierwszej grupie przyjeżdżało 50-60 ludzi, a teraz może ich być dwa razy więcej. Poziom się tak wyrównał, więcej ekip ma dostęp do tych wszystkich możliwości, łatwiej jest kopiować innych. Nie wiem, czy to jest kwestia większych ambicji, czy czegoś innego, ale przez to, że widzisz na Stravie, jak trenują inni, to też cię motywuje do cięższej pracy.

Kwiatkowski:Ja myślę, że chodzi też o to, że każda drużyna ma machinę w postaci własnych mediów społecznościowych. Może rozdmuchać swój sukces, wykorzystać, używając własnych narzędzi. Do niedawna sukces polegał na tym, że po wygranej etapu na Tourze trafiało się na pierwszą stronę „L’Equipe”. Obecnie liczy się raczej liczba wyświetleń, polubień itd. I to już nie musi być zwycięstwo w TdF, wystarczy etap na Alagrve. I już można zrobić szum. Stąd wynika to parcie na wygrywanie wszystkiego, w każdej części sezonu.

Wtedy w Calpe rozmawialiśmy o nowinkach technicznych, zwłaszcza o tym, że peleton zaczyna jeździć na szerszych szytkach. Czy teraz też zauważacie jakieś techniczne trendy zmieniające profesjonalny peleton?

Gołaś: Ostatnich pięciu lat nie nazwałbym wielką rewolucją, jest to dalszy ciąg wyścigu zbrojeń. Więcej ekip ma pieniądze na testy aerodynamiczne, tak samo pracują producenci – starają się zbudować rower, który będzie szybki, a jednocześnie lekki. Wracamy do idei jednego roweru, po tym jak właśnie w tych ostatnich 5 latach część firm stawiała na dwa rozwiązania. Nie każdemu kolarzowi podoba się ciągła zmiana pozycji i chyba ostatecznie rower uniwersalny wygra tę walkę. Przez ostatnich kilka lat zaobserwowałem coraz większą dostępność komponentów projektowanych na miarę. Kolarza się skanuje, buduje kierownicę, która jest stworzona dla niego, i jedzie on wtedy w czasówce kilka sekund szybciej… taki bajer, może kosmos dla zjadacza chleba. Dla zjadacza kawioru już w zasięgu portfela, a dla najlepszych kolarzy w worldtourze to codzienność.

Odsuńmy się na chwilę od kolarstwa i spójrzmy na wasze życie prywatne.

Kwiatkowski: W jakimś sensie się ustatkowałem. Jestem po ślubie, mam dom. Pięć lat temu spędzałem zimę w hotelach, teraz znalazłem swoje miejsce na południu Francji. Nie muszę już ciągle się tułać. Co poza tym? Dalej lubię gadżety. Może nie kupuję już tylu dronów, co wtedy, ale może to dlatego, że są lepsze i mniej je gubię. Chyba więc zbytnio się nie zmieniłem. Może „Goły” to powinien ocenić?

Gołaś:Nie… generalnie się nie zmieniłeś (śmiech). Ale myślę, że jesteś bardziej stabilny, nabrałeś dystansu, kiedyś bardziej przejmowałeś się górkami i dołkami. 

Kwiatkowski: Robię swoje. Kiedyś może bardziej by mnie ruszały te komentarze na FB, teraz już tak jakoś nie bardzo…

A ty, „Goły”?

Gołaś:Myślę, że ja sam się nie zmieniłem, ale zmiany w moim życiu sprawiły, że mam inne spojrzenie na kolarstwo. Gdy masz trójkę dzieci, to nie masz czasu myśleć w domu o kolarstwie. Jeszcze 5 lat temu wydawało mi się, że to największa część mojego życia, a teraz gdyby kolarstwa zabrakło, to jakoś bym sobie poradził. Nawet wtedy, gdy ekipa miała się rozpaść, widziałem, że wśród młodych była panika, a ja nie widziałem powodu, żeby się zamartwiać. Mówiłem: Spokojnie, znajdziemy jakąś robotę, jeszcze się pojeździ. 

Wróćmy do treningu. Czy coś się w tej materii zmieniło przez ostatnich 5 lat?

Kwiatkowski:W obecnej ekipie naprawdę kładzie się olbrzymi nacisk na trening, więc na pewno przez tych ostatnich 5 lat bardzo się rozwinąłem pod tym względem. Widzę, że wspiąłem się na wyższy poziom. 

Jakiś konkretny przykład?

Kwiatkowski:To jest złożona sprawa, trudno ją sprowadzić np. do jakiejś konkretnej metody. Po tych wszystkich latach sądzę, że złota rada to umiejętność odpowiedniego odpoczynku. Żadna tempówka nie zastąpi dobrego wypoczynku. Nieważne, jak mocno byś nie trenował, to i tak wszystko sprowadza się do tego, żeby dać sobie wycisk i wypocząć, wycisk i wypocząć. I tak budujesz formę. Jeżeli zapominasz o odpoczynku, to tracisz. Oczywiście ja też szukam różnych metod treningu, eksperymentuję. Na co dzień trenuję z tytanami pracy, takimi jak Chris Froome, Geraint Thomas i wielu innych z ekipy. Z czystej ciekawości lubię podpatrywać treningi zwycięzców TdF. 

Skoro mowa o ludziach. Pięć lat temu z dużym szacunkiem mówiliście o Marku Cavendishu. Czy w ciągu kolejnych lat spotkaliście inne takie osoby?

Kwiatkowski:Dla mnie takim człowiekiem jest na pewno Chris. Gdy oglądałem, jak wbiega na Mont Ventoux… To był chyba najlepszy obraz, jak ten facet podchodzi generalnie do życia. Nigdy się nie poddaje, nieważne, co się dzieje. Myślę, że gdyby połamał rower na treningu, to zrobiłby zamiast tego maraton. Podobnie podchodzi do wyścigów. Daje sobie olbrzymi wycisk. Gdy na to patrzę, to widzę, że można.

Gołaś: Nikt z nas nawet sobie nie umie wyobrazić presji, pod jaką znajduje się zwycięzca Touru. Nawet teraz, po kontuzji, gdy wszyscy już spisywali go na straty. Nie wiem, jaki będzie finał tej historii, czy wygra piąty Tour, czy w ogóle wróci do rywalizacji. Kiedyś Tony Martin był przywoływany jako tytan pracy, ale to jest pikuś przy „Froomim”. Nawet to, jak sobie radzi z hejtem, który się na niego często wylewa, robi wrażenie. Wielka odporność psychiczna.

Kwiatkowski: Myślę, że Dave (Brailsford – red.) jest też taką osobą. Odnalazłby się nie tylko w kolarstwie. To, jak prowadzi zespół, jak motywuje, jest świetnym menedżerem, to też bardzo inspirujące.

Gołaś:Menedżer w jego przypadku to nie jest chyba właściwe określenie, on ma wizję, widzi więcej niż inni, rozumiesz, bardziej można by go nazwać… dyrygentem. Jest integralną częścią ekipy, ma duży wpływ na psychikę kolarzy.

Jakie są najlepsze momenty, które wspominacie z tych pięciu lat?

Kwiatkowski:Hm… 

Gołaś: Na pewno najbardziej cieszyłeś się z San Remo. 

Kwiatkowski: No tak, wieczorna impreza była dobra… Myślę, że po TdF w 2017 roku też była wielka euforia, zwyciężyć wielki tour z ekipą – to było niesamowite doświadczenie. No i ślub.

Nie wiem, dlaczego, ale myślałem, że wymienisz tu raczej zwycięstwo w Amstel Gold Race w koszulce mistrza świata. Mnie, jako kibicowi, ten obrazek wyjątkowo utkwił w pamięci. 

Kwiatkowski:Tak, to oczywiście też. Ale chyba bardziej pamiętam ten sezon 2017 jako całość niż 2015. Pewnie, że zwycięstwo w Amstel to było coś wspaniałego, ale mi się to zlewa w całość z wycofaniem się z Touru, też w tęczowej koszulce, a tego nie wspominam za dobrze. Na koniec sezonu miałem mieszane uczucia. A 2017 – to był fajny rok. 

Gołaś: Ja nie mam tylu sukcesów co Michał, żebym mógł sobie wybierać… Sportowo było stabilnie, bez specjalnych momentów. Wiesz, u mnie ciągle coś się dzieje, rodzina mi rośnie, miałem w międzyczasie jakieś szalone pomysły biznesowe… właściwie nie było czasu na refleksję. Dopiero teraz, gdy mi się syn urodził, chyba wyluzowaliśmy trochę w domu, jest fajnie, to raczej nie był jeden konkretny moment, który mógłbym wspomnieć.

To dla równowagi muszę spytać o najgorsze momenty…

Gołaś: Dwa lata temu straciłem mamę. Nie było cięższego okresu w moim życiu, zawsze byłem „synkiem mamusi”, to był trudny rok, przejście przez jej chorobę. A jednocześnie cały czas się ścigałem, miałem wiele rzeczy na głowie, musiałem dawać radę, ale nie było łatwo.

Kwiatkowski:Po tym, co „Goły” przywołał, to co mogę powiedzieć? Że mi było przykro, gdy się wycofywałem z Touru w 2015? W porównaniu z takimi wydarzeniami to są drobiazgi.

No, ale na pewno, gdy zmieniłem drużynę, to ganiałem za wynikiem, chorowałem, wycofałem się z Dauphnie i Vuelty. Trenowałem na zabój, a z drugiej strony zdrowie mi na to nie pozwalało. I trudno było uwierzyć, że nie straciło się talentu i będzie się w stanie znów wygrywać, to był taki trudny moment, pełen przemyśleń. A i tak dalej się łapię na tych samych rzeczach cały czas, szybko się zapomina, będąc na topie, że organizm ma ograniczenia.

A co mówią trenerzy o waszej formie, postępach?

W naszej ekipie trener powinien tylko stopować, bo tu nie ma ludzi bez ambicji, te ambicje są albo duże, albo wielkie. Rola trenera sprowadza się więc do podawania jakichś detali i raczej uspokajania. 


Nie mówią: „Hej, Michał, robisz postępy!”?

Gołaś:To ja sam muszę sobie to mówić, żeby się zmotywować, trenerzy raczej takich rzeczy nie robią. Gdy masz takie konie jak w naszej w ekipie, to trudno oczekiwać, że ktoś pochwali „Gołego”, że robi postępy, gdy wiadomo, że inni zrobią to i tak o 15 procent lepiej. 

Kwiatkowski:W naturze każdego sportowca jest ciągły progres, trenerzy są raczej od tego, żeby stopować, jak powiedział Michał. Choć nie zawsze to robią, bo tak naprawdę, kto wie, jakie są limity ludzkich możliwości?

To zapytam jeszcze inaczej. Patrząc tylko na wyniki, należałoby stwierdzić, że Michał Kwiatkowski w 2017 r. był mocniejszy niż np. w 2019. Czy można w ten sposób to oceniać? Jesteś silniejszy czy słabszy, niż byłeś kilka lat temu?

Kwiatkowski: Ja z roku na rok robię peaki mocy, z 1 minuty, 10 minut, 20 minut, myślę, że „Goły” też się cały czas poprawia.

Gołaś: Może to zabrzmi śmiesznie, ale gdybym pięć lat temu jeździł z tą mocą, co teraz, i ważył tyle, co teraz, to byłbym częściej w telewizji, niż byłem. Problem polega na tym, że inni też robią postępy – więc jestem wciąż w tym samym miejscu.

Kwiatkowski:Jedyne, co można próbować, to rozwijać się szybciej niż inni.

Porozmawiajmy o rywalach. W przypadku „Kwiatka” chyba łatwiej ich wskazać niż u „Gołego”.

Gołaś: Ja mam samych przyjaciół…

Trudno ocenić, czy żartujesz czy nie, bo przecież twojej walki nie widać w telewizji.

Gołaś: Mówisz jak moje dzieci.

Ale nie wątpię, że ta rywalizacja wśród pomocników jest zaciekła. 

Gołaś:No pewnie, my mamy własny wyścig za plecami liderów. U nas przy każdej kolacji mówi się o tym, kogo się nienawidzi. Opowiadasz, jak nie lubisz jakiegoś gościa z Cofidisu, a „Kwiatek” może nawet nie wiedzieć, że Cofidis się tam gdzieś pałętał. 

To jest cały czas wojna i jest kilku takich gości, na widok których banan się w kieszeni otwiera. Ja miałem przez lata Luka Rowe, Michaela Schaara, Nikiego Terpstrę, oni się cały czas przewijają w rozmowach. Bardzo ich szanuję oczywiście, ale bywa, że się czasem szerzej łokcie otwiera…

Kwiatkowski: Ale z tymi nazwiskami to jest tak, że gdy są w innej ekipie, to ich nienawidzisz, a gdy u ciebie – kochasz.

Kwiato”, a ty? Pięć lat temu oczywista wydawała się twoja rywalizacja z Saganem.

Kwiatkowski:To było wykreowane przez media. W rzeczywistości ja na każdym wyścigu mam rywali. 

Gołaś: Ja mam dwustu przyjaciół w peletonie, „Kwiato” – dwustu wrogów. A swoją drogą, wiesz, na czym mu najbardziej w życiu zależy? Żeby wygrać ze mną w ping-ponga.

Kwiatkowski: To prawda, jeszcze mi się to nigdy nie udało, od juniora młodszego „Goły” wygrywa. Może kiedyś się uda… Ale kiedyś w deblu wygraliśmy turniej w ping-ponga w Szanghaju, nieźle to brzmi, nie? Pokonaliśmy m.in. mistrza olimpijskiego Grega Van coś tam, jakiegoś Contadora itp. 

No właśnie, było w tych latach trochę wesołych chwil?

Gołaś: Wiesz, trudno to teraz przywołać w pamięci, ale oczywiście sporo jest takich momentów: na zgrupowaniu pokonujesz Włochów w FIFA i jest taka radość, jakbyś co najmniej wygrał Paryż-Nicea. Notabene od FIFA było akurat było 5 lat przerwy, czas do tego wrócić…

Rozmawiał: Borys Aleksy
Zdjęcia: Michał Kwiatkowski, Michał Gołaś, Kristof Ramon

Tekst ukazał się w SZOSIE 2-2020, dostępnej wersji CYFROWEJ oraz ISSUU