Jazda po kopcach

Być może drużyna taka jak Tinkoff „už se nevrátí”, ale teraz – zamiast po górach – jeździmy „po kopcach”, chodzimy spać „do izby” i zawsze jest wesoło. Polacy mówią po słowacku, Słowacy po polsku, a w niemieckiej drużynie Polaków jest dziś chyba więcej niż w samej CCC

Tekst: Arkadiusz Wojtas
Zdjęcie: BORA-hansgrohe

Po pół roku, jakie minęło od czasu, kiedy przeszedłem z Rafałem Majką i resztą naszej „polskiej mafii” do BORA-hansgrohe, nie jestem w stanie stwierdzić, czy dobry klimat wśród kolarzy wystarczy, by pretendować do grona pierwszej piątki najlepszych drużyn na świecie, ale już teraz mogę dokonać wielu porównań. Czy i komu są one potrzebne i czy wszystkie wyjdą na plus, okaże się, kiedy będziecie czytać ten tekst, a już na pewno – pod koniec tego sezonu.

Odpowiadając na pytania zainteresowanych karierą naszych sportowców, nie sposób nie odnosić się do tego, jak było w Tinkoff. W końcu na to, od czego Oleg odcinał w ostatnim roku kupony, Bjarne Riis pracował przeszło 12 lat. Nasz brązowy medalista olimpijski Rafał Majka rozwijał się w tej drużynie przez 6 lat, pierwsze poważne szlify i miano walecznego pomocnika zyskał Paweł Poljański, a Maciej Bodnar wyrósł na jednego z najlepszych czasowców na świecie. Tak jak nie sposób zamieść tych faktów pod dywan, tak głupotą by było rezygnować z dotychczasowych doświadczeń, które w poprzedniej drużynie doprowadziły nas do wielkich triumfów. BORA-hansgrohe kupiła nie tylko nogi mistrza świata, czerwone grochy Rafała czy aerodynamicznego Maćka. Niemiecka drużyna przejęła sumę doświadczeń najlepszych kolarzy, wiedzę świetnego dyrektora sportowego i trenera oraz jakość pracy obsługi. Nie oznacza to jednak, że autobus jest dokładnie taki sam, a zmieniły się tylko kolory naklejek*. Suma naszych wspólnych doświadczeń w miksie z niemiecką precyzją i gospodarnością może dać bardzo ciekawe rezultaty.

Jeszcze trzy miesiące temu, mówiąc o nowej drużynie, przychodziło mi do głowy powiedzenie, że do luksusowego ferrari nie zakłada się używanych gum. Naturalnie, miałem na myśli Petera Sagana w roli silnika, a innych kolarzy i obsługę porównałem w głowie do całej reszty tej genialnej maszyny. Sam silnik bez kół wszak nie pojedzie, a koła bez dobrych opon szybko się rozpadną. Do jednej ze zużytych gum porównałem siebie, kiedy po całym dniu spędzonym na przesiadkach na bodaj pięciu lotniskach dotarłem wykończony do domu. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ta sama droga w bezpośrednim połączeniu zajmuje niecałe dwie godziny. Nie chodzi wcale o to, że Oleg przyzwyczaił nas do luksusów absurdalnymi akcjami typu wysłanie prywatnego samolotu z Włoch do Moskwy po kawior z bieługi z okazji wygranego etapu. Lub bez okazji, bo Oleg po prostu miał gest. To jest akurat nikomu niepotrzebna i wręcz głupia rozrzutność. Natomiast to, że po całym dniu spędzonym na przesiadkach mamy mniej czasu na regenerację, od której potem zależy jakość naszej pracy, to już niepodważalny fakt. Tak samo jak trochę bez sensu jest, by mistrz świata, zamiast leżeć już na masażu, musiał czekać na resztę kolarzy, aż dołączą do niego na lotnisku, lądując w kolejnych lotach.



Tak więc po raz pierwszy byłem świadkiem, jak kolarze organizują zebranie z top managementem, by zgłosić swoje uwagi do sposobu wydawania pieniędzy drużyny. Przy tej okazji nie mogę pominąć milczeniem faktu, że Peter, który był inicjatorem tego historycznego wydarzenia, nie zrobił tego dla swojej wygody. Znowu będzie laurka, ale nasz obecny mistrz świata to naprawdę nietuzinkowa postać i dba o to, by każdy kolarz był traktowany w identyczny sposób, bez względu na swoje osiągnięcia sportowe. Czy jest młodym stażystą, czy starym wyjadaczem – każdy ma mieć zagwarantowane takie samo traktowanie. Nie ma zjawiska „Petera i jego świty”, jak to się działo (nie szukając daleko) w przypadku Alberto Contadora. Nie ma równych i równiejszych. Jest TEAM! Wystarczyło więc jedno kulturalne zebranie i sprawa zużytych gum, do których porównałem oszczędzanie na biletach lotniczych, przestała istnieć.

Kolejną różnicą, jaką odnotowałem, jest silnie rozwinięty marketing. Nie każdy kolarz ma charyzmę Petera Sagana, bo zawodnicy mają za zadanie jeździć na rowerze, a nie zdobywać Oscary w spotach reklamowych. Trzeba jednak przyznać zarządowi, że potrafi wykorzystać wizerunek sportowców i zadbać o interesy sponsorów. Nie od dziś wiadomo, że zadowolony sponsor to gwarancja dalszego finansowania drużyny i w żadnej innej ekipie na świecie kolarze nie mają takiego poczucia bezpieczeństwa jak w BORA. Dzięki bardzo dobrej świadomości marketingowej niemiecka drużyna może liczyć na pewne źródła finansowania, oparte na długofalowych relacjach ze sponsorami, co z kolei daje możliwość inwestowania w młodych, zdolnych zawodników. Młodzież z kolei, mając zagwarantowane dłuższe niż rok lub dwa lata kontrakty, może spokojnie, pewnie i mądrze dojrzewać do swych ról, jakie przyjdzie im pełnić w „dorosłym peletonie”. Niby szczegół, a robi różnicę. Najlepszy lider nie pojedzie przecież sam wielkiego touru. Siła drużyny tkwi nie w jednym genialnym talencie, tylko w liczbie zawodników, którzy mogą coś ugrać dla teamu po kraksie i eliminacji lidera z wyścigu. Jest jeszcze kilka „drobnostek”, takich jak magazyn z prawdziwego zdarzenia i generalnie świetna infrastruktura. Różnica w komunikacji i otwartość na nowe pomysły oraz osobiste doświadczenie każdego członka zespołu, z którego kadra chętnie czerpie przy okazji organizacji każdego wyścigu.

Porównując to, co było, i to, co jest, prawie umknęła mi jedna z największych różnic, z której zdałem sobie sprawę, będąc przy kwestii inwestowania drużyny w młodzież. Nie da się ukryć, ale my też jesteśmy coraz starsi. Rafał nie tylko został tatą, ale jest już ukształtowanym, rozpoznawalnym zawodnikiem. Paweł i Maciek – wciąż młodzi, ale bagażem swych doświadczeń mogliby obdzielić niejednego nieopierzonego stażystę. Tak też zresztą się dzieje i chłopaki nie szczędzą rad młodszym kolarzom, choć zdawać by się mogło, że tak niedawno to oni podpatrywali starych wyjadaczy. Każdy koniec to nowy początek – cholernie fajnie jest być częścią tej historii. 

*Info dla dociekliwych szczególarzy: tak, mój ukochany tinkoffowy autobus też przeszedł z nami do BORA!

Tekst ukazał się w SZOSIE 4-2017 Lato, dostępnej także wersji CYFROWEJ

Chcesz czytać więcej?

Zaprenumeruj SZOSĘ!