Jan Antkowiak

O obecnej sytuacji w polskim przełaju rozmawiamy z Janem Antkowiakiem, człowiekiem legendą dyscypliny

Panie Janie, jak jest naprawdę z polskimi przełajami?

Jest źle, wręcz bardzo źle, a wiem, co mówię, bo kilkanaście lat siedzę w tym sporcie, kocham go i całkowicie mu się poświęcam. Kiedyś było znacznie lepiej. Liczyliśmy się w międzynarodowej rywalizacji, na przykład Krzysztof Kuźniak robił z Kevinem Pauwelsem, co tylko chciał. Belgijscy kibice przez godzinę po zawodach bili mu brawo. Reszta też nie była gorsza. Mieliśmy Gilów, mieliśmy Tadeusza Korzeniewskiego, który meldował się w okolicach piętnastego miejsca w Pucharze Świata. Marek Cichosz też dawał radę. A teraz? Nie ma dosłownie nikogo. Za moich czasów w przełajowych mistrzostwach Polski startowało 100 zawodników. Dzisiaj w elicie jest sześciu. Śmiechu warte.

Jest źle, wręcz bardzo źle, a wiem, co mówię, bo kilkanaście lat siedzę w tym sporcie, kocham go i całkowicie mu się poświęcam. Kiedyś było znacznie lepiej. Liczyliśmy się w międzynarodowej rywalizacji, na przykład Krzysztof Kuźniak robił z Kevinem Pauwelsem, co tylko chciał. Belgijscy kibice przez godzinę po zawodach bili mu brawo. Reszta też nie była gorsza. Mieliśmy Gilów, mieliśmy Tadeusza Korzeniewskiego, który meldował się w okolicach piętnastego miejsca w Pucharze Świata. Marek Cichosz też dawał radę. A teraz? Nie ma dosłownie nikogo. Za moich czasów w przełajowych mistrzostwach Polski startowało 100 zawodników. Dzisiaj w elicie jest sześciu. Śmiechu warte.

Kto ponosi za to winę?

Trudno mówić o winie. Ludzie związani z przełajami nie pracują dla pełnego portfela, tylko z tego prostego względu, że ten sport jest dla nich wszystkim. Ale jak długo można wytrzymać? PZKol robi tyle, ile może, ma jednak związane ręce. Przełaje nie są konkurencją olimpijską, występują więc problemy, jeśli chodzi o finansowanie.

Zgoda, jednak weźmy np. naszych południowych sąsiadów, Czechów, z którymi rywalizowaliśmy w latach 80. Tam cyclo-cross ma się świetnie.

Ma się świetnie, ponieważ Czesi wiedzą, jak się za przełaje zabrać. Co rusz są gospodarzami mistrzostw, organizują trzy wyścigi pierwszej kategorii, czyli takiej samej jak zawody Superprestige. U nas wyścigi o puchar takiego czy innego burmistrza przypominają… Niczego nie przypominają. Zero kibiców. Kilku zagubionych turystów, reszta to rodzina.

Jeśli związek się stara, to kto zawodzi?

Powiem w ten sposób: systemowi szkolenia nie mamy czego zarzucić, bo on zawsze znajdował się na wysokim poziomie. Mamy ludzi kompetentnych, którzy wiedzą, jak zabrać się do rzeczy. Nie ma za to materiału. Najpierw przychodzi szosa, potem tor, potem MTB, a na samym końcu przełaje. Do błotniaków trafiają ci, którzy nie dają sobie rady w innych konkurencjach, którzy ich nie łączą. A kiedyś w przełajach startowali szosowcy. Popatrzmy na kluby: cały czas przyjeżdżają te same ekipy – czy to z Bytowa, czy Strzelec Krajeńskich. W innych ośrodkach rezygnuje się z przełajów. Albo się nikomu nie chce, albo klubów nie stać na rowery. Odnoszę wrażenie, że kluby nie garną się zupełnie do przełajów.

Serce Pana zapewne boli…

Boli, bo jestem blisko przełajów. I szczerze powiedziawszy, żałuję trochę tych lat, kiedy byłem trenerem. Przez siedemnaście lat, kiedy siedzieliśmy wszyscy za granicą, do kraju przyjeżdżaliśmy tylko w okolicach świąt Bożego Narodzenia, by wziąć udział m.in. w mistrzostwach Polski. Zabierało się chłopaków na Zachód, do Belgii czy Holandii, by zobaczyli, jak wygląda zawodowy cyclo-cross. Poziom ścigania u nas nad Wisłą jest na żenującym poziomie. Kiedyś Belgowie, którzy zobaczyli Olgę Wasiuk, stwierdzili, że z tej mąki może być chleb. Jednak na tym się skończyło. To wręcz paranoja, że wysyłamy na mistrzostwa czy Puchar Świata zawodników, którzy mają w nogach jeden, dwa wyścigi. Wygrywają inni, a my jesteśmy klasyfikowani na 50. miejscu bądź w ogóle. To jest nie do przyjęcia.

Wtedy w świat idzie komunikat, że polskie przełaje nie istnieją.

A co innego mają sobie pomyśleć ewentualni sponsorzy? Co ma pomyśleć sobie telewizja, inne media? Popatrzą na rezultaty i nawet nie zaczną się zastanawiać, czy wchodzić w przełaje, czy nie. Wyniki mówią same za siebie.

Co więc uczynić, by te wyniki były lepsze?

Wielokrotnie rozmawiałem z szefem szkolenia PZKol Andrzejem Piątkiem. Wyłuszczałem mu, jakie problemy trawią błotniaków. Trzeba zmotywować kluby, trzeba zmotywować zawodników. Najlepiej byłoby szkolić już od juniora młodszego, a nie dopiero od juniora. Aktualnie stanęło na tym, że wyścigi będą rozgrywane w kategorii OPEN dla juniorów, orlików i elity. Wszyscy będą kręcić przez 50  min. Miejmy nadzieję, że ta zmiana zadziała pozytywnie.

A kto według Pana ma obecnie największe szanse, by jeszcze coś zwojować w pojedynku z Belgami lub Holendrami?

Uważam, że Marek Konwa. On świetnie się czuje w takim krótkim, godzinnym, interwałowym ściganiu. Prowadząc u siebie sklep rowerowy, zaobserwowałem również, że coraz więcej osób przychodzi i kupuje rower przełajowy. Są to z reguły amatorzy, którzy latem jeżdżą na szosie. Dlaczego więc nie wykorzystać tego i nie zorganizować, przykładem MTB czy właśnie szosy, wyścigów dla amatorów przed elitą? Chętni się znajdą, amatorzy mogą rozruszać ten sport.


Wolfgang Brylla – dziecko swoich rodziców i wortalu rowery.org. Od ponad 15 lat pisze dla różnych, nie tylko polskojęzycznych mediów kolarskich. Robił też zdjęcia, ale, jak sam mówi, kiepskie. Z SZOSĄ związany od samego początku. A na szosach pod Zieloną Górą kręci prawie przez cały rok.


Tekst ukazał się w SZOSIE 5/2015, dostępnej także wersji CYFROWEJ

Chcesz czytać więcej?

Zaprenumeruj SZOSĘ