Giro: (bez)graniczna miłość

„Napiszesz tekst o Giro?” – padło pytanie. Pierwsza myśl: po co? Po co pisać o wyścigu, który odbędzie się w cieniu wielkiej tragedii, jaka miała miejsce kilkanaście dni temu, gdy na jednym ze skrzyżowań w Fillotrano kierowca furgonetki śmiertelnie potrącił Michele Scarponiego.

Tekst: Wolfgang Brylla
Zdjęcia: Kristof Ramon / SZOSA

Scarpa był kimś. Włoskim bohaterem. Człowiekiem, który w 2011 roku – po zawieszeniu Alberto Contadora – wygrał Giro d’Italia i w tym sezonie miał zastąpić kontuzjowanego Fabio Aru w walce o „maglia rosa”. W takich sofoklesowych momentach kolarstwo schodzi na plan dalszy. „Napiszesz tekst o Giro?”. „Tak”. By mimo wszystko uczcić pamięć Scarponiego. I pokazać głupotę organizatorów.

Astana postąpiła słusznie. Szczerze powiedziawszy, nie miała też większego wyboru, bowiem kto miałby wskoczyć do składu w miejsce śp. Scarponiego? Ekipa Aleksandra Winokurowa wyruszy na Sardynię, gdzie 5 maja rozpocznie się jubileuszowa, bo setna edycja włoskiej trzytygodniówki, jedynie z ośmioma zawodnikami. Właśnie tam rozpocznie się długa, usłana przeszkodami, rozciągnięta na ponad 3,5 tys. km epopeja. Urodziny Giro miały być szczególne. Szczególnie udane. RCS Sport wymyśliło więc sobie, że Sardynia swoją drogą, ładnie, pięknie, ale może też druga ze śródziemnomorskich wysp Italii – Sycylia? Nadmuchajmy medialny balonik rywalizacji Aru z Vicenzo Nibalim. Ten pierwszy pochodzi z Sardynii, ten drugi z owianej mafijną legendą Sycylii. Kto za, kto przeciw, kto się wstrzymał. Hop, harmonogram gotowy.

Na papierze rozkład wygląda znacznie, nawet bardzo. Co akurat w przypadku włoskiego touru nie jest żadną sensacją. Zawsze lubiliśmy ten wyścig z drugiego szeregu, który przez wiele, wiele lat nie mógł pod względem popularności dorównać Tour de France. W RCS Sport robili i robią wszystko, by jednak swój produkt umiejętnie sprzedać i zaproponować kibicom prawdziwą kolarską ucztę. Zawodnikom już mniej. Ma być coraz wyżej, coraz trudniej, coraz niebezpiecznej. Frajda dla oka, ryzyko dla nóg. Tylko po co? Po jakiego grzyba? Dla statystycznych słupków? Dla oglądalności? Po to, by mówili?

Ale po kolei. Łącznie aż trzynaście etapów po terenie, nazwijmy go, „nie-płaskim”, do tego pięć klasycznych górskich końcówek, dwie jazdy na czas dla solistów (ponad 67 km). To Giro nie kocha sprinterów, ponieważ tam, gdzie ma być niby łatwo, tam będzie mało przyjemnie. Już czwartego dnia zmagań przed kolumną wyrośnie Etna – wulkan magiczny, wulkan piękny, wulkan, wulkan czynny. W połowie marca pojawiły się spekulacje, niepotwierdzone przez kierownictwo, że być może trzeba będzie zrezygnować z blisko 18-kilometrowego podjazdu (maks. 12%) z racji wzmożonej aktywności Etny. Innymi słowy: wulkan bucha. Finisz zlokalizowano obok znanego schroniska Sapienza, ok. 800 metrów poniżej wulkanicznego szczytu, na którym tak chętnie trenują profi, a który do tej pory jedynie trzy razy (1967, 1989, 2011) gościł w programie zawodów.

OK, Etna jest jedna, a jedna jaskółka, jak wiadomo, wiosny nie czyni. Ale co w przypadku kilku podobnych „Etn”? Pierwszy tydzień to przebijanie się z samego czubka włoskiego buta na północ. Kierunek – Apeniny. Tam, gdzie czeka Blockhaus. Odcinek wystartuje z Montenero di Bissacia na wysokości 156 m n.p.m., by popołudniu zakończyć się po 13-kilometrowej wspinaczce na 1665 m n.p.m. Chciałoby się odpocząć, na relaks przewidziano tylko jeden dzień. Bez wytchnienia pędzimy dalej na pagórkowatą trasę czasówki w Umbrii oraz na naszpikowany czterema podjazdami etap do Bagno di Romagna. A potem? W miarę dwa „lightowe” dni i boom – Alpy. Chętnie odwiedzane przez turystów sanktuarium w Oropa zwieńczy ściganie na czternastym odcinku, nazajutrz kino lombardzkie z Miragolo San Salvatore oraz Selvino. I to jeszcze nie wszystko. Przed nami tydzień trzeci, tydzień rozstrzygający. Od samego czytania przeszywa cię dreszcz, od patrzenia na profile bolą cię nogi. Witamy w piekle.

Tak, to jest piekło. Miejsce bólu oraz cierpień, potu i łez. Etap numer szesnaście to czyste szaleństwo. To co, że kończymy przygodę na zjeździe po przełęczy Umbrail. Wpierw trzeba na się na nią doczłapać i mieć dużo szczęścia na zakrętach w dół. Szwajcarski Umbrail będzie jedynie wisienką na górskim torcie, deserem do zupy w postaci Passo del Mortirolo (1865 m n.p.m., 12,5 km, maks. 16%), który poświęcony zostanie Scarponiemu, oraz dania głównego, kolosalnego dachu wyścigu Passo dello Stelvio (2488 m n.p.m., 21,7 km, maks. 12%). Na Mortirolo „Orzeł” atakował w 2010 roku, w efekcie czego sięgnął po swoje ostatnie zwycięstwo etapowe w Giro. Mało atrakcji? Skądże! RCS Sport spotkało się na kawie i ciastku podejmując decyzję, że co tam!, dodamy coś jeszcze. Coś jedynego w swoim rodzaju. Wprowadzimy klasyfikację dla najszybszego zjeżdżającego kolarza!

Are you kidding me? Nagroda i jakieś tam pieniądze dla samobójcy na zjeździe? Czy ktoś pamięta o Wouterze Weylandtcie? Czy ktoś słyszał o Chadzie Youngu, który zginął w ostatnich tygodniach w wyniku urazów na zjeździe podczas Tour of Gila? Promujecie, panowie, ryzykowne zachowania. Proponuję więc również ranking dla kolarza najczęściej uwikłanego w kraksy. W Mediolanie 15 tys. euro w kieszeń oraz darmowa opieka lekarska do 80-tki… Organizatorzy, nie wypada, wstydźcie się! Amatorstwo, szukanie blichtru ponad wszystko.

Chęć dorównania „Wielkiej Pętli” przekłada się na jednostronną politykę przyznawania dzikich kart umotywowaną komercyjnie. Mauro Vegni, szef Giro, tym razem podziękował dwóm, jak się wydawało, włoskim prokontynentalnym pewniakom: Nippo-Vini Fantini, gdzie jeżdżą „Mały Książę” Damiano Cunego czy świetna górska kozica Julian Arredondo (król gór Giro A.D. 2014), oraz Androni-Giocattoli z Francesco Gavazzim. Zamiast tego zaproszono Gazprom-RusVelo, bo, pomijając aspekty sportowe, Rosjanie równa się kasa, oraz ponownie nasz CCC Sprandi Polkowice, bo Polska to dla Włoch nadal ciekawy rynek. Wciąż krąży w kuluarach plotka o Grande Partenza nad Wisłą. Organizatorzy mogą oczywiście robić, co im się żywnie podoba, ale działanie na rzecz rodzimego kolarstwa wygląda ciut inaczej. Dla pozorów można przecież było, jak w 2011 roku, kiedy świętowano 150-lecie zjednoczenia Włoch, poprosić UCI o zwiększenie kontyngentu dla ekip z wild cards. Postąpiono inaczej.

Wracając do trasy. Odcinek siedemnasty trzyma w zanadrzu Aprikę i Passo del Tonale. W Dolomitach co prawda jedynie niecałe 140 km, ale za to z pięcioma hopkami, w tym Passo di Pordoi (2239 m n.p.m., 12 km, maks. 9%) czy Valparole (2117 m n.p.m., 13 km, maks. 14%). A w Grande Finale Kreuzbergpass 14 km po starcie w San Candido, Piancavallo w różnicą wzniesień ponad tysiąca metrów na ostatnich 15 kilometrach (19. etap), Monte Grappa i Foza (20. etap) przed kulminacją, czyli ITT z toru w Monza do samego serca Mediolanu na dystansie 28 km.
O faworytach pisać nie będziemy. Pewnie, jest ich kilku, ale Giro lubi wygenerować swoich własnych herosów, których wcześniej rzadko kto miał na rachunku. Rok temu takimi niespodziankami byli mniej lub bardziej młody Johan Esteban Chaves czy Bob Jungels. Rafał Majka, który tym razem odpuszcza Giro na rzecz Touru, zajął najwyższe miejsce w swojej karierze – piąte. W tym sezonie zęby na triumf ostrzą sobie Nibali (trzeci raz?), Nairo Quintana, debiutujący Thibaut Pinot, Adam Yates, Steven Kruijswijk, Mikel Landa, Geraint Thomas, Bauke Mollema czy Tom Dumoulin. Każdy dzień będzie selekcją, po każdym dniu będziemy mądrzejsi.

W sumie w Giro wystąpi pięciu Polaków: Michał Gołaś w barwach Sky, mający za sobą pechowy sezon 2016 Tomasz Marczyński w koszulce Lotto-Soudal oraz trzech biało-czerwonych z CCC Sprandi – Marcin Białobłocki, Łukasz Owsian, Maciej Paterski.

Zapowiada się wyścig pełen emocji, jak zresztą zawsze w Giro. Pytanie jedynie, czy nie będą to emocje sztuczne, „wysmażone” przez RCS Sport i „najcięższą trasę w historii”. Uwaga, frazes, lecz prawdziwy: nie trasa czyni wyścig ciekawym, ale sami kolarze. Wielką stratą jest, że wśród nich zabraknie Scarponiego, zawodnika, który bezgranicznie kochał – tak brzmi oficjalny slogan tegorocznego Giro („Amore infinito”) – kolarstwo i dzięki któremu wyścigi były tym, czym były: świętem. Czy w wieku 38 lat miałby szansę na wiktorię w generalce, tego już się nie dowiemy. Żałoba w kolarstwie trwa krótko. Business as usual. Ścigamy się dalej, lecz nie zapominamy.

Program Giro d’Italia 2017 (5 – 28 maja 2017):
1. etap: Alghero – Olbia 206 km
2. etap: Olbia – Tortolì, 211 km
3. etap: Tortolì – Cagliari, 148 km
4. etap: Cefalù – Etna, 181 km
5. etap: Pedara – Mesyna, 159 km
6. etap: Reggio Calabria – Terme Luigiane, 217 km
7. etap: Castrovillari – Alberobello, 224 km
8. etap: Molfetta – Peschici, 189 km
9. etap: Montenero di Bisaccia – Blockhaus, 152 km
10. etap: Foligno – Montefalco, 39,8 km (jazda indywidualna na czas)
11. etap: Firenze – Bagno di Romagna, 161 km
12. etap: Forlì – Reggio Emilia, 234 km
13. etap: Reggio Emilia – Tortona, 167 km
14. etap: Castellania – Oropa, 131 km
15. etap: Valdengo – Bergamo, 199 km
16. etap: Rovetta – Bormio, 222 km
17. etap: Tirano – Canazei, 219 km
18. etap: Moena – Ortisei/St. Urlich, 137 km
19. etap: San Candido/Innichen – Piancavallo, 191 km
20. etap: Pordenone – Asiago, 190 km
21. etap: Monza – Mediolan, 27,6 km (jazda indywidualna na czas)

Written By
More from Redakcja

Pudło, jest pudło!

Chcecie prawdziwego kolarstwa? Bez rozpisanych strategii, bez jazdy à la robot, bez...
Czytaj więcej