Gdzie na zimę?

fot. Maciej Hop

Wyjazd z rowerem na południe to naprawdę dobry pomysł. ilość wyasfaltowanych dróg jest niezliczona, ale znam kilka miejsc, w których byłem i które mogę polecić. Poszukajmy, gdzie będzie najlepiej

Tekst: Michał Gołaś

Kierunek Hiszpania

Najbardziej naturalny kierunek rowerowych eskapad to Calpe. Pisaliśmy o tym wcześniej, przybliżaliśmy temat zimą zeszłego roku i dołączyliśmy zdjęcia, z którymi nie da się dyskutować. Bezpośredni lot z rowerem to kilkaset złotych. Nie zapomnijcie o rowerze! Karton ze sklepu rowerowego da radę, jeśli nie macie porządnej torby, sporo rzeczy osobistych też tam upchniecie – to wersja dla tych, którzy liczą się z każdą złotówką lub mają szkockie korzenie. Do tego podręczny troley wypchany do maksimum – i w drogę. Możliwy jest też lot do Walencji, zwiększa to nasze możliwości połączeń z większej liczby miast w Polsce. Skyscanner rozwiąże temat.

Na miejscu wynajem samochodu i apartamentu jest prosty, ale nie zapomnijcie karty kredytowej, bez tego ani rusz. Im więcej osób zaprosicie na wspólny wypad, tym większy fun, a koszty zaczynają się pięknie dzielić, deficyt budżetowy zbliża się do tego zaaprobowanego przez Unię Europejską.

Znalezienie dobrych tras to najłatwiejsza sprawa, skorzystajcie ze Stravy, mapy lub jedźcie przed siebie, byle kręcić od rana do wieczora. Po pierwszych kilometrach spotkacie Polaków, a oni już wam powiedzą: gdzie, z kim i za ile. W połowie treningu spotkacie kolejnych rodaków, później znajomych z Krakowa, Łodzi, Kościerzyny i Hrubieszowa… i to główny mankament tego miejsca. W Calpe aż się roi od naszych ziomków z Facebooka.

Podstawowe punkty menu to: Coll de Rates (plus bonus: na szczycie z restauracją zaczynają się sztywne ścianki dla tych, którzy zamontowali 39×28), Vall d’Ebo, Port Tudons. Dla mniej zaawansowanych – Moraira, Javea. Benidorm i Alicante nocą dają radę.

fot. Łukasz Szrubkowski

Majorka

Kilkaset kilometrów na łodzi po Morzu Śródziemnym i jesteśmy na Majorce. Logistyka bardzo podobna, tu niewiele się zmienia, jeśli chodzi o loty, wynajęcie samochodu i mieszkania. Ceny delikatnie wyższe ze względu na wysokie emerytury niemieckich turystów. W zamian za to możemy mieć klasyczny dom z kamienia z basenem, poczuć trochę agroturystyki. Pogoda bardziej kapryśna, ale to urok wysp, jedna deszczówka więcej w bagażu i dacie radę.

Praktycznie wszędzie jest pięknie, nie ma ruchu, a wielość tras i dróg wydaje się nie do zajeżdżenia. Najlepiej obóz rozbić w centrum wyspy, wtedy możemy zapuścić się praktycznie w każde miejsce. Zachód i południowy wschód wydają się najbardziej wyludnione, najmniej skolonizowane przez niemieckich emerytów. Znam drogi, gdzie nie zapuszczają się autokary i samochody, ewentualnie traktor w wersji kabrio. Lekko pofałdowany teren każdemu się spodoba. Bardziej ambitni mogą spróbować przebić się przez Park Serra de Tramuntana, z Coll de Soller, Puig Major, wymagającą Sa Calobra (gdzie z pewnością spotkacie Team Sky, nie próbujcie siadać na koło), Lluc – jest co jechać!



Majorka to raj dla turystyki rowerowej, hotele są przystosowane dla kolarzy, w każdej mieścinie znajdziecie sklep, w którym można zrobić szybki serwis, wypić kawę: specjalne doblo espresso, które postawi was na nogi. Dla mnie bomba.

fot. Maciej Hop

Ściganie na wulkanie

Nieco dalej jest na Wyspy Kanaryjskie. Koszty rosną, ale wraz z tym pogoda staje się bardziej stabilna, nie musimy się martwić o rękawiczki i bluzy z długim rękawem. Dodatkowy atut – w pracy możesz powiedzieć: „byłem pokręcić trochę na Kanarach”. Brzmi zacnie, prawda?
Jeśli wybierzesz się na Teneryfę, to z pewnością spotkasz wszystkich najlepszych górali szykujących się do grand tourów. Bazują w hotelu na wulkanie Teide. Spróbujcie choć raz się tam wtoczyć. Pewnie zajmie wam to trochę czasu, podczas trasy musicie być przygotowani na różne warunki atmosferyczne, ale szczyt wart jest tego wysiłku.

Na Gran Canarii też jest wyśmienicie, oprócz plaż w Maspalomas macie też co zobaczyć na rowerze. W środkowej części wyspy znajdują się solidne podjazdy, gdzie możecie wypocić paellę zjedzoną na kolację dzień wcześniej. Może brakuje trochę zieleni, bo przeważa krajobraz wulkaniczny, ale gdyby brakowało wam trawy, to zakotwiczcie w jakimś miejscu dla golfistów – będziecie jedynymi gośćmi, którzy wracają spoceni z treningu, ale za to zdobędziecie szacunek w hotelu.

fot. Łukasz Szrubkowski

Toskańskie szlaki i smaki

Kolejnym kierunkiem są Włochy. Spędziłem kilka dobrych lat w Toskanii i wciąż mam sentyment do tych miejsc. Siatka lotów to Pizy i Florencji wygląda z roku na rok coraz lepiej. Może wypożyczenie auta nie jest tanie, ale mamy możliwość przemieszczenia się własnym samochodem. Według mnie najlepszą bazą są okolice miejscości Lucca, Piza i Massa. Stamtąd możemy wybrać się w kilku genialnych kierunkach. Klasyczna Toskania, trasą Chianti, zahaczając niewielkie podjazdy, szutrowe trasy Strade Bianche to punkt, którego nie można pominąć. Nie odmówcie sobie obiadu w typowej restauracji z pastą, prosciutto i mozzarellą, na deser crostata, kruche ciasto z niezliczoną ilością smaków na górze. Do tego espresso, ewentualnie macchiato (z odrobiną mleka). Po południu nie zamawiajcie cappuccino, barman może na was dziwnie spojrzeć, bo to przecież profanacja.

Kolejny dzień można zapuścić się do Versiglii, przejeżdżając przez Alpi Appuane, pasmo górskie na styku z Morzem Tyrreńskim. W promieniu 30 kilometrów znajdziecie kilkanaście podjazdów, część z nich prowadzi do kopalni marmuru, więc uważajcie na zjeżdżające ciężarówki wiozące ogromne bloki kamienia. Przebijając się na drugą stronę, musicie pokonać około godzinne podjazdy, żeby znaleźć się w zapomnianej Garfagnanie, małej dolinie, gdzie nie wiedzą, co to turyści, wszystko kosztuje o połowę mniej, a ludzie wciąż mówią z tak dziwnym akcentem, że wydaje się, iż jesteśmy w Rumunii. Stamtąd już niedaleko na Passo San Pelegrino, Abettone. To wersja dla prawdziwych górali.

Bazując w Lucce, nie możemy nie wjechać na Monte Serra, legendarny podjazd wszystkich zawodowców, gdzie swoje testy wykonywał Lance Armstrong, gdzie rekordy bił Jan Ulrich i Michele Bartoli. Bjarne Riis wjechał tam pewnie tysiące razy w życiu, wy musicie chociaż raz.

Ciągle o podjazdach, a przecież tak blisko na plażę. Wybierzcie się do Viareggio, wypijcie tam kawę, a wieczorem wróćcie na karnawał, drugi pod względem wielkości po Wenecji. Zrobił na mnie duże wrażenie, nogi bolały od tańczenia przez kilka dni, ale warto było. Następnego dnia możecie spokojnie rozjechać się na „lungomare” – kilkudziesięciokilometrowej promenadzie wzdłuż plaży, tam co chwilę napotkacie grupy kolarzy, dla których czerwone światła nie istnieją, tam rowerzysta zawsze ma pierwszeństwo, ewenement na skalę Europy.

fot. Łukasz Szrubkowski

Milano-San Remo dla każdego

Spakujcie bagaże i za dobre trzy godziny jesteście w Monte Carlo, jeśli zostało wam trochę zaskórniaków, to spróbujcie pomnożyć je w kasynie. Nie udało się? Pozostaje wam rower. Mieszkając w okolicach San Remo lub Nicei, możecie zawsze wybrać niezliczoną ilość tras, ale nigdy nie będzie łatwo. Ostatnie kilometry Milano-San Remo są chyba najłatwiejszą opcją, najpierw Cipressa, gdzie zawodowcy nawet nie myślą o zrzuceniu na małą tarczę, i Poggio, gdzie najlepsi hamują w zakrętach na podjeździe. Później zjazd na bandytę, pamiętajcie o wszystkich kościach, które się tam złamały, więc dla was opcja bez szaleństw, bezpieczeństwo na pierwszym miejscu.

Ruszając z Nicei, musicie zmierzyć się z Col d’Eze i Madonną – im dalej od morza, tym trudniej, więc spakujcie kilka euro w kieszeń, bo słońce wciąż zachodzi wcześnie.

Pozostaje jeszcze do omówienia kilka krajów, bo przecież znam osoby, które chwalą sobie Grecję, Cypr i Chorwację. Nie bójcie się odkrywać nowych miejsc, to jest łatwiejsze niż wam się wydaje, nie zawsze będzie komfortowo i łatwo, ale przygoda pozostanie na całe życie. Ważne, żebyście już teraz widzieli siebie w jednym z tych miejsc, niezależnie czy na zorganizowanym wyjeździe, czy na pełnym spontanie. Bawcie się dobrze – to najważniejsze. 


Michał Gołaś – jeden z najlepszych pomocników, którego od lat w swoich szeregach zazdrośnie trzyma Team Ineos (wcześniej Team Sky). W 2012 roku zdobył tytuł Mistrza Polski w wyścigu ze startu wspólnego, odtąd jeździ z flagą Polski na rękawku. Rok wcześniej wygrał klasyfikację górską Tour de Pologne. Kiedy nie trenuje, nie ściga się, nie zajmuje w Toruniu swoim sklepem i serwisem rowerowym Gołaś Bikes lub nie bawi się ze swoimi dziećmi, zabawia się słowami i dla SZOSY w błyskotliwych felietonach z dużą dozą humoru opisuje kolarską zawodową rzeczywistość.


Tekst ukazał się w SZOSIE 1/2016, dostępnej także wersji CYFROWEJ

Chcesz czytać więcej?

Zaprenumeruj SZOSĘ!