Drugi Ganna

Ponad 100 lat temu, w 1906 roku, Luigi Ganna wygrał pierwszą edycję Giro d’Italia. 90 lat po jego sukcesie urodził się inny Ganna. Filippo z powodzeniem się ściga, mimo młodego wieku zdołał już trzykrotnie wywalczyć tytuł mistrza świata w wyścigu na dochodzenie. Poza nazwiskiem i kolarstwem obu tych kolarzy nic więcej nie łączy

Tekst: Piotr Ejsmont
Zdjęcia: Team Sky, Justyna Król, Kristof Ramon

Luigi, pionier włoskiego kolarstwa szosowego, był z zawodu murarzem. Pochodził z Induno Olona, a potem przeprowadził się do Varese. Po drugiej, zachodniej stronie Lago Maggiore, w miejscowości Verbania 25 lipca 1996 roku urodził się Filippo. Spotkałem się z nim na mistrzostwach świata w Pruszkowie. Jest wysoki, ma aż 193,5 cm wzrostu przy wadze 83,5 kg. Na szczęście dla mnie siedział podczas rozmowy.

Filippo, czy jesteś rodzinnie związany z Luigi Ganną?
Nie wiem. Wszyscy o to pytają. W bardzo bliskiej linii nie, ale z pewnością jakieś powiązania są. Byłoby bardzo fajnie, gdyby się takie znalazło.

Który ze zdobytych tyłów mistrza świata był dla ciebie najtrudniejszy?
Ten pierwszy najbardziej przeżyłem. Ten ostatni to była kwestia dumy, żeby się zrewanżować po drugim miejscu. Teraz nauczyłem się już panować nad emocjami. Na mecie, gdy zsiadłem z roweru, miałem czarno przed oczami. Teraz także jechałem, żeby pobić rekord świata. Nogi miałem dobre. Brakło ledwie 0,205 sekundy. Prędzej czy później pobiję ten rekord.

A rekord na jedną godzinę?
Do tego potrzeba więcej wytrzymałości. Wiggins bardzo wyśrubował ten wynik. Ale rekordy są po to, żeby się z nimi mierzyć, więc jak się nadarzy okazja, spróbuję.

W drużynówce wam nie poszło?
Niestety, straciliśmy na początku trochę sekund, pogubiliśmy się. Potem nie mogliśmy już tego nadrobić. Zdobycie medalu było możliwe, chociaż to, co zrobili Australijczycy, bijąc rekord świata… czapki z głów! Do olimpiady w Tokio mamy jeszcze trochę czasu. Przecież Davide Plebani zdobył dla nas indywidualnie brązowy medal.

© Justyna Król

Obecny podczas rozmowy Marco Villa:
Davide ma talent, ale jest też trochę dziwny, nieobliczalny. Nigdy nie wiadomo, jak pojedzie, chociaż ma swój sposób koncentracji przed zawodami.

Filippo, czy ktoś w twojej rodzinie uprawiał sport?
Tata Marco był członkiem narodowej reprezentacji kajakarskiej na olimpiadzie w Los Angeles, a potem na mistrzostwach świata w 1995 roku.

Jakie były twoje początki?
Najpierw, jak tata, uprawiałem kajakarstwo. Potem z racji wysokiego wzrostu zainteresowałem się koszykówką oraz siatkówką. Kiedy miałem 15 lat, ojciec kupił mi rower i już na nim zostałem. Początkowo byłem dobry w przełajach. Potem próbowałem sił na torze we Florencji. Od razu zapisano mnie na zawody. Skończyły się dla mnie źle. Upadłem i tak mocno uderzyłem głową, że na parę godzin straciłem przytomność. Wróciłem jednak na tor, a w 2014 roku w wyścigu na czas podczas szosowych mistrzostw świata w Ponferradzie znalazłem się tuż za podium. Przedtem, z powodu przygotowań do czempionatu we Florencji, musiałem zakończyć edukację. Powiedziałem rodzicom, że odtąd zajmę się tylko kolarstwem.

Kto był twoim trenerem?
Prawdziwym trenerem był dla mnie Marco Della Vedova. On mówił, że w kolarstwie wygrywa ten, kto jest największym ignorantem i najmniej zdaje sobie sprawę ze swojego zmęczenia. Na torze prowadzi mnie Marco Villa.

Marco ma ogromne doświadczenie. Ma dwa tytuły mistrza świata w madisonie, wygrywał sześciodniówki. Najczęściej jeździł w parze z Silvio Martinellim. Filippo, czy Marco aplikuje ci takie treningi, jakie miał „pierwszy Ganna”, który jeździł z cegłami na rowerze? 
Na szczęście nie muszę wozić cegieł, ale trening jest bardzo, bardzo ciężki. Na torze trzeba przywyknąć do twardych obrotów. Jechałem w Pruszkowie na przełożeniu 61×14. Wykonujemy ciężkie ćwiczenia siłowe, wprawdzie nie muszę wozić cegieł, ale w siłowni przerzuciłem sporo żelastwa. Przygotowujemy taktykę przed wyścigiem i wypracowaliśmy system porozumiewania się. Kiedy Marco pokazuje całą dłoń, to oznacza, że jadę według rozkładu. Kiedy pokazuje mi kciuk, to znaczy, że jest doskonale, a kiedy zaczyna się z emocji wydzierać, to oznacza, że jadę po bandzie. Wyścig na dochodzenie to taka czarna bestia. Postępując według wskazań Marco, nigdy nie zbłądziłem. Marco bardzo mi pomógł w zdobyciu tego tytułu. Był cały czas blisko, wspierał mnie w każdym momencie, a bywało, że nie było mi do śmiechu. Bardzo pomogła mi także federacja. I oczywiście moja drużyna, Sky, mocno nie wsparła. Mimo że jestem w niej nowy, przyszedłem po dwóch latach jazdy dla UE Emirates. A jednak team dał mi carte blanche i pozwolił na przygotowania do mistrzostw. Chciałbym im za to bardzo podziękować.

Polacy są teraz twoimi nowymi kolegami z drużyny.
Poznaliśmy się z Kwiatkowskim i Gołasiem na zimowym zgrupowaniu. Jeszcze razem nie jechaliśmy żadnego wyścigu. Pewnie niedługo spotkamy się na szosie.

Jakie masz teraz plany?
Mam wystartować w Mediolan-San Remo, żeby pomagać liderom. Potem nie wiem jeszcze. Mam ze 3 kg nadwagi… W miarę wchodzenia w sezon będziemy rozmawiać i ustalać.

(Podszedł do nas Davide Cassani) Davide, dopisałeś Filippo do składu na szosowe mistrzostwa świata?
Wpisałem go do swojego kajetu, tylko musi dalej tak dobrze pracować.

Filippo, jakie kolarskie plany chciałbyś zrealizować w przyszłości?
Trudno tak dokładnie powiedzieć… Przyjemnie byłoby wygrać „La Primaverę”, Paryż-Roubaix albo mistrzostwa świata w jeździe indywidualnej na czas. Stać się takim kolarzem jak Tony Martin. „Piekło Północy” już raz wygrałem, w kategorii U23. Ten wyścig jest fascynujący, ma zniewalający urok. Chciałbym go w tym roku pojechać.

Kto stanowi dla ciebie największe wsparcie?
Moja rodzina oraz dziewczyna Carlotta. Rzadko teraz bywam w domu. W wolnych chwilach układam klocki lego albo podjadam nutellę, bo przywraca mi pogodę ducha. Marco patrzy teraz na to podejrzliwie, ale ja uwielbiam autoironię. Często pomaga mi, również w rozmowach z Marco, rozluźnić atmosferę.