Byłem kropką

Jeśli pamiętacie wywiad z „Piko” i Emilem, którzy rok temu wystartowali w The Transcontinental Race, wiecie, w czym rzecz. Self-support race, wielodniowy, długodystansowy wyścig, w którym – poza wyznaczonymi punktami kontrolnymi – przebieg trasy jest dowolny, pokonuje się ją we własnym rytmie, z wykorzystaniem wyłącznie tego ekwipunku, jaki zabierze się ze sobą. Całkowita samowystarczalność, całkowita odpowiedzialność. Bikepacking na sportowo, romantyczna wyprawa połączona z rywalizacją.

Tekst: Borys Aleksy
Zdjęcia: Borys Aleksy, Ewa Jezierska

Dawno nic mnie tak nie zainspirowało, jak ten wywiad z chłopakami. Słuchałem ich, notowałem, a tak naprawdę w myślach widziałem już siebie na trasie podobnej eskapady. Długo nie musiałem czekać, bo po ukończeniu TR „Piko” ewidentnie zwariował na punkcie wyścigów self-support i nie dość, że sam przejechał wiosną przez całą Australię (ponad 5 tys. kilometrów na ostrym kole), to postanowił zorganizować podobną imprezę w Polsce. Race Through Poland miał wystartować z Wrocławia, niemal spod mojego domu, nie wiązał się więc z żadną dodatkową logistyką, trzeba było po prostu ustawić się z rowerem na linii startu w Hali Stulecia. Łatwiej się już nie da.

Zaplanowana trasa bazowała na czterech punktach rozmieszczonych w południowej Polsce. Start i meta we Wrocławiu, po drodze Góry Stołowe, Św. Krzyż za Kielcami, Przehyba w Beskidzie Sądeckim. Połączone, tworzyły coś na kształt koperty o łącznej długości naszkicowanej z grubsza trasy – 1200 km. Atmosfera – kameralna. Na starcie stanęło dziesięcioro zawodników. Co najmniej połowę stanowili moi znajomi. Większość z nas debiutowała w tego typu imprezie.

Odprawa, runda honorowa wokół Hali, zapełnionej tego dnia przez odwiedzających Dolnośląski Festiwal Rowerowy. Kilka minut wspólnej jazdy przez miasto, początkowo nawet w towarzystwie kamery. Potem już światła, skrzyżowania, różne pomysły na ich pokonanie – zaczęliśmy tracić się nawzajem z oczu. Po 10 minutach byłem już sam, reszta zapewne podobnie.

Od tej pory staliśmy się kropkami. Punktami na mapie, których aktualną pozycję można było śledzić przez internet, bo każdy z nas miał nadajnik GPS.

Początkowo nie sądziłem, że ktokolwiek poza organizatorami będzie śledził nasze postępy. Ale już drugiego dnia zrozumiałem, co się dzieje. Gdy stawałem na sikanie, dzwonił tato: „Widzę, że stanąłeś, wszystko w porządku?”. Na fejsbuku trwało nieprzerwane kibicowanie. Rodzina, znajomi, dzieci znajomych, ale też zupełnie obce osoby cały czas były na bieżąco z aktualnym stanem rywalizacji. Pierwszy raz w życiu moje jeżdżenie było tak obserwowane, analizowane. To było zaskakujące. Poznałem nowe słowo: „dotwatcher”, czyli „obserwator kropek”. Nowa kategoria kibica. Bez TV, bez relacji live. Tylko kropki i czasem jakiś news na social mediach. Cała reszta to dopowiedzenia, domyślanie się. „Śpi, czy tylko odpoczywa, a może ma awarię?”, „Nie zamierza chyba jechać przez te pola?”, „Zaraz dogoni go/ją X!”. Kibicowanie wymagające wyobraźni. I wytrwałości.

Kropka oznaczona jako „Borys Aleksy”, mimo niesamowitego i zaskakującego wsparcia dotwatcherów, przeżyła na trasie RTP wiele trudnych chwil. Już drugiego dnia wszystko bolało, jazda się nie kleiła. Nocowanie w hotelach pomagało w regeneracji, ale mocno wydłużało postoje, więc traciłem coraz więcej do pozostałych uczestników, którzy wykazywali się wielką odpornością na niewygody i brak snu. Musiałem przejść bolesną drogę od napalonego na dynamiczną jazdę szosowca do pełnego pokory trybu „dopiero się uczę długich dystansów”, do których okazałem się mentalnie nieprzygotowany. Nudziłem się, nie chciało mi się jechać, a gdy pojawił się ból, korzystałem z każdej wymówki, by co chwila się zatrzymywać. Odbiegało to bardzo od wizji, które sobie projektowałem przed startem: spokojnej, niczym niezakłóconej jazdy w stanie graniczącym z medytacją.

Szybko zrozumiałem, jak bardzo istotne są wszystkie niekolarskie aspekty takiego wyścigu. Że moc na progu i inne wskaźniki pełnią drugorzędną rolę wobec najzwyczajniejszej w świecie samodyscypliny, cierpliwości, spokoju, perfekcyjnego opracowania trasy, właściwie dobranego sprzętu i rutyny codziennych, najprostszych działań, które składają się na tę niecodzienną podróż.

Z tego wszystkiego chyba tylko sprzęt spełniał oczekiwania. Uzbroiłem swój stary rower w świetną lampę, prądnicę, rewelacyjne opony. Miałem idealny zestaw ubrań. Niczego mi nie brakowało. Nawet szutry były mi niestraszne. Tylko z siodełkiem przesadziłem, było naprawdę za twarde – lekcja na przyszłość.

Bo wiedzę teoretyczną dotyczącą tego typu startów miałem na najwyższym poziomie. O wiedzę w dzisiejszych czasach nie jest przecież trudno. Wiedziałem, że najwięcej traci się nie na jeździe, lecz na „niejeździe”, czyli wszystkich postojach. Że lepiej jest jechać wolno, ale przez długi czas, niż szybko, a z wieloma przerwami. Krótko spać, bo gdy śpisz, inni cię wyprzedzają. Jechać w nocy, bo wtedy drogi są puste. Nie nocować w hotelach, bo ich szukanie, rezerwowanie, cały ceremoniał check-in, check-out zabiera zbyt dużo czasu. Choć z drugiej strony w hotelu można odpocząć jak należy… Unikać nieasfaltowych dróg, nawet jeśli wydają się krótsze, bo wysysają energię.

Mimo tej wiedzy często robiłem dokładnie na odwrót. Nie przez przekorę. Inaczej bym po prostu nie potrafił, nie wytrzymał. Nie tym razem. RTP pokazał mi, że wiedzieć to jedno, a wdrożyć tę wiedzę – drugie.

Pewnie, że chciałem jechać jak najszybciej i trochę mnie dołował widok innych kropek, tak pewnie zdążających do mety, podczas gdy ja miałem problem z przejechaniem każdego kolejnego kilometra. Ale na szczęście do akcji wkroczył „Piko”, który nagle znalazł się obok mnie na rynku w Koniecpolu. Tak, pojechał za nami autem i łapał nas na trasie, zamieniając z każdym po kilka słów. Znalazł mnie w momencie najgorszego kryzysu i, nie ma co, podniósł na duchu.

Potem pojawił się Bolek Poparda, którego poznałem przy piwku w Basztowej w Nowym Sączu. Obdarował mnie porcją ludowej mądrości, na którą składały się dwie sentencje: „Życia jeszcze nikt nie przeskoczył” oraz „Życie bywa różne, raz szerokie, raz podłużne”.

Byłem bardzo zmęczony, gdy go słuchałem, i chyba przez to dostrzegłem w tych frazesach jakąś niesamowitą głębię. Gdyby mi dorzucił „Kto rano wstaje…” albo „Lepszy wróbel w garści…”, pewnie też bym to zanotował złotymi literami. Tak czy inaczej, mądrości pana Popardy huczały mi w głowie przez cały podjazd na Przehybę, a potem chyba aż do samej mety. Jakoś dzięki nim spokorniałem, uspokoiłem się i zrobiło mi się weselej. Nawet w tych cholernych chaszczach przed Jaworznem…

Dzięki tej przemianie zacząłem też gadać z samym sobą. Bynajmniej nie o sensie istnienia, lecz o bieżących sprawach. „Za godzinę stajesz i uzupełniasz wodę w bidonach, żeby już później nie musieć po ciemku stawać, będziesz pamiętać?”. I tak dalej w tym tonie. Na głos. Jakby śmiesznie nie brzmiało, bardzo pomogło w paru sytuacjach. Zresztą o sensie istnienia też coś było, ale szczegółów już nie pamiętam.

Istotą RTP była jazda w samotności. Ale prawdziwą treść nadały mu te spotkania – z „Piko”, z Popardą, ze wszystkimi, którzy przywitali mnie na mecie, wreszcie, w pewnym sensie, z samym sobą. I jeszcze, już bardziej wirtualnie, z dotwatcherami. Jeden z nich coś nawet dla mnie specjalnie narysował. To się nie dzieje co dzień.

Tak, przez te 113 samotnych godzin jechałem właśnie – nie wiedząc o tym – dla tych spotkań. Ależ to życie przekorne!

Ile kropek, tyle historii. Każdy z nas reprezentował inny styl, inne podejście. Każdy miał też mniej lub więcej pecha. Albo szczęścia. Inną motywację. Wszystkich RTP na chwilę połączył i ten moment po wyścigu, gdy wszyscy się spotkaliśmy, był wzruszający. Jak się wspólnie dostanie porządny wycisk, to jakoś łatwo przychodzi wzruszenie. Nie rozumiałem wcześniej „Piko”, który podkreślał, jak ważne podczas TCR było dla niego znalezienie się w gronie uczestników i organizatorów. Teraz rozumiem.

Na mecie mogliśmy sobie wszystko opowiedzieć, odkryć, że byliśmy w tych samym miejscach, mieliśmy podobne problemy. Jak dobrze, że część tych relacji udało się w skrócie zapisać.

Alina (6. miejsce)
Dlaczego RTP? RTP był dla mnie tak naprawdę testem przed tegorocznym The Transcontinental Race, w którym zamierzam wystartować. Lubię się sprawdzać, uwielbiam jeździć długie dystanse w samotności… Mam wtedy czas tylko dla siebie. Wpadam wtedy na większość ważnych dla mnie życiowych i biznesowych pomysłów. Odpoczywam… A! I ktoś powiedział, że nie mam szans… Nie miał racji.

To był dla mnie wyścig „pierwszych razy”. Pierwszy raz przekroczyłam dzienny dystans 300 km, spałam na przystanku i na ławce w parku, jechałam niemal całą noc, miałam pustą drogę przez parę godzin – to było niesamowite. Pierwszy raz uciekałam na rowerze przed sforą psów i jechałam sama przez las, słysząc wycie wilków.

Wszystko to sprawiło, że zwyczajnie mniej się teraz boję. Taki wyścig pozwala pokonywać lęki, bo oprócz tego, że wsiadasz i jedziesz nieznaną ci trasą, dochodzi element rywalizacji, a to z kolei prowadzi cię do przekraczania kolejnych barier.

Dzięki udziałowi w RTP zrozumiałam, że jestem w stanie przejechać The Transcontinental Race. Nawet jeśli nie w tym roku, to na pewno w następnym. Cudowne w tego typu wyścigach jest to, że każdy może spróbować. Nie każdy przejedzie, przy takim wysiłku po drodze może wydarzyć się wiele, ale absolutnie każdy może być częścią ekipy, która mimo że po drodze rzadko ma szansę się spotkać, wspiera się nawzajem i dopinguje. To rywalizacja czysta i zdrowa. Kolarstwo prawdziwie romantyczne.

Żeby nie było tak pięknie… Są rzeczy, których podczas RTP nienawidziłam. Brak kawy przez 150 km, jazda w tych samych ciuchach, czasem brak możliwości umycia się. Po RTP unikam też jak ognia hot dogów ze stacji benzynowych.

Iza (3. miejsce)
Miałam dużo wątpliwości, bo byłam w tym czasie bardzo zajęta studiami, brakowało mi przygotowania (nigdy wcześniej nie przejechałam więcej niż 120 km na jeden raz) i sprzętu. Ale „Piko” w końcu mnie przekonał. Zgłosiłam się w ostatni dzień zapisów.

Czułam, że ten wyścig zmieni coś w moim życiu. Wiedziałam, że muszę to zrobić – poważnie ze sobą pogadać, pokazać sobie, że muszę w siebie uwierzyć i pokazać, że jestem silną laską – bo wtedy w to wątpiłam.

Miałam czas tylko dla siebie, chyba nigdy nie byłam tak totalnie sama. Może właśnie tego się nauczyłam? Samotności? Kiedy jedziesz całkowicie samotnie, jest noc, drogi puste, jesteś w jakichś górach – w głowie pojawiają się różne rzeczy. Tak naprawdę musisz się lubić, bo możesz pogadać tylko ze sobą. Ja się wtedy polubiłam.

Nauczyłam się, czym jest siła woli, wytrwałość, siła umysłu. Dowiedziałam się, że granice są zupełnie gdzie indziej, niż nam się wydaje.

Uważam, że świat jest dokładnie taki, jakim go widzimy, i to my tworzymy to, co nas otacza. Dlatego od początku miałam bardzo optymistyczne nastawienie. Może to naiwne, ale po prostu nie dopuszczałam złych scenariuszy. Miałam różne przygody po drodze i zawsze jakoś udawało mi się z nich wybrnąć (np. moje słynne urwanie korby w drodze na Przehybę; o 23.00 pojawił się wtedy przypadkowy rowerzysta, który był mechanikiem, miał narzędzia i naprawił mi rower).

Co mi się przydało? Lemondka – uwielbiam z nią jeździć. Co prawda w drodze z Przehyby do Wrocławia wysiadły mi totalnie mięśnie szyi i jadąc na lemondce, jedną ręką podpierałam podbródek, bo mięśnie mojego karku nie były w stanie utrzymać głowy w odpowiedniej pozycji. Musiałam śmiesznie wyglądać, kiedy zjeżdżałam 50-60 km/h, podpierając głowę, jakbym była bardzo znudzona… Co jeszcze? Kurtka przeciwdeszczowa i kamizelka odblaskowa – nie spakowałam ich, ale na szczęście na stracie pożyczył mi je Emil. Kurtka była niezastąpiona, a bez kamizelki bym nie wystartowała (jej posiadanie było obowiązkowe). Hamak – moje niezależne spanie, drzew było całkiem sporo. Oczywiście, gdybym jakkolwiek się przygotowała do wyścigu, to pewnie miałabym bivibaga, ale… to był spontan. Nie byłam przygotowana na taki wydatek. Miałam akurat hamak – więc go wzięłam, a mały śpiwór pożyczyłam od koleżanki. Bardzo przydatne było rozpisanie wszystkich miejscowości na kartce – taka analogowa nawigacja. Miałam tę rozpiskę na wypadek, gdyby elektronika wysiadła, ale korzystałam z niej cały czas.

Chyba niczego mi nie brakowało. Miałam rower, miałam świeżą głowę. Pojechałam z chęcią przeżycia superprzygody i postanowiłam, że nic nie popsuje mi tego planu.

Chociaż higiena… to było ciężkie. Spałam na dziko w hamaku (spanie to zbyt górnolotne określenie – DRZEMKI, to coś bardziej odpowiedniego). Prysznic i pranie na drugim punkcie kontrolnym były spełnieniem marzeń. Potem musiałam szybko jechać, aby świeżość zachować jak najdłużej!

Jaka następna impreza? Na zapisy na The Transcontinental Race było już za późno, a szkoda. Zobaczymy, może uda się zaliczyć jakiś wyścig jeszcze w tym sezonie, ale jeśli nie wyścig, to na pewno zamierzam przejechać trasę RTP jeszcze raz – żeby docenić piękno widoków, których nie mogłam podziwiać, bo się spieszyłam albo jechałam nocami. Może uda się pojechać trasą The Transatlanticway Race, widziałam zdjęcia – piękne widoki…

A ogólnie mam w planach dłuuugiego tripa po Europie po studiach, więc… zobaczymy.

Gabor (4. miejsce)
Dlaczego RTP? W sumie to przypadek i zupełnie nieplanowane wydarzenie. Wiedziałem, że „Piko” organizuje RTP, ale nie planowałem w nim startować, dopóki nie namówili mnie bliscy. Prawdą jest, że od dawna marzyłem o jakimś ultrawyścigu, jak Iditarod albo RAAM. RTP to był superpoczątek.

Czego się nauczyłem? Że można i trzeba zawsze jechać dalej. I że to prawda, że kiedy człowiek śpi, inni go wyprzedzają.

Co się przydało? Papierowa mapa. Bez niej nie ukończyłbym RTP. Czy czegoś brakowało? Tak, prądu.

Plany na kolejne starty? Startuję w tegorocznym Wisła1200.

Emil
Zgłoszenie było bardzo spontaniczne, chyba nawet już po zamknięciu oficjalnych zapisów. Powstał w głowie plan, stwierdziłem, że jest do zrealizowania, więc się zgłosiłem.

Nauczyłem się, że bardzo wiele małych i pozornie nieznaczących czynników jest w stanie ów plan pokrzyżować. I tego, że mój organizm nie znosi tak dobrze zarywania nocek, jak w liceum. Zmieniłem też zdanie co do przygotowań do tego typu wyścigów, uważam, że każdy element da się i należałoby wytrenować, małą ilość snu też.

Najbardziej przydało się zabranie ubrań, o których myślałem: „Po co mi to wszystko?”. Pamiętam rozmowę przed naszym TCR z Pikiem, gdy relacjonował wywiad z jednym z zeszłorocznych zwycięzców, główna myśl wywiadu brzmiała: nic nie jest w stanie tak zepsuć ci wyścigu, jak zabranie zbyt małej ilości lub nieodpowiednich ubrań. Teraz to doskonale rozumiem, zwłaszcza że polskie kwietniowe noce potrafią być bardzo zimne.

Czego mi brakowało? Chyba wszystkiego, czego nie miałem. A na poważnie – to głównie szczęścia. Jeśli robisz wszystko na „wariata”, to w dużej mierze musisz liczyć, że będzie dobrze. Z takich normalnych rzeczy to całego sprzętu biwakowego, łącznie z palnikiem, ale wtedy jechałbym chyba przez miesiąc. Lubię spać i się wysypiać, więc brakowało wszystkiego, co potrzebne do komfortowego snu, ale to przecież całkowicie kłóciłoby się z planem. No i kawy, tego najbardziej, następnym razem zabiorę palnik tylko po to, by parzyć kawę.

Oczywiście, że zamierzam wziąć udział w kolejnej edycji RTP, nie jestem tylko pewien, czy jako oficjalny uczestnik, bo świetnym pomysłem wydaje mi się przejechanie trasy takiego wyścigu podczas jego trwania, ale poza konkurencją. Kto wie, może będę parzył kawę i częstował uczestników na jednym z punktów drugiej edycji RTP? Tak samo jest z TCR, jestem przekonany, że zrobię to jeszcze raz, bez jakiegoś szczególnego planowania, kiedy.

Paweł (zwycięzca)
Dlaczego RTP? Nowy wyścig, nowa formuła, nowe wyzwanie. To mnie skusiło. Gdy zobaczyłem pierwszy pomysł z punktami kontrolnymi w Szczecinie, Poznaniu i Katowicach, nie za bardzo byłem chętny na start. Jednakże późniejsza zmiana punktów na dużo bardziej atrakcyjnie (lepsze widoki, podjazdy, mniejszy ruch samochodowy) spowodowała, że dłużej się nie wahałem i od razu potwierdziłem start w RTP. Obecnie w Polsce 90% maratonów odbywa się po sztywno wyznaczonych trasach. RTP to inna bajka. Tutaj każdy już przed startem musi spędzić kilka dni na układaniu trasy. To wielka zaleta tego wyścigu.

Długie dystanse jeżdżę od 5 lat. Najważniejszy do tej pory był start w kategorii Total Extreme w Maratonie Rowerowym Dookoła Polski. 3140 km pokonane w 8 dni i 5 godzin. Tam nauczyłem się bardzo wiele. Jedyną nowością dla mnie było właśnie planowanie trasy. I tutaj wyszło, że krócej nie zawsze znaczy szybciej. Czasem warto nadłożyć drogi i jechać fajnym asfaltem wzdłuż rzeki, niż ścinać trasę i pchać się przez szutrowe, górskie ścieżki.

Co najbardziej mi się przydało? Dla mnie podstawa to folia NRC i śpiwór. Dają całkowitą niezależność, pozwalają rozbić się na nocleg czy krótką drzemkę w każdym miejscu.

Czego brakowało? Szprych. Zapomniałem zabrać kilku zapasowych, a dwie mi strzeliły i wtedy było naprawdę gorąco. Na szczęście jakoś doturlałem się do mety. Wielu osobom na początku może przeszkadzać samotność czy brak bliskich. Ale to kwestia przyzwyczajenia. Przecież nie pojadą za tobą tyle kilometrów. Startując w ultra, musisz zdawać sobie sprawę, że jesteś zdany tylko na siebie.

Kolejne starty? Oczywiście! Kilka razy w roku startuję w imprezach po 500-600 km. Jednak kolejny większy cel to na pewno start w maratonie Góry MRDP 2019. Do tego – być może – ponownie pojawię się na starcie RTP 2019. Również na maratonie Piękny Zachód, który odbył się tydzień temu – jest do wyboru dystans 1900 km. Jeśli za rok znów się pojawi, być może się skuszę.

Ewa
Dlaczego właśnie RTP? Dla doświadczenia samej formuły self-supported, bo to ona czyni te wyścigi tak pociągającymi. Trasa i dystans już same w sobie są trudne, a proste i minimalistyczne zasady samowystarczalności sprawiają, że całość staje się jeszcze większym wyzwaniem. Dlatego że wszystko, co tam robisz, musisz zrobić, zorganizować, załatwić, przeżyć sam. Ze swoją głową jesteś sam, z problemami jesteś sam. A problemów w trasie nie da się uniknąć. To sprawia, że satysfakcja z tej walki jest znacznie większa niż bez tych wszystkich niespodzianek i bez totalnej samodzielności, a trochę i samotności. Więc to wszystko chyba dla walki, dla emocji, dla satysfakcji, że mogę. I również dla wspinaczki, bo w tej kwestii to dopiero mój początek, a to przecież cały sens kolarstwa! I dla fajnych widoków!

Czego nauczyłam się w trakcie RTP? Zabawne, ale przed wyścigiem wiedziałam, czego nie robić w trakcie, a i tak to zrobiłam. Wszystko przez emocje. I to jest jednocześnie najgorsze, bo można było uniknąć paru problemów, a z drugiej strony najlepsze, bo czym by to było bez tych wszystkich nerwów, złości, a czasem i płaczu?

W każdym razie ja z tego najbardziej wyciągnęłam trzy rzeczy:

– Olej kropki! Szczególnie jeśli to twój pierwszy taki wyścig. Bycie kropką jest niesamowite, ale nie jedziesz po to, żeby być dotwatcherem.

– Jeśli ułożyłeś sobie plan działania przed wyścigiem, to nie porzucaj go całkowicie. Owszem, trzeba być też spontanicznym, bo często tego wymaga sytuacja, bo nie da się wszystkiego zaplanować, ale dobrze jest mieć jakiś ogólny plan/strategię i się tego trzymać, np. jaki dystans pokonywać dziennie, z jaką regularnością się „regenerować”, co jeść itd. Ja miałam swój plan i porzuciłam go całkowicie, działałam bardzo chaotycznie, bez żadnego systemu, porządku. A w przypadku regeneracji i odżywiania za ten chaos się później płaci. Często jeśli wcześniej szkoda ci poświęcić na coś czas, to potem musisz na to poświęcić tego czasu dwa razy więcej i jesteś na tym stratny. Tak więc trzeba jakoś zrównoważyć planowanie i spontaniczność.

– Co by się nie działo, dobrze się baw! Ciśnij, ile możesz, ale nie zgub gdzieś po drodze (lub nie po drodze!) radochy.

Czego najbardziej mi brakowało? PRĄDU! A właściwie w tym przypadku to lepszej organizacji w kwestii elektroniki – oświetlenia, telefonu, ładowarek. Najwięcej problemów wynikło z tego powodu. Wzięłam tylko po jednej lampce na przód i tył, obie ładowane przez usb. Rozładowywały się, jak chciały – zawsze w momencie, kiedy naprawdę miałam jeszcze sporo energii i byłam nastawiona na to, że cisnę jak najdłużej. Najgorszym zaskoczeniem było dla mnie, gdy raz ładowałam lampki na stacji 4 godziny (to był jeden z dłuższych przystanków na sen), a potem w nocy okazało się, że nie ładowały się w ogóle, bo ujechałam na nich może z pół godziny i znowu przymusowy stop. Następnym razem wezmę chyba po trzy sztuki na przód i na tył, nie ma co żałować na to miejsca! Poza lampkami zabrakło mi też ładowarki z większą liczbą portów lub dodatkowej ładowarki i większej ilości kabli. Nawet nie pomyślałam o tym przed wyścigiem, a okazało się, że to podstawa! Z elektroniki to jeszcze zamiast jednego dużego powerbanka (dużej pojemności) wzięłabym kilka mniejszych albo jakieś kombinacje – dwa duże, jeden duży plus 2 małe.

Czy zamierzam wziąć udział w podobnej imprezie? No jasne, że tak, i to w niejednej! Na pewno jadę w kolejnym RTP. W tym roku miałam jechać Transcontinental Race, ale w sumie z najgorszego możliwego powodu, bo z powodu pieniędzy, musiałam sobie odpuścić. Na razie odkładam to w czasie. Na przyszły rok planuję raczej nasze polskie wyścigi tego typu – Bałtyk Bieszczady Tour i kilka 500-tek, jak np. Pierścień Tysiąca Jezior.

Rafał (2. miejsce)
Dlaczego RTP? Sam zadaję sobie to pytanie. Tak naprawdę to dopiero może jakiś tydzień przed startem zapadła decyzja o starcie. Nie jechałem jeszcze w formule self-supported, a i mała liczba uczestników też jest plusem, no i wiadomo – pierwsza edycja, czyli przejdziemy do historii!!!

Czy czegoś się nauczyłem? Hmm, niczego. Wiedziałem, czego mam się spodziewać. Potwierdziłem tylko sam sobie, że podstawa to jednak wyspać się jak człowiek w łóżku.

Co mi się najbardziej przydało? Karta bankomatowa i maść Dermosan.

Czego brakowało? Mimo że lubię jeździć sam, brakowało mi towarzystwa. Kogoś, kto mógłby ze mną widzieć to, co ja widzę, i zachwycać się widokami, patrzeć na trzy magiczne wschody i zachody słońca; mieć nadzieję, że za zakrętem jest otwarty Orlen; że za tym podjazdem będzie już płasko. A oprócz tego móc z tym kimś jechać ramię w ramię i cieszyć się, że odwalamy kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty!

Kolejne starty? Oczywiście. W lipcu startuję w karpackim Hulace, w sierpniu być może w Bałtyk Bieszczady Tour, a jeśli „Piko” w przyszłym roku znów zorganizuje RTP, to jeśli termin będzie OK – to jak najbardziej.


Lista uczestników RTP 2018:

  • Paweł Pieczka
  • Rafał Kocoń
  • Izabella Krawczyk
  • Gabor Sass
  • Borys Aleksy
  • Alina Kilian
  • Radek Folcik
  • Roman Zychowicz
  • Ewa Rędzińska
  • Emilian Sadowski

Tekst pochodzi z wydania 4/2018 wciąż dostępnego w Kiosku SZOSY.