Błotny raj

Czy jazda w błocie, po piachu, przez dukty leśne lub schody może sprawiać frajdę? Może, nawet wielką. Wiedzą coś o tym wszyscy przełajowcy, którzy nie wyobrażają sobie życia bez cantileverów. Kiedy przychodzi jesień, a temperatura na zewnątrz spada, zaczyna się jeden z najciekawszych okresów w kolarskim kalendarzu. Do boju ruszają błotniacy.

Tekst: Wolfgang Brylla
Zdjęcia: Kristof Ramon

Tak, błotniacy. W różnych krajach na specjalistów od kręcenia po niewyasfaltowanym terenie różnie się mówi. Szwajcarzy konkurencję nazwali „Radquer” (dosłownie: na rowerze przez przełaj), Niemcy używają pojęcia „Querfeldeinrennen” (wyścigi przez pola), u Belgów przyjął się „veldrijden” (jazda przez pola). Niezależnie od terminologii chodzi o to samo zjawisko – ściganie się na pseudoszosowych rowerach po lasach lub ekstra przygotowanych parcours, na których roi się od megastromych, krótkich, piaszczystych podjazdów, konarów drzew i metalowych ramp czy mostków, które trzeba przeskoczyć. Co ciekawe, wizerunkiem cyclo-crossu – tak z francuska brzmi oficjalna nazwa dyscypliny – nie stał się umazany bagnem zawodnik pedałujący z trudem na swojej maszynie, tylko ten sam umazany brudem zawodnik biegnący z jednośladem przewieszonym przez ramię. Bo przecież przez błocko rowerem tak łatwo przejechać się nie da.

Z WOJSKA DO PRZEŁAJÓW

Cieszące się coraz większą popularnością przełaje nie są nowym wymysłem. Tradycje tej odmiany cyclingu sięgają przełomu XIX i XX wieku, gdy nad francuską Riwierą kilku pionierów kolarstwa szosowego chciało dobrze przetrenować zimę, by zabłysnąć formą w wiosennych klasykach. Wielu z nich udawało się na tor, gdzie brali udział w tzw. sześciodniówkach i innych widowiskowych imprezach, pozostali woleli powiew siarczystego wiatru i śnieg. Tylko jak tu trenować na gołoledzi? Wtedy któryś z kolarzy wpadł na pomysł poszukania szczęścia na niedalekich przymarzniętych polach oraz w lasach. Tak przynajmniej brzmi pierwsza wersja genezy przełajów. A jak to w nie do końca udokumentowanej historii bywa, tych wersji jest kilka. I tak bohaterami kolejnej są szosowcy, którzy za pieniądze robili show w jednodniowych kolarskich festynach, przemieszczając się z miasta do miasta. Drogę skracali sobie, wybierając leśne szlaki. Niestraszne im były potoki czy dziury. Ich stalowe rumaki świetnie dawały sobie radę z przyrodniczymi przeszkodami.

Najwięcej zwolenników ma jednak teoria, w której centrum znajduje się niejaki Daniel Gousseau. W pierwszych latach XX wieku ten eksżołnierz został nawet prezydentem Francuskiego Związku Kolarskiego. Kiedy pełnił jeszcze funkcję szeregowego w armii, zgłosił się dobrowolnie do eskorty pewnego generała. Jako jedyny nie dostał do dyspozycji konia, zmuszony więc był zabrać ze sobą rower, na którym codziennie pokonywał wiele kilometrów, rozwożąc m.in. depesze. O dziwo, na leśnych dróżkach Gousseau wytrzymał tempo swoich galopujących towarzyszy. Wieść błyskawicznie rozniosła się w garnizonie, coraz więcej żołnierzy wsiadało na rower, chcąc się na własnej skórze przekonać, ile jest prawdy w historyjce Gousseau. Szybko zorganizowała się mała sekcja treningowa. Już 16 marca 1902 roku w podparyskim Kremlin-Bicetre rozegrano pierwsze zawody crossowe, które równocześnie były mistrzostwami Francji. Złoty medal zdobył Fernand De Baeder. Trudno w to uwierzyć, ale de facto zalążki przełajów są więc w wojsku. Do dziś rokrocznie w Szwajcarii odbywają się przełajowe mistrzostwa kraju mundurowych, którzy – uwaga! – wystartować mogą również na tradycyjnym sprzęcie odpowiadającym konstrukcyjnie rowerom sprzed 100 lat. A co to oznacza? Bagatela, 24-kilogramową ramę plus całe militarne wyposażenie.

Tom Meeusen prowadzący stawkę podczas Azencross Loenhout w 2014 r.

NA DRODZE CHWAŁY

Światową stolicą przełajów przez długie lata pozostawała Francja. Rowerowanie po ciężkim, nierównym terenie zyskiwało sobie coraz większe rzesze zwolenników, którzy albo pragnęli odskoczni od szosy, albo stęsknieni byli za mocnym, interwałowym treningiem. Swoją drogą, przełaje to ostra szkoła kolarskiego życia, ucząca samodyscypliny (komu się chce wychodzić na rower w temperaturze minus ośmiu stopni?) i hartu ducha. Na oba aspekty zwrócił uwagę Geo Lefevre, dziennikarz protoplasty „L’Equipe” – „L’Auto”. Lefevre już w styczniu 1903 roku w mieście Ville-d’Avray przeprowadził kolejny wyścig przełajowy (12 km), chrzcząc go jako „cross cyclo-pedestre”. W 1935 roku Międzynarodowa Unia Kolarska zdecydowała się na skrócony wariant: cyclo-cross. Tak pozostało do dziś. Lefevre zasłużył się też dla kolarstwa w inny sposób – to on namówił Henri Desgrange do organizacji Tour de France.
W ślad za Francją poszły inne państwa. Mistrzostwa Belgii miały swoją premierę w 1910, Szwajcarii w 1912, Luksemburga w 1923, Hiszpanii w 1929, a Włoch w 1930 roku. Mało kto o tym pamięta, ale przełajowe mistrzostwa Polski zadebiutowały w 1928 roku. Podium przypadło reprezentantom warszawskich klubów. Złoto trafiło w ręce Jana Głowackiego (AKS), a srebro do Eugeniusza Michalaka (Legia), dwóch herosów raczkującego „błotniactwa”. Trzecie miejsce zajął Zygmunt Wisznicki (AKS).

TĘCZA W BŁOCIE

Po 1910 roku, gdy zwycięzca „Wielkiej Pętli” Octave Lapize otwarcie się przyznał, że zimą namiętnie pedałował po lasach, przełaje znalazły się na ustach wszystkich. Kolarze spotykali się w weekendy, we własnym zakresie planując rozjazdy bądź półamatorskie wyścigi.

Eugene Christophe
Eugene Christophe | fot. East News

Na zawody z prawdziwego zdarzenia trzeba było jednak zaczekać aż do 1924 roku. Niedaleko Paryża proszono na Le Criterium International de Cross-Country Cyclo-Pedestre, uważane za nieoficjalne mistrzostwa świata. Jeszcze przed erą Criterium International wybiła godzina Eugene Christophe. „Stary Gal”, taki jego przydomek, był siedmiokrotnym przełajowym mistrzem Francji. Christophe stał się bożyszczem kibiców, którzy świetnie znali go z tras Tour de France. Paryżanin był przecież pierwszym w dziejach posiadaczem maillot jaune. To ten sam Christophe, który na zjeździe z Col du Tourmalet (1913) złamał przedni widelec, prostując go w kuźni z pomocą młodego ucznia. Niestety, komisarze zdyskwalifikowali zawodnika.

Wzrost zainteresowania przełajami doprowadził do tego, że UCI postanowiła zaaranżować mistrzostwa świata w Paryżu (1950). Po tęczową koszulkę sięgnął kolarz wybitny, Jean Robic, zwycięzca Touru z 1947 roku. Po nim trzy razy z rzędu triumfował Roger Rondeaux, który – choć ścigał się na szosie – to wszystkie swoje największe osiągnięcia odniósł w błocie. Następcą Rondeaux został jego rodak, Andre Dufraisse. Pięć złotych medali – również rok po roku – robi niemałe wrażenie. O Dufraisse zwykło się mówić, że to „Fausto Coppi przełajów”. Był pierwszym crackiem, który zarabiał jako takie pieniądze.


Łatwość prowadzenia transmisji w porównaniu z relacjami telewizyjnymi z wyścigu szosowego powoduje, że przełaje można łatwo medialnie sprzedać


Niedaleko Paryża proszono na Le Criterium International de Cross-Country Cyclo-Pedestre, uważane za nieoficjalne mistrzostwa świata. Jeszcze przed erą Criterium International wybiła godzina Eugene Christophe. „Stary Gal”, taki jego przydomek, był siedmiokrotnym przełajowym mistrzem Francji. Christophe stał się bożyszczem kibiców, którzy świetnie znali go z tras Tour de France. Paryżanin był przecież pierwszym w dziejach posiadaczem maillot jaune. To ten sam Christophe, który na zjeździe z Col du Tourmalet (1913) złamał przedni widelec, prostując go w kuźni z pomocą młodego ucznia. Niestety, komisarze zdyskwalifikowali zawodnika.
Wzrost zainteresowania przełajami doprowadził do tego, że UCI postanowiła zaaranżować mistrzostwa świata w Paryżu (1950). Po tęczową koszulkę sięgnął kolarz wybitny, Jean Robic, zwycięzca Touru z 1947 roku. Po nim trzy razy z rzędu triumfował Roger Rondeaux, który – choć ścigał się na szosie – to wszystkie swoje największe osiągnięcia odniósł w błocie. Następcą Rondeaux został jego rodak, Andre Dufraisse. Pięć złotych medali – również rok po roku – robi niemałe wrażenie. O Dufraisse zwykło się mówić, że to „Fausto Coppi przełajów”. Był pierwszym crackiem, który zarabiał jako takie pieniądze.

Piaszczysty wyścig z serii Superprestige w Zonhoven, 2015 r.

Do tej pory najczęściej przełajowe mistrzostwa świata gościły w Luksemburgu (1951, 1956, 1968) oraz czeskim Taborze (2001, 2010, 2015). W 2016 roku do tego zacnego grona dołączy belgijskie Zolder (na razie 1970 i 2002).


Historię przełajów można podzielić na okresy narodowych dominacji. Nazwiska się powtarzają. W latach 60. prym wiódł Niemiec Rolf Wolfshohl, który wdał się w walkę z Włochem Renato Longo. Ostatecznie w bitwie na złoto lepszy okazał się Longo (5:3), z zawodu… piekarz. Druga połowa lat 60. i początki 70. to wewnątrzbelgijski pojedynek między Erikiem De Vlaeminckiem a Albertem van Damme. Erik pochodził z kolarskiej rodziny, jego ojciec również się ścigał, z tego powodu familia przez większą część roku mieszkała w przyczepie kempingowej. Jego młodszy brat Roger stał się postrachem flandryjskich bruków. Chociaż eksperci byli zdania, że Erik ma lepsze predyspozycje, nigdy nie udało mu się dorównać bratu na szosie. W terenie był za to kimś. Do dzisiaj dzierży rekord tytułów mistrza świata – ma ich siedem. Van Damme, dwukrotnie drugi, na najwyższym stopniu podium stanął tylko raz – w hiszpańskim Vera de Bidasoa, pokonując… Rogera. W całej swojej karierze van Damme cieszył się z 419 wiktorii, Eric De Vlaeminck „jedynie” z 200, ale to on w jednym sezonie przesądził na swoją korzyść 32 z 34 wyścigów, w których pojawił się na starcie. Ze świata sportu wycofał się w 1993 roku, kiedy w zawodach na zawał serca zmarł jego syn Geert.

Końcówka lat 70. związana jest z supremacją Szwajcarów. Albert Zweifel pięć razy został mistrzem globu, gonili go Peter Frischknecht oraz Gilles Blaser. Później do głosu doszedł Belg Roland Liboton (cztery tytuły), na scenie pokazał się też Holender Adrie van der Poel, zięć Raymonda Poulidora i ojciec młodego Mathieu, który robi obecnie furorę. Gdy wydawało się, że do van der Poela na zawsze przylgnie etykietka „wiecznie drugiego” (pięć srebrnych krążków), ten odkuł się na MŚ w Montreuil (1996). Na początku nowego milenium rozpoczęła się trwająca do dzisiaj era Belgów.

PRZEŁAJOWE MISTRZOSTWA ŚWIATA – REKORDZIŚCI
• Elita mężczyzn – od 1950 roku:
Eric De Vlaeminck (1966, 1968-1973)
• Amatorzy – od 1967 do 1993 roku: Robert Vermeire (1970, 1971, 1974, 1975, 1977)
• Młodzieżowcy/U23 – od 1996 roku: Sven Nys (1997, 1998), Bart Wellens (1999, 2000), Zdenek Stybar (2005, 2006), Lars van der Haar (2011, 2012)
• Juniorzy – od 1979 roku: Mathieu van der Poel 2012, 2013
• Elita kobiet – od 2000 roku: Marianne Vos (2006, 2009-2014)

PRZEŁAJOWE MISTRZOSTWA EUROPY – REKORDZIŚCI
• Elita mężczyzn – przed debiutem:
 —
• Młodzieżowcy/U23 – od 2003 roku: Niels Albert (2005, 2006, 2007)
• Juniorzy – od 2003 roku: Mathieu van der Poel (2012, 2013)
• Elita kobiet – od 2003 roku: Daphny van den Brand (2006, 2007, 2010, 2011)
• Kobiety U23 – od 2013 roku: —

CZECHOSŁOWACKA MOC

UCI amatorskim MŚ dała zielone światło dopiero w 1967 roku w Zurychu. Ostatni czempionat odbył się w 1993 roku we włoskim Azzano Decimo i zakończył się sukcesem nieznanego Duńczyka Henrika Djernisa. Unia nie widziała dłużej sensu, po transformacjach ustrojowych, jakie nastąpiły na wschodzie Europy, ciągnięcia dwóch wózków jednocześnie. W początkowej fazie amatorskich mistrzostw berła z ręki nie oddawali Belgowie, potem w pierwszy szereg wstąpili Czechosłowacy. Wpierw Milos Fiszera, a potem słynny Radomir Simunek, odjeżdżali konkurencji, jak tylko chcieli. Simunek jest jedynym przełajowcem zza Żelaznej Kurtyny, który został mistrzem świata we wszystkich kategoriach. Niestety, z Simunkiem łączy się też bardzo przykre wydarzenie. W 1992 roku w drodze powrotnej do domu z praskiego lotniska, wyprzedzając samochód, spowodował wypadek, w wyniku którego zginęły trzy osoby. Simunek został skazany na półtora roku więzienia, w celi przesiedział sześć miesięcy, aż do ułaskawienia przez prezydenta Vaclava Havla.

Radomir Simunek, wielka gwiazda czechosłowackiego przełaju lat 80. Jego syn, Radomir Simunek Junior, również jest przełajowcem | fot. East News

BIAŁO-CZERWONY PRZYCZYNEK

W amatorskich mistrzostwach świata rozdział zapisaliśmy również i my. W szwajcarskim Wetzikon Andrzej Mąkowski był wicemistrzem, a Grzegorz Jaroszewski uplasował się na trzeciej pozycji, by rok później w Tolosa (Hiszpania) awansować o jedno oczko za Fiszerą. O sile polskiej reprezentacji można było przekonać się już w 1979 roku. W Saccalongo biało-czerwoni wygrali klasyfikację drużynową. Jaroszewski z Żyrardowa i Mąkowski z Polic ogłoszeni zostali sukcesorami znakomitego Czesława Polewiaka, który był siedmiokrotnym mistrzem kraju. Przed Polewiakiem na własnym podwórku zwyciężali często gęsto szosowcy traktujący zimę jako pole eksperymentalne i treningowe.

Na liście zwycięzców znajdziemy Władysława Klabińskiego (1954), Stanisława Królaka (1955), Janusza Paradowskiego (1956), Andrzeja Trochanowskiego (1958) czy Ryszarda Szurkowskiego (1968). Gospodarzem była przeważnie Warszawa, w latach 70. – Jelenia Góra. Pielgrzymkę po różnych miastach zainaugurowano w latach 80., czyli po międzynarodowych wiktoriach polskich błotniaków. Jaroszewski zdobył siedem złotych medali, w kolekcjonowaniu zastąpili go następnie Sławek Barul z Tomaszowa Mazowieckiego oraz Tadeusz Korzeniewski ze Słupska (po pięć). Za nimi czaił się już Dariusz Gil – nasz jeden z dwóch, oprócz Krzysztofa Kuźniaka (srebro w 2002 roku w Zolder), medalistów mistrzostw świata juniorów. W holenderskim Gieten w 1991 roku wywalczył brąz. Związany z ośrodkiem POM Strzelce Krajeńskie starszy z braci Gilów sześciokrotnie był najszybszy w elicie, na razie jego młodszy brat Mariusz triumfował cztery razy, ostatnio musiał jednak uznać wyższość Marka Konwy.

Niels Albert, wielki talent belgijskiego przełaju, który zmuszony był przedwcześnie przerwać karierę

Myśląc o polskim przełaju, do głowy przychodzą również nazwiska śp. Marka Cichosza, Andrzeja Kaisera, wspomnianego Kuźniaka, o którym mówiono, że gdyby jeździł w Belgii, byłby tam bogiem, i braci Szczepaniaków, odpowiedzialnych za największą dopingową aferę w rodzimym kolarstwie ostatnich lat. W 2004 roku w wyścigu U23 Mariusz Gil dał się wyprzedzić jedynie Kevinowi Pauwelsowi. Na kolejny porównywalny wyczyn przyszło nam czekać do Hoogerheide (2009), gdy jako trzeci na mecie zameldował się Paweł Szczepaniak – młodzieżowy mistrz Europy z tego samego roku. Wychowanek POM-u, wraz ze swoim bratem Kacprem, nie chciał na tym poprzestać. Rok później na MŚ w czeskim Taborze Paweł został mistrzem, a Kacper wicemistrzem świata. Miały zacząć się lepsze czasy dla krajowego przełaju, obaj ścigali się już w barwach nie byle jakiej czołowej belgijskiej ekipy Telenet Fidea, gdzie za kolegów mieli Toma Meeusena, Pauwelsa, Barta Wellensa czy Zdenka Stybara. A tu zonk. Okazało się, że bracia stosowali EPO, w rezultacie czego zostali zawieszeni i skreśleni z klasyfikacji generalnej. Trzecią lokatę przyznano Konwie, który przełaje łączy z MTB. Zamiast więc rozkwitać, polski cyclo-cross zafundował sobie cios, po którym do tej pory nie potrafi się podnieść.

Bożyszcze tłumów, idol belgijskich nastolatków, pogromca przełajowych tras – wielki Sven Nys

W Superprestige najwięcej razy w klasyfikacji końcowej triumfował Sven Nys – do 2014 roku aż trzynaście razy. Hennie Stamsnijder zajmuje w rankingu drugie miejsce z czterema zwycięstwami. W Bpost Bank Trophy (dawnym GvA Trophy) również prym wiedzie Nys z 9 tytułami. Paul Herijgers ma ich pięć. Do Nysa należy też rekord Pucharu Świata (od 1993 roku) – siedem wygranych


TELEWIZYJNA POMOC

Podobną sytuację, w jakiej tkwi obecnie nadwiślański przełaj, crossowcy na Zachodzie mają już za sobą. Gorsze, biedne chwile zapanowały w latach 90. Nikt się błotniakami nie chciał przejmować, ponieważ pierwsze skrzypce odgrywało kolarstwo górskie. Zawodnicy przesiadywali się z baranka na amorek i często nie wracali. By uatrakcyjnić przełaje, zezwolono na zastosowanie prostej kierownicy rodem z MTB, w niższych kategoriach można było nawet startować na typowych górskich rowerach. Całe szczęście, gdy przełaje powoli odchodziły do lamusa, belgijska telewizja została zmuszona do wypełnienia swojego programu krótkimi sportowymi migawkami. A ponieważ Belgowie nie mieli łyżwiarstwa szybkiego (jak Holendrzy) czy biatlonu (jak Niemcy), wybór padł na przełaje. Z tego prostego względu, że w veldrijden ramy czasowe są z góry ustalone. Elita może jeździć przez godzinę (panie 40 minut), orlicy 50 min, a U15 przez 20 min. Zaangażowano się więc w belgijsko-holenderską serię Superprestige, która rozgrywana była już od zimowego sezonu 1982/83, oraz w jej flandryjskiego konkurenta – Bpost Bank Trophy (od 1987/88). Wraz z przełajowym Pucharem Świata (od 1993/94) stały się one najważniejszymi wyścigami w terminarzu. Rekordzistą wszystkich cykli jest Sven Nys, który niebawem zakończy karierę. „Kanibaal van Baal” 13 razy wygrywał w Superprestige, 9 razy w Bpost Bank Trophy oraz 3 razy w PŚ, potwierdzając, że na belgijskich przełajowców nie ma mocnych, bowiem w jego ślady szli Erwin Vervecken, Pauwels, Wellens, Wout Van Aert czy Niels Albert. Nys buduje aktualnie ośrodek kolarski swojego imienia, a Albert po diagnozie (problemy z sercem) wziął się za prowadzenie drużyny, sklepu oraz planowanie własnego wyścigu.

Młodziutki Mathieu Van der Poel w drodze po tytuł mistrza świata, Tabor, 2015 r.

W OGONIE

Unia kładzie nacisk na propagowanie przełajów jako sportu dla wybitnych, twardych zawodników. Brian Cookson zamierzał wprowadzić CX do rodziny zimowych igrzysk olimpijskich, ale MKOl z jego inicjatywy tylko się uśmiał. Szkoda, bo przełajów przecież nie uprawia się latem. Europejska federacja najpierw znalazła w rozpisce mistrzostw Starego Kontynentu miejsce dla kobiet, potem projekt powiększono też o elitę mężczyzn. W Belgii, Holandii, Francji i Niemczech zawody przyciągają spore rzesze fanów. Łatwość prowadzenia transmisji w porównaniu z relacjami telewizyjnymi z wyścigu szosowego powoduje, że przełaje można łatwo medialnie sprzedać. W Polsce jednak w dalszym ciągu są sportem niszowym. Sportem dla samych zawodników i ich najbliższych. 


Wolfgang Brylla – dziecko swoich rodziców i wortalu rowery.org. Od ponad 15 lat pisze dla różnych, nie tylko polskojęzycznych mediów kolarskich. Robił też zdjęcia, ale, jak sam mówi, kiepskie. Z SZOSĄ związany od samego początku. A na szosach pod Zieloną Górą kręci prawie przez cały rok.


Tekst ukazał się w SZOSIE 5/2015, dostępnej także wersji CYFROWEJ

Chcesz czytać więcej?

Zaprenumeruj SZOSĘ