Cypr – spalony słońcem, pełen życia

Uznaliśmy zgodnie, że damy się zaskoczyć – nie mieliśmy robić treningów, nie mieliśmy żadnej konkretnej trasy. Damy się ponieść temu, co nam się trafi. A trafiło się tak: po trzygodzinnym locie i godzinnej partii bagażowego tetrisa, gdzie masę „klocków” trzeba było upchać do wypożyczonego minivana, jechaliśmy z Larnaki na zachód autostradą do Limassol, a potem na północ w góry Troodos.

Nie ma na całym Cyprze hotelu położonego wyżej niż hotel Troodos. Na szczyt Olimbos jedzie się kilka kilometrów, jakieś 200 metrów wyżej, na niepełne 2000 m n.p.m. Każde więc wyjście na rower z hotelu rozpoczyna się zjazdem liczącym kilkanaście kilometrów. Czegokolwiek byśmy nie przeżyli, przygodą na pewno będą powroty. Jeszcze w drodze na miejsce podziwialiśmy niezliczone zakręty, wijące się niczym węże, co akurat bardzo dobrze symbolizuje faunę Cypru. Zainspirowani widokami z hotelowej restauracji na bezkresne grzbiety górskich łańcuchów, o poranku ruszyliśmy w górę na pobliski szczyt Olimbos, a przynajmniej do najwyższego punktu, do którego da się na nim dojechać. 

ŻYCIE NA CYPRZE

Szczyt góry osiągnęliśmy po kwadransie od wyjścia z pokoju. Na górze widoki dość surowe – karłowate sosny wyrastające z nagich, pomarańczoworudych skał, gdzieniegdzie jeszcze ślady śniegu zalegającego w szczelinach. Poranek pod koniec marca był dość chłodny, choć miało się wrażenie, że słońce już pali skórę. Na tej szerokości geograficznej odczucia światła są genialne. Uwielbiam to i tęsknię za każdą wizytą na południu. Zjazd trwał tak dłuuugo, że można się było zmęczyć, ale nie znudzić. Duża prędkość i drogi pełne łuków – samych typowych „patelni” nie było wiele –  wymagają silnego skupienia. Podobnie jak jazda w ruchu lewostronnym, choć dla mnie pierwsza w życiu, nie miałem problemu z przełączeniem się na ten tryb. Tylko nie można tej pewności zbytnio ufać, bo pierwsze ruchliwe skrzyżowanie czy rondo może zaskoczyć. 

Im niżej zjeżdżaliśmy, tym stawało się cieplej i egzotyczniej. Sosny ustępowały miejsca drzewom liściastym, pojawiały się nawet kaktusy i palmy. Jechaliśmy na północ w kierunku Pedoulas, gdzie bardzo liczyliśmy na poznanie Cypru takiego, jakim on jest – poza turystycznym sezonem, z dala od kurortów. Nawigowanie było o tyle łatwe, że wszystkie znaki i tablice są dwujęzyczne – greckie i angielskie. A o tyle trudne, że w gąszczu dróg mieliśmy trudności w określaniu kierunków. Stojąc w jednym miejscu, mieliśmy widok na kilka wsi w dolinie, przekonani o pokrywaniu się z mapą tego, co nam się wydaje, że to jest. A okazywało się, że pojechaliśmy w inną stronę. W ogóle nas to nie martwiło, bo właśnie o to chodziło – żeby się zgubić. Przynajmniej zanim zapadnie zmierzch. Byłem tym absolutnie zachwycony. Suchość Cypru powoli zaczynała nam doskwierać już teraz, przed południem – mieliśmy deficyt w bidonach, a tutaj nigdzie nie było szemrzących strumyków. Zamiast nich – takie miałem wrażenie – oświetlone słońcem pobocze syczało i szemrało gadami uciekającymi przed nadjeżdżającymi rowerami. To wszystko tworzyło dość niesamowite odczucie dzikości terenu. Na azymut, wyprzedzając tira z cysterną (co u licha w takim miejscu robił ważący 40 ton skład?), pojechaliśmy nad niewielki zbiornik zaporowy koło Ikos, licząc na to, że jak jest woda, to musi być i życie. 

A życie cypryjskiej górskiej wsi objawiło się nam małym przydrożnym sklepem wielkości klasycznego warzywniaka. Przed wejściem stała spora pergola, która – kiedy winorośl już wypuści liście – da przyjemny cień. Wkoło było mnóstwo donic z roślinami i zwykłe chaszcze, pełne zdziczałych oleandrów, prowadziły do wnętrza „warzywniaka” wypełnionego półmrokiem. Za miniladą siedziała drobna, starsza, uśmiechnięta kobieta, której błyszczące oczy zdradzały żywe zainteresowanie przybyszami w lajkrach. Rzuciliśmy się na wyłączoną lodówkę z napojami, na orzechy i – symbol tego wyjazdu – sery. Staliśmy przed sklepem, podziwiając ten zupełnie przeciętny pewnie widok, ale dla nas było tu tyle do odkrywania! Nie mogłem przestać robić zdjęć – wszędzie wszystko inne. Próbowałem sobie wyobrazić, jak w mojej wsi pod Wrocławiem pod sklepem ląduje ekipa japońskich rowerzystów i robi zdjęcia wszystkiego – trawy, pająka na murze, kasztanowca i Zdzicha. 

KAMBOS

Ruszyliśmy dalej na północ, zbliżając się do granicy strefy tureckiej okupacji. Na Cyprze jest dość dużo baz wojskowych, więc trzeba czytać znaki, bo nie wszędzie można wjechać i nie wszystko fotografować.

Teren stawał się bardziej suchy, a ruch na drodze ustał zupełnie. Jechaliśmy w tym krajobrazie na jasnej wstędze asfaltu przez 40 km, nie napotkawszy żywej duszy. To dziwny rekord, ale tego dnia najniżej zjechaliśmy do wysokości 200 m n.p.m. W szalonym, spalonym słońcem anturażu, na moście nad nieistniejącą rzeką, której korytem był poprowadzony wodociąg, po karkołomnym, cudownym zjeździe. Od tamtej pory rozpoczynał się podjazd, który trwał dobre pięć godzin non stop. Udało nam się określić drogę do hotelu przez kilka miasteczek. Totalnie wyczerpani dotarliśmy do Kambos, gdzie mało nie dostałem zawału serca, wyjeżdżając z zakrętu prosto na dwumetrową żmiję. Ledwo ją minąwszy, zatrzymałem się przy cmentarzu na początku wsi. Niesamowicie wyglądał z tą palmą na środku placu między nagrobkami. Przed wejściem stał pomnik żołnierzy poległych w 1974 roku (czyli pewnie podczas tureckiej inwazji). Dalej, pod kościołem było źródło wody – z przodu wyglądało jak typowe górskie źródło, ale woda była doprowadzona przewodem z tyłu. Piłem jak smok wawelski. Kambos okazało się całkiem spore, w centrum miasteczka była knajpa i sklep pod gigantycznym platanem. Rozsiedliśmy się na murku jak dzieciaki – fanta, cola, orzeszki ziemne i – to nas odróżniało od dzieciaków – ser. Dobrą godzinę obserwowaliśmy to, co się działo wkoło: ze trzy osoby przyszły po zakupy, jeden facet w roboczych ciuchach szedł w górę drogą, przejechały dwa auta i trzy motocykle. Nic więcej. Doskonale. 

Na wspinaczce do hotelu upływały nam kolejne trzy godziny, w czasie których mijaliśmy mosty nad rozpadlinami, widokowe tarasy, z których popołudniowy krajobraz gór wyglądał fenomenalnie. Zabytkowe klasztory, których już nie zdążyliśmy odwiedzić, i pomniki, pod którymi udawało się czasem kupić zimne napoje w puszkach, oraz ronda, na których mieszkańcy ustawiali wielkanocne ozdoby. Znowu trafiliśmy na tira z cysterną, a one tutaj po prostu dowoziły wodę pitną do zbiorników ponad wsiami. Do hotelu dojechaliśmy nieco po zmroku, ujechani, ale najszczęśliwsi na świecie. Piwo, kalmary z frytkami i spać. Kolarstwo to dziwna rzecz, że najlepiej się wypoczywa, dostając ciężkie baty. Jest w tym coś lekko szatańskiego. 

GASTRO FONDO

Następnego dnia w mojej głowie narodził się nowy termin – „gastro fondo”. Autem pojechaliśmy z gór w pobliże Larnaki, gdzie spotkaliśmy się z Mikiem, który jest na Cyprze organizatorem rowerowego życia. Mike wygląda jak Cypr – niby spalony słońcem, a pełen życia. Jest twórcą i organizatorem takich eventów, jak Bedrock Festival Gravel Cyprus oraz Gran Fondo Cyprus. Jak już skończyliśmy podziwiać kolekcję koszulek, które dostał z dedykacją od Gunn-Rita Dahle Flesjå czy Jolandy Neff, pojechaliśmy w okolice jego rodzinnej miejscowości – Tochni. To, że nie byliśmy w górach Troodos, tylko na obszarze uznanym tutaj za nizinny, nie oznaczało płaskiego terenu. Innymi słowy krajobraz był pofałdowany niezwykle fantazyjnie. Zmienił się kolor – rude skały ustąpiły śnieżnobiałym wapieniom. Na tym tle absurdalnie wyglądały czarne, spalone pnie karłowatych drzew, które były pozostałością po wielkim pożarze sprzed kilku lat. W takich warunkach i bez pożarów rośliny mają ciężkie życie. Jeśli coś ich nie spali, to je coś zjada – najczęściej owce i kozy. To ich mleko jest podstawą produkcji cypryjskiego rarytasu – sera halloumi. Mike zabrał nas do miejsca, gdzie się go produkuje. Trzeba było zjechać z głównej drogi, wąskim asfaltem na dno doliny, gdzie w małym pomieszczeniu przy domu dwie kobiety przy dwóch garach robiły ser. A my – jak turyści – patrzyliśmy, jak one go ugniatają, i kiwaliśmy z entuzjazmem głowami, kiedy nas nim poczęstowano. Był naprawdę wyśmienity. 

Dalej pojechaliśmy do innej doliny, w której były winnice – doskonałe uzupełnienie poprzedniej wizyty. Musieliśmy bardzo hamować się z degustacją. Ale winnice to nie tylko wino, również słodycze z migdałów otoczonych zagęszczonym sokiem z winogron. Z wyglądu przypominają nieudane świece, ale pokrojone w talarki, smakują bardzo dobrze. W winnicy Łukasz złapał kapcia, więc uznaliśmy to za sygnał od Kosmosu, że trzeba tu zostać na dłużej, ale niestety, zbyt szybko poradził sobie z wymianą dętki i pojechaliśmy jeszcze wyżej, do Lefkary – to chyba było największe miasto, w jakim byliśmy. Niemal w całości zabytkowe, z wąskimi uliczkami, z budynkami z białego kamienia, z którego na całej wyspie zbudowano chyba wszystko, co wystaje z ziemi. I z dziesiątkami fajnych zakamarków. Czasami było superstromo, ale klimat szwendania się w tym miejscu na śliskim, wapiennym – a jakże – bruku był wyjątkowy. Wapienne nie było to, co dostaliśmy do jedzenia w restauracji. Po zimowej wersji polskich pomidorów pędzonych w hydroponicznych hodowlach poczuć smak świeżych warzyw o smaku warzyw, a nie celulozy, stał się idealnym dopełnieniem tej wycieczki. 

Wróciliśmy do Tochni długim zjazdem, na którym pobiłem swój rekord prędkości. A we wsi zająłem się tym, co najbardziej lubię – zaglądaniem tubylcom przez okna do domów. Lubię poczuć zapach tego, co szykują na kolację, zobaczyć, co uprawiają w przydomowym ogródku, czy rozwodzić się myślami nad tym, jakim cudem te wielkie palmy wyrastają z betonowej posadzki. W Tochni, podobnie jak wielu małych miejscowościach, większość zabudowy jest dość stara, a nowa nie wyróżnia się zbytnio na tle zabytkowej, bo używa się tych samych materiałów. Mike na przykład ma swój warsztat i wypożyczalnię w dawnej tureckiej szkole, której wiek zdradzały jedynie drobne detale wyrzeźbione w elementach okien, a plac, na którym robiliśmy zdjęcia, przylegał do dawnego meczetu, co wydawało się tłumaczyć, dlaczego na jednej ze ścian tego budynku były ślepe schody zakończone balustradą. 

Mike Hadjioannou, nasz przewodnik

SZMARAGD 

Na ostatni pełny dzień przed wylotem Mike polecił nam północno-zachodnią część wyspy z piękną drogą z Pomos do miasta Polis. Niestety, śnieg, który spadł w nocy na wysokości naszego hotelu, zamienił się w deszcz. Byliśmy pewni, że niżej będzie cieplej, ale na wysokości nieco ponad 1000 m n.p.m. temperatura wzrosła do niezachęcających 6°C. Trudno – jechać trzeba. Góry Cypru uczą pokory pod względem nawyków określania czasu przejazdu. Średnio nawigacja samochodowa wylicza godzinę na każde 30 km i nawet przy pustej drodze jest to optymistyczna wersja. Wszystkiemu są winne te zakręty i widoki, od których trudno oderwać wzrok, nawet kiedy leje i widać niewiele. Wielokrotnie zatrzymywały nas lawiny skalne, które potrafiły zasypać trzy czwarte szerokości jezdni. Pierwszy raz zrozumiałem sens znaków ostrzegających przed spadającymi kamieniami. Tutaj, po zimnej nocy i deszczowym poranku, skały sypały się na wielu odcinkach. Podobno co trzy dni jedzie ekipa każdą górską drogą i je odgruzowuje. Mają co robić – jechaliśmy wspaniałą drogą trawersującą zbocza mniej więcej na wysokości 1000 metrów, która łączyła się z siecią innych wąskich duktów. Wszystko puste, bo wokół wyspy wybudowano autostradę, ale  doskonałej jakości. 

W końcu między górami skąpanymi w deszczu zaczął pojawiać się szmaragd Morza Śródziemnego. Północne wybrzeże było zdecydowanie zielone, nie tak wypalone jak południowe. Minęliśmy jakieś opuszczone gospodarstwo, które we władanie objęły wszędobylskie kozy, minęliśmy jeden z posterunków wojskowych i rozpoczęliśmy widowiskowy zjazd do Pomos. Nie było tu tak bardzo turystycznie jak na południu. Nawet aut z czerwonymi tablicami rejestracyjnymi było stosunkowo mniej (na Cyprze auta z wypożyczalni mają czerwone tablice rejestracyjne, a auta mieszkańców – białe. W ten sposób można ustrzec się przed kimś ze „strefy prawostronnej”. Bardzo cwane, ale i pomocne nawet nam). Widoki były tak spektakularne, że z trudem można było się skupić na drodze. Dojazd i zjazd zabrały nam tyle czasu, że poczuliśmy się głodni. Za Pomos, za piękną agrafką w cieniu cyprysów pojawił się klif, na klifie parking, na parkingu buda i bus. Za budą i busem kilka stolików pod przeszkloną wiatą, niebieskie krzesła i stoły. Z klifu widok na morze w kolorze tak morskim, że choćbyśmy drukowali ten numer „Szosy” sproszkowanymi szmaragdami – nie oddamy tego w druku. Dodając do tego soczystą zieleń wyrastającą ze wściekle rudej gleby – drukarze oszaleliby przy produkcji tego wydania. Gdyby w tej budzie podawali tylko móżdżki i ozorki w sosie z cynaderek – zamówilibyśmy je. Ale w tej knajpce – byli tu tylko lokalni mieszkańcy – podawano kanapki. Bus pod budą był kuchnią pewnie od czasu, zanimfood trucki stały się modne. Nie umiem znaleźć metafory na ten stan, w jakim tam wtedy byliśmy. Z tymi lokalnymi klientami, z morzem u podnóża klifu, z zimną colą i wielką kanapką z kurczakiem i warzywami, pachnącą kolendrą i milionem innych ziół… Myśmy tam na tych niebieskich krzesłach jedli świat. Nie umiem tego inaczej określić. 

Ze łzami w oczach – ale jednocześnie obietnicą powrotu w to miejsce, gdyż nie było innej opcji – ruszyliśmy drogą nad brzegiem morza w kierunku Polis. Mike miał rację, jest dokładnie taka, jak powinna być droga, która ma być dla naszego pozimowego odrętwienia tym, czym witamina C dla ciała po przeziębieniu – lazurowe morze, fale, palmy i dwadzieścia stopni ciepła. No i deszcz, przed którym uciekaliśmy podczepieni na kole jakiegoś kolarza. Głupio było odpuścić, choć kanapki ostro buntowały się w brzuchach przeciw takiemu brutalnemu trawieniu. Droga do Polis minęła błyskawicznie, kolarz pogonił, nie słysząc podziękowania, a my skręciliśmy do mariny. Do pełni szczęścia brakowało nam kawy w otoczeniu luksusowych jachtów. Ponieważ marzec to nie sezon urlopowy, więc i jachtów nie było. Były kutry rybackie i mewy czekające na resztki wyrzucane przez rybaków. W wybranej drogą losowania restauracji kelner przyniósł nam kawę, a życie przyniosło nam krótką, ale treściwą ulewę. W drodze powrotnej nie pędziliśmy jak wściekli, tylko spokojnie podziwialiśmy to, czego nie dało się zobaczyć, jadąc szaleńczym tempem w drugą stronę. Na Stravie nie wyszła z tego żadna specjalna trasa. Ale gdyby zamiast „suffer score” można było zbierać jakieś „gastro punkty”, mielibyśmy KOM-a jak nic. 

WIDOK NA WAWATSINIĘ

Dzień wylotu teoretycznie miał być spisany na straty. Tak jak nie lubię wyrzucać resztek jedzenia, tak nie lubię marnować resztek czasu. Podjechaliśmy więc w okolice Tochni, gdzie dwa dni wcześniej z daleka widzieliśmy kilka fajnych miejsc. Na pewno jest ich tam na pęczki, ale naszą uwagę zwróciła jedna taka wyższa górka, więc skoro mogliśmy potem skorzystać z gościnności Mike’a, to postanowiłem w ramach terapii przed syndromem końca kolonii zabić swoje nogi wdrapaniem się na nią. Nie znam jej nazwy, ale góruje nad miasteczkiem o pięknej nazwie Wawatsinia, a przez jej szczyt przechodzi granica między dystryktem Nikozji i Larnaki. Wyjechałem na niecałe 1000 m n.p.m., ale reszta regionu była średnio pięć setek niżej, a dalej rozpościerał się widok na obniżenie, w którym leży stolica Cypru. Cóż – syndrom końca kolonii został lekko zakrzyczany piekącymi nogami.

Na lotnisku widzieliśmy sporą grupę Polaków z kuframi rowerowymi. Ale ostatecznie, z wyjątkiem jednego, który przeciągnął nas po kanapkach, nie spotkaliśmy żadnego kolarza. W ogóle mało kogo spotkaliśmy, ale to pewnie przez porę roku i specyficzny region, który w gruncie rzeczy jest godny polecenia dla tych, którzy lubią odpoczywać poprzez skatowanie się w górach. Rafał Majka był tu dwa lata wcześniej, szykując się do Giro – znaleźliśmy wpis w księdze gości hotelu Troodos, jeszcze jako Team Tinkoff: „Oczywiście nasz team wróci tu w przyszłości”, ale dla Tinkoffa przyszłość skończyła się pół roku po tym zgrupowaniu. A dla nas? Nie wyobrażam sobie, abym miał nie wrócić na Cypr. Te góry są najbardziej „odjechanymi”, w jakich jeździłem. Nie tak przerażające przestrzeniami jak Alpy, ale poważne, dzikie i piękne. No i dla kanapek z klifu i na „gastro fondo” z Mikiem. Podobno najlepsze miesiące na rower to październik i listopad, tak mówił Mike, ale to tak tylko między nami. 

Tekst: Wojtek Sienkiewicz
Zdjęcia: Łukasz Szrubkowski

Written By
More from Redakcja

Dolce vita. Sylwester Szmyd o Włoszech

Dziś nikogo nie dziwi, że polscy kolarze wyjeżdżają za granicę szukać możliwości...
Czytaj więcej