Guilty pleasure – jak przesiadłem się na e-rower

Jeżdżę rowerem po mieście od lat. Używałem przeróżnych sprzętów: stary romet, ostro koło, góral, holender, cargo-bike. Każdy z nich wprowadzał coś nowego do mojego stylu jazdy, ale jedno pozostawało niezmienne – rowerowy commuting sprawiał mi ogromną przyjemność i ułatwiał życie. Miniony rok przyniósł jednak zmianę znacznie większego kalibru – przesiadłem się na e-bike’a. Czy elektryczność wniosła coś do mojego miejskiego jeżdżenia?

Zacznę od krótkiego wyjaśnienia: od dawna doceniałem i lubiłem e-bike’i, ale raczej, jak to się mówi, na odległość. Po prostu nie widziałem nigdy uzasadnienia, by samemu z takiego roweru korzystać, zwłaszcza w płaskim jak stół Wrocławiu. Jestem wystarczająco sprawny, by jeździć rowerem bez prądu. Po co mi ciężki, drogi sprzęt, który trzeba regularnie ładować, a który daje mi wspomaganie do zaledwie 25 km/h, podczas gdy na co dzień jeżdżę szybciej? Niech używają ich ci, którym naprawdę potrzebne jest wspomaganie…

Canyon Precede:ON, fot. @ Hania Tomasiewicz

PRECEDEns

Tak sobie wszystko logicznie wykładałem, a rzeczywistość i tak mnie zaskoczyła. Najpierw pojawił się Canyon Precede:ON. Rower wręcz futurystyczny: kompozytowa rama, nowoczesny design, daleko posunięta integracja komponentów i do tego najmocniejszy silnik Bosch Performance CX współpracujący z bezstopniową przekładnią EnViolo (kiedyś NuVinci). Trochę mi się ten nowoczesny styl podobał, trochę nie, ale to drugorzędne. Bo frunąłem po mieście na tym sprzęcie jak zaczarowany!

Wizję samego siebie jeżdżącego po mieście e-bike’iem przestałem traktować jako niedorzeczną. Fot. Hania Tomasiewicz

Temat ograniczenia do zaledwie 25 km/h okazał się zupełnie nieistotny. Właściwie to oczywiste, ale do mnie dotarło w pełni dopiero wtedy – w mieście chodzi przecież nie o maksymalną prędkość, lecz o dynamikę, gdy ciągle się zatrzymujesz i zaraz potem ruszasz, skręcasz, wjeżdżasz na wiadukt. A ten nowoczesny, lekki i mocny rower był dynamiczny jak diabli. Płynność pracy nietypowej przekładni dodatkowo podkreślała wrażenie lekkości, z jaką pokonywało się kolejne kilometry.


Canyonem jeździłem tylko raz, podczas testowej przejażdżki, ale to było ważne jeżdżenie. Wciąż wprawdzie traktowałem to kosztujące prawie 25 tys. cudeńko jako coś luksusowego, trochę perwersyjnego i niepotrzebnego mi na co dzień, lecz zaszła w moim myśleniu pewna zmiana – wizję samego siebie jeżdżącego po mieście e-bike’iem przestałem traktować jako niedorzeczną.

Elektryzująca Electra

Na dobre e-bike zagościł w moim życiu kilka miesięcy później, pod postacią Electry Loft Go!. To inny rower niż Canyon, a nawet inny niż pozostałe electry, które mają ten charakterystyczny plażowy design, za którym szczególnie nie przepadam. Loft to zupełny klasyk, ładny rower o ponadczasowej linii. Podobał się każdemu, kto na niego patrzył, choć jednocześnie filigranowość konstrukcji i wyposażenie w silnik o łagodniejszej charakterystyce niż w Precede:ON nie zapowiadały jakichś ekscytujących wrażeń.

Electra Loft Go! fot. Ewa Jezierska


I znów zaskoczenie! Okazało się że ta niewinna dameczka to niezły skurczybyk. Taki jej zaprojektowano kąt główki, że składa się w zakręty jak dobra trailówka. To świetnie pasuje do dynamiki napędu Boscha, bo choć to nie jest ta mocna seria Perfromance, to wciąż rozpędza Lofta niezwykle żwawo i tu przydaje się dodatkowa stabilność zapewniana przez wypłaszczoną geometrię. Doskonale też dobrano wielobiegową piastę Shimano Nexus, której przełożenia pasują do charakterystyki napędu jakby powstawały w tej samej fabryce. Pach, pach, pach – ostatnio tak się cieszyłem zmianą biegów, gdy nauczyłem się to robić bez sprzęgła w motocyklu. Naprawdę nie sądziłem, że będę się zachwycał wrażeniami z jazdy na takim rowerze, tymczasem w pierwszych dniach złapałem się na tym, że specjalnie wybieram okrężne trasy, by dłużej mieć frajdę. Niewiarygodne.

Wydawało się, że Electra Loft Go!, jako zgrabna i stylowa damka, bardziej przypadnie do gustu Hani, ale to ja stałem się jej głównym użytkownikiem. Fot. Ewa Jezierska

Uzależnienie

Ekscytacja nowością z czasem zmalała, ale na jej miejsce przyszło coś równie dla mnie zaskakującego. Najlepszym słowem będzie chyba – co tu kryć – „uzależnienie”. Jeśli tylko było to możliwe, wskakiwałem na elektrę, by gdzieś dojechać. To była już jesień, potem zima, i pogoda wcale specjalnie nie zachęcała, by wybierać rower. Początkowo nie chciałem się sam przed sobą przyznać, że gdybym miał te same podróże odbywać moim batavusem, to raczej bym zrezygnował.

Electra Loft Go! Fot. Ewa Jezierska


Bo to jest chyba największa siła rowerów elektrycznych – pozwalają wyeliminować te drobne przeszkody, które często powstrzymują ludzi od wsiadania na rower. „Pojechałbym do pracy, ale nie chcę się spocić”. „Za bardzo się zmęczę”. „Bardzo mocno dzisiaj wieje”. „Nie chce mi się pedałować pod górę”. „Fajnie byłoby zawieźć dziecko do przedszkola, ale jest mi z nim za ciężko” itp., itd.. Tego rodzaju wymówki tracą podstawy, gdy silnik pomaga pedałować. I ludzie rzeczywiście wsiadają chętniej na rowery, wskazują na to wszystkie dostępne dane. A ja najwyraźniej nie jestem tak wyjątkowy, jak mi się zdawało – podążyłem tą samą ścieżką.

Praktyczność?

Co ciekawe, Loft wygrywa z moim batavusem, choć ten jest lepiej przystosowany do codziennego użytkowania. Ma całkowicie osłonięty, a więc praktycznie bezobsługowy napęd, znacznie solidniejszą budowę, większe bagażniki i genialne rozwiązanie w postaci blokady sterów podczas postoju, co bardzo ułatwia korzystanie z przedniego bagażnika. Takich smaczków w electrze się nie znajdzie, ale… co z tego? To poczucie lekkości, jaką daje jazda z silnikiem, rekompensuje – jak się okazało – wszelkie braki pod względem praktycznym. Nawiasem mówiąc, Batavus ma teraz w ofercie elektryczną wersję mojego Quipa.
A najfajniej jest, gdy wożę Iwa, mojego syna, na bagażniku. Bez prądu byłoby to już raczej niewykonalne, bo Iwo od dawna już nie jest tym bobaskiem, którego wkładało się jedną ręką do przedniego fotelika. Byłem przekonany, że nasze wspólne jeżdżenie na jednym rowerze skończyło się bezpowrotnie, a tymczasem znów mogliśmy sunąć przez miasto, wygłupiać się i gadać do woli. To są ważne rzeczy.

Energia!

Aspekt energetyczny całej tej sprawy jest niesamowity, więc warto też o nim wspomnieć. Te dodatkowe 100-200 watów, które dostarcza asystujący rowerzyście silnik, to nic w porównaniu z dziesiątkami tysięcy watów niezbędnymi, by ruszyć z miejsca samochodem. Krótko mówiąc, efektywność tego specyficznego hybrydowego napędu (człowiek+silnik elektryczny) jest tak wysoka, że bije na głowę wszystkie alternatywne środki transportu. A nawet jeśli komunikacja zbiorowa w którejś ze swoich odmian może pochwalić się lepszym współczynnikiem w przeliczeniu per capita, to e-bike i tak wygrywa zakresem mobilności, można nim przecież penetrować miasto ze swobodą nieporównywalnie większą niż np. tramwajem.

Jedno ładowanie baterii, używanej w mocnych trybach Turbo i Sport, starcza na kilkadziesiąt kilometrów, co w moim przypadku oznacza 2-3 dni jazdy po mieście. Fot. Ewa Jezierska

Owszem, można powiedzieć, że rower bez prądu jest jeszcze bardziej ekonomiczny – i to jest bezdyskusyjne. Jeśli jednak do tego równania dołożymy kwestię motywacji, z której ewentualnym brakiem e-bike tak bezbłędnie się rozprawia, zaczyna to wyglądać inaczej i nie można wykluczyć, że w ogólnym rozrachunku wersja elektryczna stanowi rozwiązanie bardziej efektywne. Dodam jednocześnie, że doskonale, rozumiem kontrowersje związane z kosztem ekologicznym masowej produkcji i eksploatacji akumulatorów. W ciemno jednak zakładam, że w skali całej cywilizacji plusy znacznie przewyższą w tym przypadku minusy. Po prostu sądzę, że im więcej osób wsiada na rower każdego dnia, tym lepiej – i to naprawdę pod wieloma względami. E-rowery w tym pomagają, więc e-rowery są dobre.

Guilty pleasure

I tak oto zelektryfikowałem swoje miejskie jeżdżenie. W gruzach legły wszystkie teoretyczne podstawy mojego wcześniejszego „niepotrzebowania” e-bike’ów. Wciąż wprawdzie znajduję w sobie lekkie poczucie winy: że rozpieszczam się tym prądem, że tracę moc i silną wolę. To jednak nic nie zmienia, dalej chcę jeździć ze wspomaganiem, gdy tylko mogę. Nie zrażają mnie nawet oczywiste uciążliwości związane z używaniem napędu akumulatorowego, bo przecież trzeba pamiętać o ładowaniu (mi jedno starczało na zwykle dwa-trzy dni), a w tym generalnie nie jestem dobry. Cóż, możliwe, że to na zawsze pozostanie moją „guilty pleasure”. Niech i tak będzie.

Tekst: Borys Aleksy

Written By
More from Redakcja

Zamiast szampana frytki i piwo

Wyczerpanie, ból od palców przez nadgarstki, łokcie i ramiona aż do korzeni zębów;...
Czytaj więcej