Usta polskiego toru

Są utalentowani i utytułowani. Są królami polskiego toru. Przy okazji najnowszego numeru magazynu SZOSA, który poświęciliśmy właśnie „owalnej” dyscyplinie kolarstwa, na spytki wzięliśmy naszych czołowych torowców. Każdy z nich, bez wyjątku, mówi jasno: kocham tor!

O sukcesach biało-czerwonych, historii sześciodniówek oraz ogólnie o zasadach ścigania się na welodromie przeczytacie w naszym papierowym magazynie. Zanim jednak pójdziecie do kiosku, w ramach przedbiegu mamy dla Was mały prezent. Kasię Pawłowską, Eugenię Bujak, Edytę Jasińską, Wojtka Pszczolarskiego, Damiana Zielińskiego i Kamila Kuczyńskiego. Ich nie trzeba przedstawiać. Każdemu z nich zadaliśmy ten sam zestaw pytań. Pytań nie do końca mających charakter czysto sportowy. Oddajmy im głos.

Katarzyna Pawłowska
Katarzyna Pawłowska / Fot. Cor Vos

Cześć, nazywam się Kasia Pawłowska. Kocham tor, bo czuję się na nim jak ryba w wodzie. Ale szczerze powiedziawszy, kiedy zaczynałam swoją przygodę na torze, nie wiedziałam, czy jest to dobry wybór. Czy miałam i mam swojego idola? Tak, mam. Ale jest nią… Justyna Kowalczyk! Kobieta ze stali, która nigdy się nie poddaje.

Co prawda teraz ścigam się przede wszystkim na szosie, ale tor dalej mnie kręci. Kręci mnie bezpośrednia rywalizacja i walka z własnym bólem. W tej właśnie rywalizacji zostałam w Mińsku mistrzynią świata w scratchu w 2013 roku. Uważam, że jest to mój największy sukces. Całe szczęście nie mam na swoim koncie jakiejś spektakularnej porażki. Oby tak zostało… Pytasz mnie, kim chciałabym jeszcze zostać? Trochę tego jest, ale tak tylko z kolarskich rzeczy – chciałabym być po prostu spełnioną zawodniczką. Aha, i mistrzynią olimpijską!

Eugenia Bujak
Eugenia Bujak

Nazywam się Eugenia Bujak, jeżdżę na torze, który kocham, bo dał i otworzył mi nowe możliwości. Jednak na początku mojej przygody było mi bardzo ciężko. Byłam jak dziecko, które zaczyna powoli raczkować. Pokonanie strachu na torze – to jest mój największy osobisty sukces, chociaż ważne jest też mistrzostwo Europy w punktowym.

Dziś jednak odchodzę od toru, robię sobie przerwę. Porażką jest dla mnie fakt, że nie potrafiłam na nim pozostać. Nie miałam dobrze współgrającego planu szosy z torem. Ale kiedyś chętnie wrócę na tor! Nigdy nie miałam idola w gronie kolarzy torowych, podziwiam za to Laurę Trott – wielokrotną medalistkę mistrzostw świata, dwukrotną mistrzynię olimpijską z Londynu. Chciałabym zostać mistrzynią świata.

Edyta Jasińska
Edyta Jasińska / fot. Jan Brychta

Nazywam się Jasińska, Edyta Jasińska. Tor jest nieoczywisty, brawurowy, dlatego go kocham. A sam rower torowy to po prostu kwintesencja minimalizmu. Zanim zaczęłam mój rozdział z kolarstwem torowym, moje życie zorganizowane było wokół analitycznych próbek i białego fartucha. Teraz, przed chwilą, czytałam w sieci artykuł o polskich torowcach. I ja się do nich zaliczam… Dołączenie do nich było zdumiewające i zaszczytne. Wolę tor od szosy, bo na welodromie najważniejsze starty są zimą, a lato można przeznaczyć na dalszy rozwój. Ja kocham jednak rower w każdej postaci.

Udało mi się zmienić spojrzenie na świat dzięki trudom i radościom w sporcie. Dostałam możliwość rozwoju w biało-czerwonych barwach. Stałam się pewniejsza. Rozbudziłam w sobie współodpowiedzialność. Bliscy, życie. Tak wyglądają moje największe sukcesy. Niestety, nie jestem w stanie ułożyć myśli, jeśli chodzi o porażkę, dlatego na to pytanie nie odpowiem. Nie mam jednego idola. Moim idolem jest każdy wojownik, człowiek wybijający się ponad zatwardziałe schematy, ciężko pracujący z pasją w sferze intelektu i fizyczności, idący mimo wszystko naprzód, szanujący innych, patrzący niepowierzchownie. Z tego też względu chciałabym żyć zgodnie z sobą, taki jest cel.

Kamil Kuczyński
Kamil Kuczyński

Kocham szybkość, kocham adrenalinę, kocham tor. Jestem Kamil Kuczyński. Gdy rozpoczynałem jazdę na torze, nie spodziewałem się, że właśnie zaczyna się największa przygoda mojego życia. Życia, w którym moimi największymi idolami są moi rodzice. Jeśli chodzi o sport, zawsze byłem zapatrzony w Michaela Jordana. Robię to, co kocham. Jest to moja największa wygrana. Mogę to robić przed kilkoma tysiącami kibiców. Tor jest bardziej widowiskowy niż szosa, dynamiczniejszy, jest bliższy kontakt z widownią. Ten odgłos kilku tysięcy gardeł…

Porażka? Tak, mam. Z powodu mojego błędu na igrzyskach olimpijskich w Pekinie ucierpiał Theo Bos. Razem ze mną w keirinie leżał w kraksie, musiał się wycofać z zawodów. Bardzo przeżyłem to wydarzenie, bo z mojego powodu prysły czyjeś marzenia o olimpijskim medalu. Chciałbym w przyszłości pozostać takim człowiekiem, jakim jestem teraz. A w życiu zawodowym chciałbym zostać organizatorem polskich torowych wyścigów z prawdziwego zdarzenia.

Wojciech Pszczolarski
Wojciech Pszczolarski

Marzy mi się tęczowa koszulka mistrza świata. Na razie udało mi się zostać mistrzem Europy w punktowym. Ten wynik jest moim dotychczasowym największym osiągnięciem. W ubiegłym roku poniosłem też w Paryżu największą porażkę w punktowym na światowym czempionacie. Tor daje mi poczucie, że jestem wartościowym zawodnikiem.

W kolarstwie torowym mam dwóch idoli. W punktowym patrzę na wyczyny Joana Llanerasa, natomiast ze względu na wszechstronność wzorem pozostaje sam Sir Bradley Wiggins. Czy pamiętam jakąś sytuację z początków kariery? Tak, świetnie pamiętam, jak na dochodzenie we Wrocławiu doszedł mnie Grzesiu Drejgier (śmiech). Kim jestem? Nazywam się Wojtek Pszczolarski.

Damian Zieliński
Damian Zieliński

Zaczynałem moją przygodę z torem, jeśli tak można to nazwać, w Szczecinie. Początkowo z ciekawości, za namową ojca, który był działaczem w moim pierwszym klubie Gryf Szczecin w latach 1996-2010. Tam przeszedłem „szkołę” i zacząłem bardzo szybko odnosić pierwsze sukcesy. Dlaczego tor? Szczecin od zawsze związany i kojarzony był z kolarstwem torowym, to nie tylko doświadczenie, ale już tradycja w tym mieście. Na moje szczęście bardzo szybko odnalazłem swoje miejsce w sprincie, a to nieodłącznie wiąże się z kolarstwem torowym.

Do otwarcia nowego toru w Pruszkowie miałem to szczęście, że jeździłem na najlepszym torze w Polsce. Miałem dobre warunki rozwoju, na szosie mi się za to nie wiodło. Uwielbiam tor za specyfikę tej dyscypliny, jej widowiskowość, nieprzewidywalność oraz emocje, które można przeżywać wraz z kibicami. Poza tym za szybkość (śmiech).

Największy wpływ na moją karierę miał na pewno ojciec, który również wyczynowo zajmował się sportem, kilkanaście lat trenował kajakarstwo, był z reprezentacją kraju wicemistrzem Europy. Natomiast co do wzoru do naśladowania w kolarstwie, trudno naprawdę obstawiać jednego zawodnika. Jeśli miałbym to zrobić, to na pewno jest/był nim Sir Chris Hoy, wzorowy zawodnik, dobry kolega.

Tor to tor, nie ma drugiej takiej dyscypliny, a sprint nie bez powodu nazywany jest „królową konkurencji”. Z powodów oczywistych zająłem się sprintem – zadecydowały predyspozycje, jestem krótkodystansowcem, a pierwsza poważna wygrana w mistrzostwach okręgu w sprincie w juniorach młodszych to potwierdziła. Jeśli jesteśmy przy sukcesach – jaki jest ten najważniejszy? Często zadawano mi to pytanie dwa lata temu po srebrnym medalu na mistrzostwach Europy. Naprawdę trudno powiedzieć, ponieważ każdy wyścig jest inny, zwłaszcza kiedy pierwsze sukcesy międzynarodowe zacząłem osiągać czternaście lat temu. Jeśli miałbym obstawiać, to na pewno czwarte miejsce w mistrzostwach świata w sprincie w 2004 roku. Był to zarówno sukces, jak i porażka, ponieważ zaszedłem bardzo wysoko, a jednak brązowy medal wyślizgnął mi się z rąk.

Jeśli chodzi jednak o porażkę z prawdziwego zdarzenia, to były to mistrzostwa Europy w 2010 roku, które odbyły się w Pruszkowie przed własną publicznością. Awansowałem do ścisłego finału z niemalże pewnym złotym medalem, ale po błędnej decyzji sędziów zostałem odsunięty od dalszej rywalizacji po wygranym półfinale.

Obecnie myślę o zakwalifikowaniu się na igrzyska do Rio. Marzenie Damiana Zielińskiego: olimpijski medal.

Zebrał i opracował: Wolfgang Brylla

Dodaj komentarz