Specialized. Amerykański, czyli naj

Jakieś 1,5 godziny samochodem od Nowego Jorku, resort Mountain Creek w stanie New Jersey. Raj dla MTB-owców w tutejszym bikeparku i ciekawe szosy do ostrego sponiewierania się po okolicy dla nas, golinogów.

Tekst: Mikołaj Jurkowlaniec
Zdjęcia: Specialized

W połowie czerwca właśnie w takich okolicznościach miałem okazję poznać szosowe nowości Specialized. No dobra, nowości Speca z szosową kierownicą, bo jak się później okazało kilka z nich sprawdzałem na trasach MTB. Amerykanie tak już mają – wszystko jest duże, wszystko jest na maksa. Jadąc taksówką z lotniska do hotelu żałowałem, że mimo 36 stopni Celsjusza tego dnia mam do dyspozycji tylko bluzę. Podobnie w hotelu – klima na pełen nawiew i najniższą temperaturę. Początkowo myślałem, że o zawrót głowy przyprawi mnie zimno, a nie nowości Speca 2018, które poznam nazajutrz.

Rozpakowałem torby, zostałem poinstruowany, że tym razem „no Facebook”, a tylko „enjoy the ride”. Zjedliśmy kolację, pianki z ogniska i spać. Pierwszy normalny dzień „Summer Campu”, jak wdzięcznie nazwali tę prezentację Amerykanie, to około 2 godziny prezentacji nowości i dyskusja o nich oraz to, co czytelników „Szosy” zapewne naelektryzuje najbardziej – jazda nowym „Tarmakiem”!

Tarmac

Tak naprawdę pisanie o topowych modelach to sprawa trudna, bo są one naprawdę naj i jeżdżą doskonale. Tak było i tym razem – do dyspozycji miałem S-Worksa na nowym Dura-Ace Di2, karbonowe stożki Roval obute w opony Speca z bawełnianym oplotem. Tak się składa, że mój prywatny rower to też Tarmac, jednakże poprzedniej generacji, mam więc dobre porównanie. Więcej o nowych rowerach przeczytacie w piątym wydaniu „Szosy”, ale powiem w skrócie to, co jest chyba najważniejsze.

Rower prowadzi się tak pewnie i precyzyjnie, jak poprzednie generacje, zmieniono go bardzo mocno, właściwie to zupełnie inna rama – jest szybszy, sztywniejszy i bardziej aerodynamiczny. I wreszcie to, co wielu dotąd odstraszało – ta generacja jest bardzo lekka. Dawniej zawodowcy startujący na S-Worksach dosiadali kompletnych maszyn ważących po 7-7,2 kg, teraz w najlżejszej fabrycznej konfiguracji można wyjechać na rowerze o masie 6,2 kg (bez pedałów). Nic dziwnego, sama rama to jedynie 733g w rozmiarze 56 cm. To jest postęp! Nie zdradzam jednak nic więcej, ponieważ o detalach i szczegółach opowiem wam na łamach wrześniowo-październikowego wydania.

Diverge

Kolejny dzień, kolejny rower… Tak jak w Europie wyścigowe szosówki zdają się być ciągle numerem 1 dla pasjonatów kolarstwa, tak za oceanem kolarze-amatorzy najbardziej ekscytują się gravelami. Nawet cały personel Speca zdawał się uśmiechać bardziej mówiąc o Diverge’u, niż Tarmacu. Jak było naprawdę, ciężko stwierdzić, jednak to, co zrobili z nami i tymi rowerami przerosło moje oczekiwania.
Sam zapuszczałem się nieraz przełajówkami czy gravelami w typowe single MTB, jednak nigdy nie zostałem zabrany na tego typu traile podczas prezentacji przeznaczonej dla mediów szosowych. Zaatakowaliśmy górną stację wyciągu narciarskiego stojącego pod naszym hotelem, a następnie – wprawdzie te łatwiejsze, ale wciąż wymagające – single w bike parku. Trochę poskakaliśmy, trochę się powygłupialiśmy, by wjechać w teren, który zmienił moje patrzenie na ten rower.

Pamiętajcie – to niby wciąż szosówka, choć w mojej opinii jednak terenówka! Tak czy inaczej, władowaliśmy się na dość kamienisty stok narciarski, którym po solidnych kamorach zjeżdżaliśmy dobre kilka kilometrów. Nie obyło się bez problemów – jeden z dziennikarzy utknął między kamieniami, zaliczając następnie OTB i szlifując się solidnie, a raz stawaliśmy na kapcia. Uważam, że to i tak rewelacja! Opony Trigger o szerokości 38 mm kojarzyłem raczej z solidną oponą na szutry, tymczasem zamontowane na karbonowych stożkowych kołach prowadziły mnie po terenie, na który normalnie bez wahania brałbym rower MTB. W sumie było parę momentów, że po prostu puszczałem się przez kamienie myśląc tylko „kiedy złapię kapcia”?

O tym rowerze też dowiecie się więcej z „Szosy”, ale jedno jest pewne, to super szybka maszyna na offroad, wciąż sporo szybsza od górala na szosie, ale jednak nowemu Divergowi znacznie bliżej do roweru na offroad niż road. Myślę jednak, że zdolności terenowe tego sprzętu maleją nieco wraz z tańszymi wersjami, bo i same wyposażenie staje się bardziej szosowe. Jeszcze dobrze nie zapoznałem się z pełną gamą Divergów, ale najtańsze nie mają nawet opon z bieżnikiem, więc już samo ogumienie definiuje ich przeznaczenie na bardziej szutrowe i asfaltowe niż kamienisto-korzenne.

Jeździłem jednak S-Worksem i na jego temat mogę powiedzieć sporo. Generalnie ta generacja w mojej opinii ma mało wspólnego z poprzednią, jest to typowy sprzęt na mocną jazdę w terenie z domieszką lekkiej ekstremy, jeśli zechcemy, plus oczywiście dość sprawnym toczeniem się po asfaltach. Obniżony środek ciężkości daje się bardzo odczuć podczas jazdy – jest stabilnie i pewnie. Do tego absorbująca drgania sprężyna Future Shock, czyli ukryte w główce i rurze sterowej 2 cm „skoku”, które mając jednak bardziej progresywną sprężynę niż w szosowym Roubaix znakomicie sprawdzało się w terenie. Świetna zabawka, zważywszy, że w wersji S-Works, którą dosiadałem sparowano napęd XTR Di2 z szosowymi klamokmanetkami i – oczywista sprawa – hydraulicznymi tarczówkami. Do tego regulowana sztyca, ale to już chyba lekka przesada, choć nie powiem – na singlach ją opuszczałem.

Crux

Tego samego dnia wieczorem rozpocząłem już relaks przy piwku, gdy okazało się, że jest jeszcze wyścig przełajowy. Przecież nie ma lepszego sposobu na sprawdzenie nowego Cruxa niż ostra jazda po cyklokrosowej pętli. W sumie nawet nie był to wyścig, a raczej czasówka na jednym okrążeniu, krętym, trawiastym, z jednym większym podjazdem i sporą ilością nawrotów. Byłem już po cywilnemu, ale miałem ze sobą buty szosowe, gdyż właśnie wracałem z ciekawej rozmowy nt. fittingu z ludźmi z Retula, którzy od kilku lat bardzo ściśle współpracują ze Specializedem. Wiele się nie zastanawiałem, pożyczyłem kask i pedały i ruszyłem do walki. Liderem był nie byle kto, bo Ned Overend, mistrz świata XC z 1990 roku.

Wow, wtedy się urodziłem! Pisząc ten tekst uświadomiłem sobie właśnie, w jak dobrej formie jest ten nie najmłodszy już gość! Jakimś cudem wykręciłem czas lepszy o 0,2 sekundy i czekałem cierpliwie na rozwój wydarzeń. Zostałem jednak obalony w sposób spektakularny, jeden z pracowników Speca jest czynnym zawodnikiem CX i pokazał nam wszystkim jak się skręca, a raczej do czego zdolny jest nowy Crux. A sam Crux przeszedł małe zmiany – głównie w obszarze skrajnych rozmiarów, tych najmniejszych i największych. Do tego znacząco go odchudzono. Mnie się bardzo spodobał. Można też było łatwo wyczuć różnicę między Divergem, który jest rasowym gravelem, a Cruxem, którego stworzono do godzinnego naparzania w trupa.

Tri-state Ride

Trzeciego dnia mieliśmy wolne, tzn. do-wolne. Każdy mógł wziąć ten rower, który chce i pojechać tam gdzie chce. Ruszyłem na jazdę z dużą grupą, w trakcie 130 km udało nam się zahaczyć o 3 stany i lepiej poznać nowego Tarmaca. Teren, po którym jeździliśmy był ogromnie zróżnicowany i bardzo ciekawy. Cały czas góra-dół, nieraz solidne sztajfy po 15%, innym razem zjazdy na wprost po stromych zboczach, bez serpentyn, bo i po co? 5-litrowe silniki amerykańskich SUVów i Pick-Upów i tak wjeżdżają tam bez zająknięcia. Dołożyłem więc trochę kilometrów do moich pierwszych wrażeń z nowej flagowej maszyny Speca i utwierdziłem się tylko w tym, że poza bezkompromisowymi ściganckimi cechami jest to bardzo komfortowy rower.

Na dodatek faktyczna szerokość założonych tam opon wynosiła 29 mm, do takich rozmiarów urosło katalogowe 26 mm przy założeniu ich na monstrualnie szerokie obręcze Roval CLX 50 (20,7 mm szerokości wewnętrznej). Do ścigania wybrałbym sobie wersję 24C, ale biorąc pod uwagę, że tego dnia trafiliśmy też na szutry, byłem z tej konfiguracji zadowolony.