Przez Belgię trasą wytyczoną przez fietspunten

Po kilkugodzinnej sesji zdjęciowej w Sven Nys Cycling Center uzupełnialiśmy kalorie w wegańskiej restauracji, do której zaprosił nas Kristof Ramon. Świetne miejsce bez typowego u nas hipsterskiego zadęcia.

Tekst: Wojtek Sienkiewicz
© Wojtek Sienkiewicz

Rozmawialiśmy o pierdołach. Na przykład o tym, że André Greipel jest w porządku albo w Polsce kawa sygnowana „made by Onan” niekoniecznie mogła by się dobrze sprzedawać, pomimo że jest wyśmienita. Zapytaliśmy Kristofa, gdzie tu można pojeździć, kiedy nie chce się jeździć po błocie.

– Fietspunten – odrzekł, jakby to było coś absolutnie oczywistego.
– Fiets…what?
– Fietspunuten. Nie macie tego w Polsce?

Nawet jeśli mamy, to nie wiemy, o co chodzi. Kristof aż się zapalił – wyjął telefon, tablet, co tylko miał elektronicznego z ekranem i zaczął pokazywać na mapie i aplikacji jeden z najlepszych wynalazków, jaki widziałem w tym roku.

Otóż w Belgii i Holandii wytyczono tysiące „punktów rowerowych” („fiets” to po flamandzku rower), które połączono ze sobą w taki sposób, aby bezpiecznie poruszać się rowerami miedzy nimi. Trzeba mieć na uwadze, że tam przy każdej drodze jest ścieżka dla rowerów, ale twórcom tego systemu chodziło o to, żeby jeszcze bardziej odseparować rowerzystów od samochodów. Sam system można obsługiwać albo poprzez aplikacje mobilne, albo – co chcieliśmy sprawdzić my – przez karteczkę i notowane numery.

Następnego dnia zaparkowaliśmy znowu pod Sven Nys Cycling Center, podeszliśmy do planszy z mapą i zaczęliśmy notować kolejne numery punktów. Spod znaku można było dojechać do punktu 11 w jedną stronę, a w drugą – do punktu 61. Mikołajowi marzyły się belgijskie „bergi”, więc mamy dwa priorytety: pierwszy to miejscowość ze słowem „berg” w nazwie, a drugi to to, że musimy zdążyć w trzy godziny, bo potem mamy objazd trasy przed zawodami w Zonhoven – Mikołaj i Borys mają jeździć, a ja mam robić zdjęcia.

System działa. Kiedy osiąga się z jeden z punktów, to trzeba kierować się strzałkami na następny zanotowany. Jedziemy w poczuciu absolutnej pewności przed siebie, ciesząc się belgijskimi przedmieściami. Tak, bo w Belgii praktycznie nie ma wolnej przestrzeni. Może raz przejechaliśmy dwa kilometry bez zabudowań, a jeśli takie miejsca się gdzieś znajdą, to momentalnie pełno na nich charakterystycznych belgijskich krów lub dzikich gęsi. Same szlaki natomiast nie gwarantują najszybszego dotarcia do celu, ale nie taki był zamiar. Celem było maksymalne bezpieczeństwo rowerzystów. Co ciekawe, po drodze spotkaliśmy wielu kolarzy na treningu korzystających z tych ścieżek, choć czasem były poprowadzone leśnymi szutrami, ale podejrzewam, że dla Belgów to żaden problem. Poza tym szlaki o nieidealnej nawierzchni są bardzo dokładnie oznaczone i można je ominąć. Widoczność znaków jest doskonała, choć są to niewielkie, białe tabliczki wielkości opakowania płyty kompaktowej. Dzięki temu mogliśmy spokojnie podziwiać luksusowe życie belgijskiej klasy średniej.

Kawa też się znalazła akurat w momencie, kiedy o tym pomyśleliśmy. Restauracja z ogromnym ogrodem i polem golfowym, wielką przeszkloną werandą i stojakiem na kilkadziesiąt rowerów. Nasze dwa przełaje długo nie postały same, bo nim dopiliśmy świetną kawę, przyjechała spora grupa cyklistów, chyba urzędników Komisji Europejskiej (nie to, że taki jestem domyślny, tylko kilka osób miało to napisane na trykotach).

Akurat zaczęło wychodzić słońce, akurat mieliśmy komfort, że mamy jeszcze w miarę zapas czasu, ja czułem się oprowadzany za rękę, a pomimo dziesiątek mijanych miejscowości praktycznie nie zapamiętałem żadnej nazwy. To u mnie dość osobliwe, bo mam na tym punkcie lekkie skrzywienie – muszę wiedzieć i już. A tu – nic mi to nie dało. Mogłem najnormalniej cieszyć się samą jazdą. Ubłocony, na wąskich asfaltach, w otoczeniu strasznie ciekawej przestrzeni i czasem minięty przez jakieś bulgoczące włoskie super auto. Albo „niesłyszalną” Teslę.

Więc jeśli kiedyś zdarzy ci się, że będziesz w Belgii (bo na przykład po przeczytaniu listopadowo-grudniowego numeru SZOSY poświęconego między innymi przełajom, wpadniesz w szał i pojedziesz na jakiś cyklokrosowy wyścig), to nie musisz się martwić o nawigację. Wszystko jest na miejscu i działa bez elektroniki. Za to przyda się karteczka, ołówek i trochę gotówki, bo w Belgii bankomaty są bardzo mało popularne, podobnie jak internet z powietrza i płatności kartami.