Po Tour de Pologne Women

Pierwszą edycję kobiecego Tour de Pologne zdominowała Jolanda Neff, która od pojawienia się na liście startowej była jedną z faworytek tego wyścigu. Szwajcarka na podhalańskich szosach sprawdzała formę przed Igrzyskami Olimpijskimi w Rio de Janeiro.

DSC_1610

 

I potwierdziła swoją bardzo wysoką dyspozycję. Po raz kolejny okazało się także, że kolarstwo szosowe, choć jest sportem indywidualnym, bywa też dyscypliną jak najbardziej zespołową. Szwajcarski team skutecznie pracował na swoją liderkę. Choć można zaryzykować tezę, że Jolanda również bez tej pomocy zawzięcie walczyłaby o wysoką pozycję.

– Nie znałam wcześniej trasy i nie miałam szczegółowej strategii na ten wyścig, po prostu reagowałam na wydarzenia. Profile mnie nie przerażały, lubię ścigać się w górach

– powiedziała najmłodsza zdobywczyni Pucharu świata MTB XCO, która przesiadła się na szosę być może na dobre.

Na wsparcie swojego zespołu liczyć mogła także Paulina Brzeźna-Bentkowska, która nie kryła, że zamierza wygrać tę jedyną w Polsce etapówkę dla kobiet. Szczególnie że jest znakomitą góralką. Fatalne warunki pogodowe podczas pierwszego etapu – rzęsisty deszcz i obniżająca się z każdą godziną temperatura, w których Jolanda z kolei czuje się znakomicie – „odcięły” jednak Paulę na drugim, ostatnim okrążeniu.

– Odczyt z Garmina wskazywał, że pierwszą rundę w zasadzie przejechałam w tlenie. Na drugiej już przed premią na Zębie zaczęły się problemy

– powiedziała liderka MAT Atom Sobótka, w „generalce” czwarta i jednocześnie zwyciężczyni klasyfikacji „najlepsza Polka”.

Górskie wyścigi wygrywa się na podjazdach, ale przegrywa na zjazdach. A Paulina, o czym otwarcie mówi, zjeżdżając, nie czuje się tak pewnie jak Jolanda. Żeby zobrazować umiejętności Szwajcarki: podczas samotnej ucieczki poślizgnęła się na mokrej nawierzchni przy prędkości niemal 90 km/h, wcześniej wyprzedzając trzech marshalli na motocyklach. Poobijana, ze szlifami wsiadła jednak na zapasowy rower i odrobiła spowodowaną upadkiem stratę, samotnie wjeżdżając na metę w Zakopanem.

Koncert Polek

W stolicy Tatr, po pierwszym etapie tytuł najlepszej Polki wywalczyła Ewelina Szybiak, która od startu podkręcała tempo i usiłowała zainicjować ucieczkę. Dwa lata ścigania we włoskim teamie wystarczyły „Atomówce”, na TdP reprezentującej Polskę, by wiedzieć, że po górach, oprócz Jolandy i Pauli, świetnie jeżdżą także teamowe koleżanki Eugenii Bujak, Polona Batagelj i Flávia Oliveira (gościnnie w barwach BTC City Ljubljana). Brazylijka rok temu zdominowała klasyfikację górską Giro Rosa, a w tym sezonie – rozegranej krótko przed TdP czeskiej etapówki Tour de Feminin. W klasyfikacji generalnej TdP zamierzały namieszać również Ukrainki z Tetjaną Rjabczenko, która ostatecznie wygrała klasyfikację górską oraz Jewgienią Wysocką. W górach znakomicie radzą sobie także Rasa Leleivytė z Aromaitalia Vaiano Fondriest oraz Soraya Paladin z Top Girls Fassa Bartolo. Wszystkie te nazwiska tasowały się na czołowych pozycjach klasyfikacji poszczególnych etapów i ostatecznie – generalki.

Choć na starcie TdP Women zabrakło, zapowiadających przecież swój udział, Eugenii Bujak i Katarzyny Niewiadomej, a także Katarzyny Pawłowskiej i Anny Plichty, również Polki pojechały ten wyścig koncertowo. Widoczna była nie tylko Paulina ze swoimi zawodniczkami, ale także reprezentacja Polski z Eweliną, Martyną Klekot, Moniką Żur i juniorką Aurelą Nerlo. Również Alicja Ratajczak z UKS Mróz Colnago Jedynka Kórnik potwierdziła, że w Świdnicy na podium mistrzostw Polski nie stanęła przypadkiem.

Kontrola ponad wszystko?

Świetnie przygotowana Ewelina Szybiak zakończyła – rozczarowana – Tour de Pologne Féminin na 14. pozycji, ale nie na skutek kraksy czy defektu. Nie miała szans odpocząć i zjeść porządnego posiłku między indywidualną jazdą na czas (kiedy odrobiła stratę do liderki i wskoczyła w generalce z piątego na czwarte miejsce) a popołudniowym etapem. Przetrzymała ją… chaperone z kontroli antydopingowej. Ewelina wlała w siebie litry wody, żeby oddać próbkę. Rozgrzewkę przeprowadziła na rolce, wszystko pod okiem stojącej nad nią przez kilka godzin kontrolerki. Ten ostatni, decydujący etap nie mógł więc pójść dobrze.

– Każdy podjazd stawał się dla mnie koszmarem. Strasznie cierpiałam, nie mogłam jechać, łapały mnie straszne skurcze w uda, łydki i dłonie… Tak mocne, że aż prostowało mi nogi i palce u dłoni, niesamowity ból. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Po raz pierwszy w życiu tak źle się czułam podczas wyścigu

– napisała na swoim facebookowym profilu.

Taka rola kontroli, jest częścią życia kolarzy zawodowych, ale rodzi się pytanie, co w sytuacji, w której postępowanie kontrolujących realnie wpływa na wyniki rywalizacji? I w zasadzie już na starcie skazuje zawodnika na porażkę?

Blondyny „idą w trupa”

Kobiecy Tour de Pologne organizowany po raz pierwszy przez Lang Team (wcześniej przez Tadeusza Mytnika) i dla zawodniczek, i dla kibiców był spektakularnym wydarzeniem. Przede wszystkim za sprawą kolarek, ich zaciętej rywalizacji na trasie i dostępności przed i po wyścigu dla kibiców oraz mediów. Kibice kręcili się swobodnie wśród teamowych busów, rozmawiając z zawodniczkami, robiąc im lub z nimi zdjęcia. Radio wyścigu w zasadzie co chwila miało okazję nadawania komunikatów z trasy. Dziewczyny na tych etapach od początku „szły w trupa”, nie kalkulując, nie realizując żadnej strategii, nie oszczędzając się. Właśnie z powodu tych zwrotów akcji i spektakularnych pojedynków jeden z komentatorów określił kobiece kolarstwo jako „romantyczne”. Tego wszystkiego nie zabrakło ani w Zakopanem, ani w Bukowinie Tatrzańskiej.

Zawodniczki zbudowały ten wyścig i jeśli organizatorzy Tour de Pologne Women będą o tym pamiętać, etapówka ma szansę w krótkim czasie wyjść z nękających ją chorób wieku niemowlęcego. Dwa dni ścigania i trzy etapy muszą pozostawić niedosyt, ale na przyszły rok zaplanowano ich aż pięć. Etapy, zgodnie z sugestią Pauliny Brzeźnej-Bentkowskiej, powinny zaczynać się wcześniej. Jest wtedy szansa pościgać się, w razie załamania pogody, w wyższych temperaturach. Jest też czas na regenerację.

Jeszcze jedna uwaga. Szkoda, że podczas prezentacji ekip, rywalizacji i dekoracji widziano w tych dziewczynach przede wszystkim „blondynki/brunetki, wysokie/niskie, roześmiane, młodziutkie kolarki”. Szkoda, że o utytułowanych zawodniczkach można było powiedzieć tylko tyle, a podsuwając mikrofon oczekiwało się odpowiedzi na pytania: „czy podoba ci się w Polsce?” lub „czy cieszysz się, że odbywa się Tour de Pologne kobiet?”. Te zawodniczki znalazły się tam nie z powodu swojego wyglądu, ale listy – nierzadko bardzo długiej – osiągnięć sportowych.

Czekamy na transmisję

Mimo tych uwag Tour de Pologne Women był ekscytującym i pod wieloma względami wyjątkowym wydarzeniem. Po tej pierwszej, trudno sobie wyobrazić, że mogłyby się nie odbyć kolejne edycje. Ale jeśli TdP ma się rozwijać, nie może na nim zabraknąć, notabene obiecywanej od pierwszych informacji o wyścigu, transmisji telewizyjnej. Skoro mówimy o zrównaniu ścigających się kobiet i mężczyzn – miło, że nie oszczędzano na nagrodach – telewizji i nagłośnienia tej imprezy zwyczajnie nie może zabraknąć.

Inaczej szeroka publiczność, szczególnie ta, zainteresowana kolarstwem, nie dowie się, że zadbano o atrakcyjne nagrody. Nie zobaczy emocji i wysiłku, który zawodniczki wkładają w ściganie. Ani zwyciężczyń dekorowanych przez podium-boys. Nie przekona się, że kobiece kolarstwo jest równie ciekawe jak rywalizacja mężczyzn.

Tekst i zdjęcia: Małgorzata greten Pawlaczek