Kurtka X-BIONIC BIKE STREAMLITE

Kurtki, zarówno te przeciwwiatrowe, jaki i przeciwdeszczowe, to dość specyficzne produkty. Z jednej strony muszą spełniać swoją niełatwą funkcję, z drugiej – być małe i lekkie. Zwykle przecież ponad połowę jazd spędzają wciśnięte w kieszonkę koszulki.

Przynajmniej te, które jeżdżą ze mną. Podobnie jak kamizelka, niemal zawsze – na ogół na zmianę z kamizelką właśnie – mi towarzyszą. Nie tylko dlatego, że z reguły ruszam na rower wcześnie rano i temperatura między startem treningu a jego „metą” różni się nawet o kilkanaście stopni. Również z tego powodu, że niemal nic nieważący kawałek materiału może uchronić przed bezsensownym przemarzaniem w razie nagłych zmian pogody.

Niemal nic nieważąca (128 g) kurtka X-Bionic Bike Streamlite to produkt ściśle ukierunkowany – ma za zadanie chronić przede wszystkim przed wiatrem. Owszem, sprawdzałem ją i w deszczu, ale zapewnia komfort tylko w razie niewielkiego opadu. Gdy woda leje się jak spod prysznica, przydaje się coś zdecydowanie bardziej przeciwdeszczowego.

Zastosowanie kurtki X-Bionica warunkuje przede wszystkim budowa. Całą przednią część tworzy membrana, która skutecznie izoluje od wiatru i całkiem znośnie od deszczu o niewielkim natężeniu. Tył Streamlite’a oraz obszar pod pachami uszyto natomiast z oddychającego i przewiewnego materiału. Dodatkowo wszyto także wspomagające absorpcję ciepła wstawki. Ta kurtka świetnie „oddycha”. Zrobić ciuch, który chroni przed wiatrem nie jest sztuką, ale żeby jednocześnie się w nim nie pocić… to już nie jest takie proste. Dlatego zazwyczaj preferuję jazdę w zestawie rękawki+kamizelka. Ale porzuciłem je na rzecz kurtki X-Bionica, którą bardzo polubiłem.

Zaprzyjaźniłem się z nią szczególnie podczas majówki spędzonej w wysokich górach. Streamlite świetnie wentyluje, a jednocześnie idealnie chroni przed wiatrem i lekkimi opadami. Dodatkowo bardzo łatwo zapina się w niej zamek, a jak wiadomo, nie jest to łatwe, gdy na szczycie podjazdu jest się, więcej niż dobrze, „zgrillowanym” przez kolegów. Połączenie suwakiem obu części kurtki nie sprawiało mi większych problemów. Podoba mi się także jej obcisłość – dobrze opięte nadgarstki i szczelnie trzymający się szyi kołnierz zapobiegają dostawaniu się pod materiał powietrza i wody. Dolny ściągacz jest bardzo elastyczny, mocny, a zarazem nie uciska.

Na koniec rzecz nie mniej ważna – aerodynamika. Ile to razy jechałem w „ortalionie”, który był niczym żagiel. Trzepoczące rękawy i tors przy 40 km/h to zapewne kilkadziesiąt watów „w plecy”. Boli? Mnie bardzo, bo lubię gdy to, co wkładam w korby przekłada się na prędkość. Dlatego w X-Bionicu ujęło mnie, że materiał nie powiewa, a w rozmiarze L jedyny, lekki luz mam tylko na rękawach, ale jest on naprawdę niewielki. Aha, jest jeszcze jedna interesująca rzecz. Z tyłu wszyto zamek, który po otwarciu pozwala na dostęp do kieszonek koszulki. Nie korzystałem z niego, choć to rozwiązanie jest genialne w swojej prostocie. Ale oddychający tylny panel jest bardzo elastyczny i łatwiej oraz szybciej było mi po prostu podciągnąć kurtkę do góry.

Główne zalety tej kurtki to dobry, bo opinający, typowo sportowy krój, oddychalność na ponadprzeciętnym poziomie i minimalistyczna konstrukcja. Wady tak naprawdę trudno wskazać. Oczywiście szkoda, że nie chroni także przed obfitym deszczem, ale wtedy na pewno byłaby cięższa i zdecydowanie mniej przewiewna.

Zwyczajowo nie sprawdzam cen przed testem, więc do momentu, gdy zacząłem pisać ten tekst nie wiedziałem, że kurtka kosztuje 800 zł. Przyznam, że zaskoczyło mnie, iż nie więcej. Ceny tego typu produktów są bardzo wysokie, spodziewałem się więc kwoty o czterech cyfrach. Choć 800 zł to wciąż bardzo dużo, zważywszy funkcjonalność tej kurtki i fakt, że taki produkt kupuje się na dłużej niż spodenki czy skarpetki, to jest to, w mojej ocenie, wydatek wart rozważenia.

Cena: 800 zł
www.sportofino.com

Testował: Mikołaj
Zdjęcia: Ewa Jezierska, Hania Tomasiewicz