Jakoś tak samo z tym „ultra” wyszło

Lucyna Kunc najpierw była wolontariuszką, związaną z Fundacją Randonneurs Polska, później aktywną uczestniczką brevetów i długodystansowych imprez kolarskich. Od dwóch lat zdobywa szosy Wielkiej Brytanii, gdzie obecnie mieszka. Uważa Wyspy za swoje eldorado z powodu setek imprez audaxowych (randonneurskich), uprzejmych kierowców i pięknych krajobrazów.

100_1207

Dobrze czuje się na rowerze, przekonała się, że bariery nie istnieją, jeśli już, to te w głowie. Co dobitnie pokazało jej ukończenie Paryż-Brest-Paryż. Uważa to za swoje największe osiągnięcie. Jej kolarskie marzenie to wydłużać dystans i „oczywiście Transcontinental Race mi się śni” – mówi.

Od jak dawna związana jesteś z długodystansową jazdą na rowerze, zarówno jako współorganizator wydarzeń dla ultrakolarzy, jak i zawodniczka?
Moja przygoda zaczęła się na początku 2010 roku za sprawą mojego narzeczonego, Grzegorza Rogóża i jego przyjaciela Irka Kozioła. Irek postanowił przeszczepić na grunt polski ideę długodystansowego jeżdżenia w stylu „randonneur”. Sam, mieszkając w Stanach, jeździł już w tego typu imprezach i zamierzał wystartować w Paryż-Brest-Paryż. Zostałam zaproszona na spotkanie założycielskie Fundacji Randonneurs Polska i im dłużej słuchałam, tym bardziej mi się ta idea podobała. Jestem ekstremalnie ekstrawertyczna, lubię, kiedy coś się dzieje, realizowane są naprawdę fajne projekty, dookoła jest mnóstwo ludzi, więc dla mnie całe to zamieszanie to była woda na młyn. Poza tym to było oczywiste, że wezmę w tym udział, skoro mój Grześ brał. No, bo gdzie on, tam i ja! Teraz jesteśmy już dwa byty bardzo niezależne, ale wtedy byliśmy niemal nierozłączni.

Rzuciliście się od razu na głęboką wodę, organizacja takich wydarzeń wymaga sporego zaangażowania.
No i taki właśnie był początek. Organizacja czterech brevetów (czyli przejazdów w stylu randonneur) na dystansach 200-600 km w pierwszym sezonie było naszym poligonem doświadczalnym. Uczyliśmy się wszystkiego od podstaw. Irek znał ten klimat od strony uczestnika, dla mnie i Grzegorza to była całkowita nowość.

Później był kolejny sezon…
…i kwalifikacje do Paryż-Brest-Paryż 2011. Rozpoczęliśmy również współpracę z Robertem Janikiem, co oznaczało, że byłam dumną wolontariuszką na dwóch edycjach Bałtyk-Bieszczady Tour. W 2013 pracowałam, jako wolontariuszka, przy rejestracji oraz na jednym z punktów kontrolnych Londyn-Edynburg-Londyn. Kosmos, kurna! I parę tysięcy kosmitów. Choćbym chciała, to nie potrafiłam sobie wówczas wyobrazić siebie po tej drugiej stronie. Pamiętam naszych chłopaków, jak się kładą w tych mokrych od deszczu i potu ciuchach, gdzieś w korytarzu, na podłodze, żeby złapać dwie godziny snu. Budziłam ich potem i pamiętam tę ich walkę ze zmęczeniem, żeby się dobudzić, wstać, jechać dalej. Dwa lata później przekonałam się, że to możliwe, że też mogę, ale nie pytaj mnie jak to się robi. Się dzieje. Teraz znów nie wiem jak to możliwe, ale będę sobie to udowadniać za jakiś czas.

To jak to w końcu było z twoim jeżdżeniem? Kiedy się zaczęło, pamiętasz jeszcze, co było impulsem i kiedy nastąpił ten moment?
To może trochę nietypowe, ale… ach, opowiem ci. Kiedy tak wypuszczałam tych zawodników na brevetach to najbardziej lubiłam moment, w którym wsiadali na rowery i rozlegały się te cudowne kliknięcia bloków wpinanych w pedały. Do dzisiaj ciarki mnie przechodzą! No i ja też tak chciałam… klikać. Oczywiście, to strasznie może takie „osobne”, więc nie wiem, czy w ogóle będziesz chciała o tym napisać, ale chciałam się tym z tobą podzielić. Ach, no i jeszcze to klikanie jest tak szalenie seksowne w wykonaniu kolarzy… W każdym razie, niezależnie od „klikania” trudno byłoby NIE zacząć jeździć, będąc non stop w tej kolarskiej, długodystansowej atmosferze, patrząc na zmagania chłopaków, słuchając opowieści, robiąc im kanapki, gotując makaron, susząc ciuchy. Wielokrotnie słyszałam „kiedy w końcu przestaniesz smarować te bułki i pojedziesz z nami?”. A ja próbuję wszystkiego, czego mogę spróbować. Poza tym to było w gruncie rzeczy proste, w domu stał stary Cannondale Grzegorza, wystarczyło go wystawić, wyjąć jego buty i ciuchy (wszystko pasowało) i jechać. Musiałam odgrzebać stare zdjęcia, żeby ustalić daty. Patrz, to był rok 2012, pierwsze spotkanie z wpinanymi pedałami, jeździłam po parkingu, żeby nauczyć się wpinać i wypinać. Nie pytaj, ile razy leżałam… Ale zrobiłam w nich „aż” 20 km. Wtedy to było naprawdę „aż” w tych moich początkach. Ot, krótki wyjazd, raz po raz.

Pamiętasz którąś z pierwszych „wypraw”?
Na początku było właśnie tych 20 km z Białołęki na Nieporęt, gdzieś bocznymi drogami przez Izabelin. Pamiętam z niej przede wszystkim to, że strasznie cierpiałam na twardym siodełku Grzesia, zanim sprezentował mi wygodną, damską wersję Selle Italia. Pamiętam też dobrze swoich pierwszych 50 km przejechanych bez odpoczynku. W sumie wyszło nam 80 km, bo jechałam z Grzesiem. Trasa prowadziła do Nasielska. Oszukiwał mnie przez całą drogę, „jeszcze tylko 5 km”. Zresztą do tej pory to robi, wkręca mnie jak i kiedy może. A potem leżałam na asfalcie przed sklepem, nieżywa. Zdjęcie się ostało…

01_lucyna_ok

Jeździsz więc od jakichś czterech lat?
Tak, bo 2012 to był właściwie rok, w którym zaczęłam. Wcześniej, w latach 2008-2011 sporo biegałam, przygotowując się do kolejnych maratonów, to było wówczas dla mnie priorytetem. W tym wspomnianym 2012 odpuściłam trochę bieganie ze względów zdrowotnych, więc miałam więcej czasu na inne zajęcia. Jesienią pojechałam swój pierwszy i jak dotąd jedyny wyścig – bo brevety formalnie nie są wyścigami – 150 km w Iławie. Potem w październiku była przymiarka do pierwszej 200-tki, podczas której pogoda załamała się tak, że trzeba było ludzi, m.in. mnie, ściągać z trasy. Ale „dwusetkę” przejechałam w końcu w kolejnym roku, w maju. Taką własną, indywidualną. Grześ przygotował mi wówczas kartę brevetową i „heja!” z Sandomierza do Warszawy. Przez ostatnich 50 km było umieranie, co 10 km kładłam się na przystankowych ławkach na 2 minuty. Acha, to było też pierwsze doświadczenie jazdy w deszczu, które pokazało, że deszcz, jak wszystko na tym świecie, mija i że szybko można wyschnąć podczas jazdy, w każdym razie latem. To również pierwsze eksperymenty spożywcze, podczas których przekonałam się, że hot-dog z keczupem to nie jest dobry pomysł. Kolejny brevet był znowu, dla odmiany, pechowy. Nocna „trzysetka” miesiąc później. Ruszyłam żwawo ze wszystkimi, po czym na 15-tym kilometrze złapałam pierwszą gumę, na 20-tym kolejną i dalej jechałam jedynie opierając się na żarliwej modlitwie, żebym nie złapała trzeciej, bo zapasu już „niet”, a jedyny wulkanizator, jakiego znalazłam, dłubiąc zapałką w zębach powiedział, że w niedzielę nie pracuje. Przez kolejnych 100 km było OK, ale na 130-tym kilometrze pękł mi łańcuch. Była pierwsza w nocy, ja gdzieś w polu… Przespałam się chwilę w rowie, po czym zdjęłam buty i podreptałam 10 km do najbliższego PKS-u w Przasnyszu. Tak naprawdę to „oficjalnie” ukończyłam brevet na dystansie 300 km dopiero w 2014 roku. Teraz jeżdżę dużo lepiej przygotowana, z łatkami, spinką i skuwaczem.

I zdecydowanie lepiej przygotowana fizycznie, o czym opowiedziałaś w majowej SZOSIE. Masz rower przygotowany specjalnie pod długie dystanse, czy po prostu jeździsz na tym, który masz?
Nadal jeżdżę na tym Canondale’u Grzegorza. Trochę go „upgradowałam,” bo tam w osprzęcie był spory bałagan, jakiś mix Shimano i Campagnolo. Zmieniłam przełożenia: z 53-42 na kompakt 50-34 i kasetę z 28 zębów (największa koronka) na 32 zęby, co daje mi komfort na brytyjskich górkach, bo mieszkam teraz w Wielkiej Brytanii. Bez szaleństwa, Shimano Sora, ale sprawuje się nieźle. Dwa miesiące temu rozwaliłam się na bardzo stromym zjeździe we mgle i w nocy, bo hamulce zawiodły. Marzą mi się teraz tarczowe. Ale to już z nowym rowerem. Pojęcia nie mam, kiedy uda mi się kupić kolejny, ale gdybym miała teraz wybierać to byłaby to Enigma Etape, tytan na Ultegrze albo Dura-Ace, z tarczówkami właśnie.

W co doposażasz rower?
Obowiązkowo w dobre oświetlenie. Z przodu mam jakiś „chiński wynalazek”, nie powiem jak się nazywa, albo ile ma lumenów. Ale „daje nieźle”, przeżył parę imprez plus dwie wywrotki, więc jest OK. Na kask zakładam czołówkę. Z tyłu mam jedną lampę, ale chcę dokupić drugą, bo ostatnio kolarz jadący za mną po ciemku zwrócił uwagę, że nie za dobrze mnie widać, baterie były słabe. Teraz zmieniam je częściej niż powinnam. W nocy niezwykle ważna jest kamizelka odblaskowa. W UK nauczyłam się, że bezpieczeństwo przede wszystkim. Nie ma lansu, jest odpowiedzialność. Za siebie i innych. Zawsze zabieram narzędzia, nawet jeśli tylko jadę do sklepu. Dętki, łyżki do opon, spinka, skuwacz, zestaw kluczy, pompka oczywiście i „trytki”. Ale moim numerem jeden jest czarna taśma izolacyjna, której zużywam ogromne ilości. Do wszystkiego. Zabezpieczam lampy, kable, Garmina, żeby go nie zgubić (już raz lądował pośrodku ruchliwej szosy), a z czasów „przed Garminem” przytwierdzałam nią „road sheet” do kierownicy, czyli rozpiskę trasy.

Co z sobą zabierasz? Niektóre z tych przedmiotów wymieniałaś wprawdzie we wspomnianym wywiadzie dla SZOSY, ale na co jeszcze zwracasz uwagę?
Absolutnie niezbędne są podstawowe narzędzia. Reszta zależy od pory roku i dystansu. Jak wyjeżdżam na „setkę”, to tylko narzędzia, woda w bidon i kasa w razie czego. 200 km to już jest dystans, podczas którego wiele może się zdarzyć. Generalnie upycham tyle długich rękawów, ile się zmieści – zwykle jakaś jedna „pierwsza warstwa” lub dwie, plus rękawki. Obowiązkowo przeciwdeszczówka. To już niezłe zabezpieczenie przed zimnem i wilgocią. Często jest tak, że ich nie użyję, ale bywało, że o 23:00 dygocząc z zimna zakładałam wszystko, co tylko znalazłam w torbie. Zimą mam ze sobą 2-3 pary zapasowych rękawic. I suche, ciepłe skarpety. Tego też nauczyło mnie doświadczenie. Doświadczenie jazdy 200 km w styczniu w ciągłym deszczu. Z moich rękawic, reklamowanych jako waterproof wyżymałam wodę już po pierwszej godzinie. Na „czterysetce” w zeszłym roku też miałam ciągły deszcz, gnoiło całą noc, ale wtedy byłam już mądrzejsza. Na trzysetnym kilometrze, kiedy było już słabo, zmieniłam pierwszą warstwę, założyłam suche skarpety i rękawice. Natychmiast poczułam się lepiej, plus 100 do motywacji! Nie miało znaczenia, że po 10 minutach ulewy znów wszystko było totalnie przemoczone, ja byłam już z powrotem na rowerze. Zabieram jeszcze Garmina eTrex 30e plus baterie, zwykle cztery. „Chodzi” na dwa paluszki. Najlepszy z najlepszych. Zero stresu z ładowaniem. Poza tym baterie AAA do czołówki i tylnej lampy. Komórka i ładowarka. Pieniądze. Karta debetowa/kredytowa. Z rzeczy, których jeszcze nie zabierałam, ale zamierzam – buty do surfingu. Tak, tak. Wymyśliliśmy z Gregorym, że warto je nabyć na długie wypady, kiedy masz w perspektywie np. nocleg w hotelu. Zamiast śmigać na kolację do hotelowej restauracji na boska, wsuwasz takie „palczaki”. Kolejny tobołek wielkości pięści.

03_lucyna_ok

Czy ważne jest dla ciebie także przygotowanie mentalne? W jaki sposób i czy w ogóle „pracujesz z głową”?
Pewnie, że pracuję głową, ale nie wiem, czy potrafię to jakoś zebrać w konkretną metodologię. Zacznę od startu. Nie staram się go sobie wyobrazić, myśli typu „ojej, będzie jeszcze ciemno i będzie lało” wyrzucam do kosza. Na początku nie wychodziło, teraz już tak. Unikam w ten sposób niepokoju i brnięcia w kierunku paniki i myślowych śmieci typu: „Jezu, co to będzie?!”. Oczywiście, sprawdzam prognozę, mój umysł rejestruje informację: „będą 2 stopnie i deszcz”, ale dalej robię wszystko, żeby wykorzystał ją jedynie do podjęcia decyzji, co zakładam na siebie, a co do torby. To jest zresztą zasada generalna. Skupiam się na tym, co mam przed nosem, nie tworzę jakiś wydumanych wizji, szczególnie że kiedy jest słabo, to są one raczej katastroficzne. Nie mówię, że to jest proste, jest zajebiście trudne. Kurcze, ja to jestem szczęśliwa, jak mi się uda raz na dziesięć!

 

Autorem filmu jest Rowerowa Wyspa

Ale to też jest kwestia doświadczenia, trzeba poznać siebie, swój organizm, i mieć przeświadczenie, że wszystko mija i nie ma sensu przywiązywać się do chwilowych stanów. Pamiętam kiedy pierwszy raz, jadąc w nocy pod górę, rozpłakałam się, jakiś spazmów strasznych dostałam, nie mogłam kompletnie złapać tchu. Zsiadłam z roweru, myśląc, że skoro teraz jest tak źle, to co będzie potem? Teraz już wiem, że kiedy jestem bardzo zmęczona, a do tego dojdą jeszcze jakieś komplikacje (wtedy się zgubiłam) to zacznę ryczeć, jak nic. I nic na to nie poradzę. Ale wiem, że to mija błyskawicznie, tyle że nie ma co nad tym deliberować. Wystarczy odczekać parę minut, wyrównać oddech. W ogóle bardzo często wracam do oddechu, do ciała. Ciało jest blisko, jest najbliżej nas, to taki piorunochron, uziemienie. Jak zaczynam „odlatywać” chwytam się go mocno, wyrównuję oddech, skupiam po kolei na nogach, ramionach, głowie. Tak też radzę sobie z bólem, przekierowuję uwagę na coś innego.

Chociaż „odlatywanie” działa czasami na moją korzyść, szczególnie na długich podjazdach. Kiedy jadę 8 km/h i mam jeszcze niezły kawałek przed sobą to najlepiej, jeśli pozwolę ciału robić swoje, a ja w tym czasie myślę o swoich planach, o tym, co w domu, o dzieciach, o tym, co napiszę, co zrobię kiedyś tam. I wszystko gra, okazuje się najczęściej, że moje nogi nie mają nic przeciwko dalszej jeździe. Buntują się raczej wtedy, kiedy im marudzę jak mi ciężko i czy jeszcze daleko.

Polecasz samotną jazdę, czy wolisz jeździć z kimś?
Nie wiem, czy w tej kwestii są jakieś założenia teoretyczne. Na przykład, decyzja o wspólnej jeździe z koleżanką ze Stanów „położyła” całą imprezę, bo zamiast jechać swoje, próbowałam się dostosować do niej. W rezultacie czekałam na nią Bóg wie ile czasu, a ona zrezygnowała na 1000 km. O jeździe w parach, w kontekście startu w Transcontinental Race, usłyszałam też od kolegów, że to niezwykle trudne, trudniejsze niż jazda solo, chyba że jesteście jak dwie połówki jabłka i znacie się jak łyse konie. Ciekawym doświadczeniem było dla mnie jeżdżenie z narzeczonym. Lubię wyskoczyć z nim na krótko, ale wspólne 600 km pokazało pewne schematy, w jakie się wpisaliśmy, a które nie są zbyt pomocne podczas pokonywania takiego dystansu. Robię się przy nim strasznie miękka, marudzę, jestem niezdecydowana. A to zimno, a to siku, płaczę częściej niż zazwyczaj. Generalnie, staram się „wesprzeć na męskim ramieniu”. Nic to oczywiście nie daje, bo zatrzymujemy się, czas leci, on się wkurza i jest bardzo niefajnie. Mam wrażenie, że pewne schematy relacji osobistych u nas akurat przenoszą się na szosę. Bo prywatnie jest bardzo podobnie. Twardnieję, kiedy jestem sama. Jestem konkretna i zdecydowana. A jak jedziemy razem, to zaraz: „Grzesiu, a ty co myślisz, bo ja już sama nie wiem”. Często sobie żartuję na ten temat, ale być może inne dziewczyny też w tym odnajdą coś ze swoich relacji z partnerem, coś ze swoich zachowań. No, nie wiem, dlaczego tak się dzieje, bo tak w gruncie rzeczy to jest niesamowicie ciekawe, jak my, kobiety, funkcjonujemy w różnych sytuacjach, skąd czerpiemy siłę i wolę walki. Odnoszę wrażenie, że ja chyba właśnie z samotności.

Albo z konieczności radzenia sobie, gdy nie ma obok mężczyzny. Chcę cię także zapytać o jedzenie. Mam kolegę, który na długie dystanse zabiera z sobą naleśniki. Co ty jesz przed wyjazdem, a co już w trakcie jazdy? Co z sobą zabierasz, a co kupujesz po drodze i czy w ogóle przewidujesz przystanki na jedzenie? Przechodząc do sedna, bo moje pytanie zrobiło się okropnie rozwleczone – masz swoje ulubione „patenty żywnościowe”?
Przed startem tradycyjna owsianka, na słono, z mlekiem, najlepiej pełnotłustym. Lubię też wrzucić banana albo śliwki suszone. Moim hitem „w trakcie” jest ciasto bananowe. Banalnie proste, są to rozgniecione banany wymieszane z mąką razową i płatkami owsianymi. Wrzucam tam to, co mam pod ręką: suszone owoce, orzechy, pestki, a potem piekę przez godzinę. Super paliwo! Poza tym zwykłe kanapki na ciemnym (ale miękkim!) pieczywie, z czymkolwiek. Fajne są daktyle i suszone morele. Na dłuższych dystansach zatrzymuję się na ciepłe posiłki. Tak przeciętnie na dwusetnym kilometrze mój organizm domaga się porządnego obiadu. Dla mnie to jest 11-ta, 12-ta godzina jazdy, więc zrozumiałe, że czas najwyższy na jakiś konkret. Chociaż znam kolarzy, którzy potrafią jechać na samych odżywkach przez kilka, kilkanaście dni. Jak dla mnie – odpada.

04_lucyna_ok

Picie zawsze w dwóch bidonach. W domu napełniam je wodą z jakimś izotonikiem w pastylkach, zwykle też biorę kilka takich „tabletek” ze sobą. Podczas długiej jazdy zazwyczaj mam problem z żołądkiem, a konkretnie nadmiarem kwasu. Muszę uważać, co jem, chociaż i tak na ogół te dolegliwości są nie do uniknięcia. Dlatego po drodze kupuję mleko i napełniam nim jeden z bidonów. W pewnym momencie zamieniam też izotonik na wodę, bo już mi ta „chemia” zwyczajnie „nie wchodzi”. Moim problemem jest uzależnienie od cukru. Jeśli dystans nie jest bardzo długi trzymam się dzielnie, jem to, co wzięłam – zdrowo i bezcukrowo. Moje mechanizmy samokontroli słabną, niestety wprost proporcjonalnie do dystansu. Pamiętam, jak na PBP, na osiemsetnym kilometrze, kompulsywnie nakupiłam jakichś żelków i ciastek, a że nie miałam gdzie ich upchnąć, wrzuciłam to wszystko z tyłu pod kamizelkę i jechałam jak, nie przymierzając, wielbłąd jakiś. A naleśniki są dla mnie genialne na długie bieganie. Narobiłam sobie cały stos z jabłkami na bieg 12-godzinny. Mega! Na rower to nie wiem jak je zapakować, bo pewnie też bym wzięła.

Zatrzymujesz się po drodze? Masz zaplanowane przystanki?
Na imprezach to są po prostu punkty kontrolne, pomiędzy nie zatrzymuję się, chyba że na siku albo ubieranie/rozbieranie w razie potrzeby. Jeśli wychodzę na rower sama to staram się wcześniej uzgodnić sama ze sobą kiedy i na jak długo staję. Generalnie moim celem jest wydłużanie jazdy bez przystanków, ale wiadomo, że co parę godzin muszę odpocząć, niekoniecznie zaraz się rozsiadać, ale nawet parę minut, łyk kawy czy coś do zjedzenia daje kopa na dalsze kilometry.

Gdzie nocujesz i czy wcześniej umawiasz nocleg?
Jak do tej pory najwięcej doświadczenia mam z nocowaniem przy drodze, zawinięta w folię NRC. I to jest OK. Na PBP nie korzystałam w ogóle z noclegów na punktach. Ma to ogromny plus, kładziesz się kiedy jesteś śpiąca i przygotowanie zajmuje ci dwie minuty. W planie mam kupno ultra lekkiego śpiwora, bo z folią to jest tak, że nie zwiniesz jej tak porządnie z powrotem, poza tym rwie się strasznie. Są też wersje „heavy duty”, ale są drogie i to robi się mało opłacalne. Więc zainwestuję w śpiwór. Opcji jest wiele, ale to chyba nie na tę rozmowę, pewnie można by napisać o tym całkiem osobny artykuł. To jest moje doświadczenie, każdy jednak ma inaczej. Ogromna liczba „ultrasów” jedzie mocno 300-350 km, a potem śpi jak człowiek – w hotelu albo na punkcie kontrolnym. To jest oczywiście jedna z tych rzeczy, którą, obok jedzenia, pakowania się, trzeba wypracować samemu. Ja jestem wciąż w fazie eksperymentów.

Może hotele to jednak dobra opcja?
Dobra, w UK popularne są Travelodge, tanie i „bike friendly”. Zawsze wysyłam maila, że podróżuję rowerem i proszę o info, czy mają jakieś bezpieczne miejsce na jego przechowanie. To, co chcę wypróbować to warmshowers.org, taki coachsurfing dla kolarzy. Wygląda to naprawdę dobrze, jeszcze nie próbowałam, ale oczywiście zdam relację, jak tylko zacznę.

Banalne pytanie, ale musi paść na koniec naszej rozmowy. Wspominałaś w SZOSIE, że kręci cię wolność i możliwości, które daje rower. Co jeszcze lubisz w długodystansowej jeździe rowerem?
Wszystko to, co zdarza się po… Najbardziej sen. Jeden z najzabawniejszych i chyba najmilszych momentów, jaki pamiętam po Paryż-Brest-Paryż, to ten, kiedy Grześ zawoził mnie do hotelu. Zasnęłam po dwóch minutach, a po trzech obudziło mnie moje własne, głośne chrapanie.

Wiem, że stawiasz sobie kolejne długodystansowe wyzwania.
Optymistycznie bardzo założyłam, że w 2018 spokojnie dam radę zmierzyć się z tym wyśnionym Transcontinental Race, ale to raczej za wcześnie dla mnie. Na razie skupiam się na roku 2017, jestem już na liście startowej Londyn-Edynburg-Londyn. Ponieważ PBP ukończyłam poza limitem czasu, to LEL musi być w limicie! Pierwszą połowę tego roku miałam bardzo słabą, musiałam odpuścić tegoroczne długie imprezy, niestety. Takie dwa porządne kroki w tył, więc teraz mobilizuję się, żeby wrócić do formy i być gotowa na przyszły lipiec. A moim największym marzeniem jest moja własna, duża impreza długodystansowa, 1000+, może nawet 1500+. Ja w środku nadal jestem i chyba zawsze zostanę tą panią od kanapek. I bardzo dobrze, cieszy mnie to. To były moje najszczęśliwsze lata i mam nadzieję, że te radości znów staną się moim udziałem.

Rozmawiała: Małgorzata greten Pawlaczek
Fot. Archiwum Lucyny Kunc
Film: Rowerowa Wyspa