Fiordy w tęczy

Ten widok zapiera dech w piersiach. Przepiękny port i jeszcze piękniejsza dzielnica Bryggen, która zachwyca wszystkich. I tych, będących na bakier z architekturą, jak i tych, którzy są w niej zakochani. Im bardziej wnika się w miejską tkankę, tym mocniej zaczyna się darzyć tę wyjątkową osadę miłością. Jesteśmy w Bergen. Klimatycznym mieście nazywanym też „bramą do fiordów”. W najbliższym tygodniu dla niektórych będzie bramą do tęczowej koszulki.

Tekst: Wolfgang Brylla
Zdjęcia: Kristof Ramon, BORA-hansgrohe / Stiehl Photography

Na zachodzie Norwegii – w prawdopodobnie najdroższym kraju Starego Kontynentu, gdzie tabliczka czekolady kosztuje tyle, co dwa dwudaniowe obiady nad Wisłą – odbędą się tegoroczne szosowe mistrzostwa świata. Potomkowie Wikingów bardzo poważnie podeszli do organizacji czempionatu. Na tyle, że przeliczyli się z kosztami samej organizacji. Zamiast zakładanych dwóch milionów euro, całkowity budżet wyniósł 7,5 „bańki”. Co jak co, ale wydawało się, że Norwegowie, jak na Skandynawów przystało, liczyć umieją…

Rada miasta przyklepała wniosek o dotację, ponieważ ma nadzieję na częściowy zwrot zainwestowanej sumy. Choć Bergen leży prawie 500 kilometrów od stolicy w Oslo, a za tygodniowy pobyt trzeba zapłacić przynajmniej cztery tysiące złotych, włodarze wierzą, że przyjedzie około pół miliona kibiców. A ci, jak wiadomo, będą musieli wydać dodatkowo dużo kasy.

Kwestie finansowe w tym roku zdają się być wiodącymi w dyskusji dotyczącej mistrzostw świata. Hasło: drużynówka. Kiedy kilka lat temu Międzynarodowa Unia Kolarska wprowadziła rywalizację o złoty medal dla zespołów zawodowych, najpierw wszyscy przytaknęli i zaczęli bić brawo, a później każdy pukał się w głowę. Bo zakwaterowanie dla zawodników leży w gestii teamów. UCI wypłacała do tej pory jedynie startowe w wysokości… 2 tys. euro. Za tyle to w Norwegii ciężko jest kupić w markecie rower miejski. Sama wyprawa do kraju fiordów kosztuje poszczególne ekipy nawet 40 tys. euro. Są więc 38 tysięcy w plecy – mimo prestiżu i ewentualnego miejsca na mistrzowskim podium. Dlatego też, jak co roku, niektóre drużyny chciały zbojkotować wyścig. Chciały – wcale nie oznacza, że zbojkotują.

Kontynuując tematykę cyferek. Wiecie, ile Unia zdecydowała się przeznaczyć łącznie na nagrody? 250 tys. euro. Paradoksalnie najwięcej może zarobić… złota drużyna (ponad 33 tys. do podziału). Najlepszy i najlepsza w elicie będą się cieszyli z ponad siedmiu tysięcy euro. Chwila, chwila, ile PSG dało za Neymara? Prawie tyle samo. Milionów. Kolarstwo to oczywiście nie piłka nożna, dobrze się stało, że apanaże wśród szosowców poszły w górę, ale żeby premiować tylko pierwszą trójkę? Samych medalistów?

Finanse finansami, a trasa trasą. Zanim jeszcze opublikowano oficjalny „rozkład jazdy”, większość była zgodna. To będą emocjonujące i niełatwe mistrzostwa świata. Pierwsze, co przychodziło na myśl, mając na uwadze choćby Tour of Norway: podjazdy. Pofałdowany teren w niczym nie przypominający ścigania w piaskach Kataru. A jednak nie. Co prawda nie będzie płasko, ale też nie super ciężko. Grzebieniowaty profil w najwyższym punkcie nie przekroczy 200 m n.p.m.

„Jestem rozczarowany trasą. Na rundzie wspólnego jest tylko jeden podjazd, który podobny jest nieco do Tiegembergu. Norwegowie ułożyli wyścig pod swojego zawodnika”

– skarżył się mistrz olimpijski z Rio de Janeiro Greg van Avermaet.

Tym „ichniejszym” zawodnikiem jest naturalnie Alexander Kristoff. Rasowy sprinter, który bez większych kłopotów pokona również mniejsze ścianki. Czyli dokładne te, które czekają na peleton wokół Bergen.

Zanim jednak wystartuje elita, mistrzostwa rozpoczną się drużynową czasówką (42,5 km). Droga z Ravnanger do Bergen kryje w zanadrzu cztery ciekawe elementy. Element number one: przejazd przez most Askøy. Element number two: krótką wspinaczkę w Loddefjord. Element number three: najdłuższy podjazd Birkelundsbakken. Element number four, ten najbardziej telewizyjny, ponieważ serwujący fajowe obrazki: finałowa faza prowadząca kolorowymi ulicami Bryggen z ponad półkilometrowym pasażem po kostce.

W TTT pojawią się Polacy. Będzie ich sześciu. Czterech biało-czerwonych w barwach CCC Sprandi Polkowice (Łukasz Owsian, Maciej Paterski, Mateusz Taciak, Marcin Białobłocki), Maciej Bodnar w koszulce Bora-hansgrohe oraz Michał Kwiatkowski w Sky. „Kwiatek” zgromadził już na swoim koncie wszystkie możliwe medale w drużynówce od złota w 2013, poprzez brąz w 2014 i kończąc na srebrze w 2015 roku. W tym sezonie brytyjska stajnia zaliczana jest, obok BMC Racing, do głównych faworytów zawodów.

Jazda na czas w wersji solo zapowiada się ciekawie we wszystkich kategoriach. A. orlicy będą musieli pokonać dłuższą trasę niż ich starsi koledzy (37,2 km vs. 31 km). B. wszyscy, oprócz elity mężczyzn, będą kręcić na pętli ze startą i metą w centrum Bergen, na której znajdzie się prawie półtorakilometrowy podjazd Birkelundsbakken z maksymalnym nachyleniem dochodzącym do 16%. C. faceci będą finiszować… pod górę. 3,4 kilometrowa hopka na Mount Floyen, na który po szynach kursuje turystyczna kolejka, może się pochwalić średnim nachyleniem ok. 9% oraz niezbyt szeroką drogą. Właśnie na tym podjeździe rower zamierza wymienić zwycięzca Giro d’Italia Tom Dumoulin. Holender należy do ścisłego grona pretendentów obok będącego na fali po dublecie w Tour de France i Vuelta a España Chrisa Froome’a, Primoža Rogliča, Wasilija Kirijenki. My trzymamy kciuki za Macieja Bodnara – „pogromcę z Marsylii”. Wśród kobiet największe szanse mają Anna van der Bergen, przepraszamy – van der Breggen – oraz Annemiek van Vleuten.

A jak na każdym czempionacie bywa, wisienką na torcie jest wspólny. W tym jednak przypadku do czynienia mamy o wiele bardziej z wisienką na torciku. 19-kilometrowa runda z i do Festplassen, czyli samego czerwono-niebieskiego serca Bergen, nie powala pod względem technicznych trudności. Z reguły będzie płasko, wyłączywszy wspomniany przez van Avermaeta tzw. łososiowy podjazd Mount Ulriken (śr. 6,5%), z którego roztacza się cudowny widok na okolicę. Stamtąd trasa wiedzie w dół i tak znowu.

Mężczyźni do boju, podobnie jak juniorzy, wyruszą z północy, z miejscowości Rong, skąd udadzą się praktycznie wzdłuż fiordów przez Agotnes i Straume w kierunku Bergen, by wjechać następnie na pierwsze z jedenastu okrążeń. Kto po tęczę? Kristoff. Peter Sagan, który chce ustrzelić hattricka z rzędu. Być może krajan Kristoffa – Edvald Boasson Hagen. Nie można skreślić Michaela Matthewsa, Philippe Gilberta i naszego „Kwiato”. W jednym zdaniu: będą się liczyć wszyscy szybcy kolarze, którym niestraszne niezbyt uciążliwe podjazdy. Jest ich wielu. Kwiatkowski jest w tym mistrzem. Będzie drugi koszul z logiem UCI po 2014 roku? Do pomocy będzie miał Bodiego, Michała Gołasia, Pawła Poljańskiego, „Paterę” oraz Łukasza Wiśniowskiego. Sztab, choć ostatnio we Vuelcie szalał Tomasz Marczyński, postanowił nie nominować krakusa do kadry.

W kolumnie feminine każde inne zwycięstwo niż dominatorki van der Breggen będzie niespodzianką przez duże N. Polki wystąpią w składzie: Katarzyna Niewiadoma, Gienia Bujak, Gosia Jasińska, Marta Lach, Aurela Nerlo, Ania Plichta i Ewelina Szybiak. Że nasze będą walczyć i atakować – wiadomo. Kasia z pewnością spróbuje poszarpać na podjazdach, Gienia z kolei skoncentruje się na końcówce, a Gosia oraz jej koleżanki pójdą w odjazdach. Recepta na osiągnięcie sukcesu – i wśród zawodniczek, i zawodników – jest taka sama: praca drużynowa. Że potrafimy, że umiemy, pokazaliśmy już Ponferradzie, gdy Kwiatkowski poszarżował prosto do mety. Nie mielibyśmy nic przeciwko powtórce. W chłodnej, ślicznej Skandynawii.

90. Szosowe Mistrzostwa Świata – Bergen (17-24 września)
* drużynowa jazda na czas
kobiety/mężczyźni: 42,5 km

* indywidualna jazda na czas
juniorki: 16,1 km
U23: 37,2 km
elita kobiet/juniorzy: 21,1 km
elita mężczyzn: 31 km

* wyścig ze startu wspólnego
juniorki: 76,4 km (cztery okrążenia)
U23: 191 km (10 okrążeń)
juniorzy: 133,8 km (dojazd plus cztery okrążenia)
elita kobiet: 152,8 km (osiem okrążeń)
elita mężczyzn: 267,5 km (dojazd plus jedenaście okrążeń)