Dwanaście godzin dziennie

Karolina Maciejewska, trzecia zawodniczka The Transcontinental Race 2018, dystans 4011 km z przewyższeniem 59000 m pokonała w 14 dni i 20 godzin. To był jej pierwszy start w tym wyścigu. I kto wie, może kiedyś ponownie weźmie w nim udział. Jak sama mówi: „Jeśli nawet, to po to, by wygrać”.

To może od początku – jak przygotowywałaś się do The Transcontinental Race? Jak długo trwały przygotowania i co musiałaś w nich uwzględnić?
Często zaglądałam na forum TCR na Facebooku w poszukiwaniu odpowiedzi na najróżniejsze pytania. To prawdziwa kopalnia wiedzy! A same przygotowania fizyczne, pod okiem Bartosza Huzarskiego, rozpoczęłam na początku roku, kiedy ostatecznie podjęłam decyzję o udziale w TCR. Wiedziałam, że pierwsze trzy miesiące roku spędzę w zimnej Rosji. Dlatego do treningów włączyliśmy siłownię, dużo ćwiczeń core stability i niewiele pedałowania na trenażerze. Kiedy wróciłam do Rzymu, gdzie mieszkam na co dzień, rozpoczęliśmy budowanie bazy. Stopniowo dochodziłam do 25 godzin roweru tygodniowo. Jednocześnie musiałam się przyzwyczaić do jazdy z sakwami i zrobić z mojego wyścigowego roweru maszynę długodystansową. Nie było mowy o zamianie roweru na inny, bo nie zmienia się tego, co działa dobrze.

Skoro mowa o rowerze – jechałaś bez lemondki…
…i byłam chyba jedną z nielicznych osób, które bez niej jechały. Ale sądzę, że nabawiłabym się kontuzji, jadąc z przystawką na kierownicę.

Wróćmy do przygotowań. Nie chodzi tylko o fizyczną zaprawę?
Planowałam zakończyć wyścig w 20 dni, to miały być moje wakacje, jedyne w tym roku. Postanowiłam więc spać w hotelach i dobrze się odżywiać. Żadnych fast foodów, coca-coli, czekoladek… Ale finansowanie z własnej kieszeni takiego przedsięwzięcia jest kosztowne, więc wymagało ode mnie jeszcze większego zaangażowania w pracę. W połączeniu z treningami… Powiem ci, że ten okres przygotowań był chyba bardziej męczący niż sam wyścig! Miałam jednak wsparcie mojego lokalnego, rzymskiego sklepu BCT, który skompletował dla mnie zarówno sakwy, jak i części rowerowe, serwisował mi rower i przede przede wszystkim wszyscy tam zatrudnieni zawsze służyli mi wsparciem mentalnym.

Co składało się na twój ekwipunek i czy wszystko z tego okazało się niezbędne?
Miałam minimalistyczny ekwipunek. Na oficjalnym przeglądzie technicznym przed wyścigiem powiedziano mi, że to jeden z najlżejszych zestawów (rower z sakwami ważył 11,5 kg). Spakowałam dwa zestawy koszulka plus spodenki, nogawki, rękawki, bezrękawnik, kurteczkę przeciwwiatrową, dwie pary rękawiczek (nie używałam, bo bardziej mi podrażniały i kaleczyły skórę niż jazda bez rękawiczek), trzy pary skarpetek, a dwie dokupiłam po drodze, kiedy wyprane nie chciały wyschnąć, mały śpiwór (wielkości pięści, na wszelki wypadek). Do tego mydło do prania w płynie, maść przeciwzapalna na mięśnie, szczotka do włosów (której użyłam może raz), pięć kabli USB do ładowania urządzeń, ładowarka do Di2, krem do pośladków, krem z filtrem przeciwsłonecznym – „pięćdziesiątka” – oraz miniatury szczoteczki i pasty do zębów, chusteczek, płynu do szkieł kontaktowych. Miałam też lampkę czołówkę, lampę tylną, jeden bidon (o który mnie wszyscy pytali, dziwiąc się, że tylko jeden – ale nie lubię pić „zupy z plastiku”, wolę zatrzymać się, wypić butelkę Gatorade czy Powerade, drugą wlać do bidonu i pić zawsze świeże), paszport, dokumenty, karty płatnicze, Wahoo, komórkę, powerbank 10000, spodenki jeansowe i koszulkę, dwa staniki. Okazało się, że i niczego mi nie brakowało, i wszystkiego (no, może poza szczotką do włosów) użyłam. Nawet super lekkie buty, takie wsuwane, przydały się, kiedy pod parcours #4 wszyscy wchodziliśmy i schodziliśmy z rowerami. Założyłam je, żeby nie uszkodzić bloków.

Te przygotowania przyniosły skutek. Ale to chyba bardzo trudne, kiedy jedzie się pierwszy raz? Czy nie jest tak, że wiele kwestii i tak wychodzi dopiero w trasie?
Na pewno każdy sam musi sobie ustalić, jak się przygotować, co uwzględnić, nad czym pracować… Można spędzić setki godziny na treningach, na przygotowywaniu trasy, sprzętu, ale 4000 km to naprawdę dużo. Nie wszystko jesteś w stanie przewidzieć. Poza tym każdy ma jeszcze prywatne życie, w którym ma zobowiązania. Trzeba to wszystko jakoś pogodzić. Wierzę jednak, że każdy z uczestników przygotowywał się do wyścigu najlepiej jak mógł.

Czy teraz, już z perspektywy mety, zmieniłabyś coś w swoich przygotowaniach?
Absolutnie niczego bym nie zmieniła. Mam super trenera, super rower i dużo energii. A teraz – już z perspektywy ukończenia TCR – wiem, że może trochę w ciemno, ale przygotowałam się bardzo dobrze do całkowicie nieznanego mi wyzwania.

Co było dla ciebie na trasie największym zaskoczeniem – pozytywnym lub negatywnym?
Pozytywnym była życzliwość każdego spotkanego człowieka. W całej Europie każdy, kogo spotkałam, gotów był pomóc, coś ułatwić, służyć radą. Każdego dnia doświadczałam ogromnej dawki ludzkiej życzliwości, czy to w hotelach, restauracjach, czy na drogach. Często mnie pozdrawiano, machano do mnie, zachęcano okrzykami do jazdy. W każdym kraju! Mam jeszcze taką refleksję, pośrednio związaną z tym wyścigiem, że początkowo jechałam przez państwa, w których, przekraczając granicę, nie musiałam wyciągać paszportu. I dopiero kiedy dojechałam do Czarnogóry i dalej, do Bośni i Hercegowiny… Wtedy człowiek widzi, jak bez sensu są granice czasami. Europę można przejechać na przestrzał i nawet człowiek nie zauważy, że jest w innym kraju.

Przez które z tych państw jechało ci się dobrze, a które okazały się niezbyt przyjazne kolarzom?
Chyba najsympatyczniej jechało się przez Chorwację i Czarnogórę. Szerokie drogi w bardzo dobrym stanie, mały ruch, piękne widoki. Boczne drogi w Austrii też mają swój urok. Najgorzej było na Węgrzech, gdzie co 500 metrów trzeba było zjeżdżać na ścieżki rowerowe, które nie nadawały się nawet na chodniki, co dopiero na drogi dla rowerów. Później znów był powrót na ruchliwą, dziką drogę, by za parę metrów wskakiwać na „ścieżkę”…

Co w tym wyścigu okazało się dla ciebie największą trudnością, kłopotem, problemem?
Tak naprawdę trzeba było być cały czas skupionym na jeździe. Na myśleniu o wszystkim, planowaniu postojów tak, aby tracić jak najmniej czasu (czyli picie, jedzenie i inne potrzeby jednocześnie). Na śledzeniu trasy i tym, by z jednej strony przewidzieć ewentualne problemy, a z drugiej – elastycznie zareagować na niespodziewanie zdarzenia (objazdy dróg, zbyt ruchliwa trasa, zła nawierzchnia lub jej brak). A jednocześnie trzeba było myśleć o tym, że jest się przecież uczestnikiem ruchu i że bezpieczeństwo jest najważniejsze. Pierwsze trzy dni spędziłam na usystematyzowaniu tych aspektów. To kosztowało mnie dużo energii, bo przecież nie miałam wcześniej żadnego doświadczenia w wielodniowych wyścigach.

Które z obaw, jakie ewentualnie miałaś przed startem, nie potwierdziły się, a co, czego wcześniej nie przewidziałaś, wynikło po drodze?
Najbardziej obawiałam się o swoje zdrowie, ale całe szczęście nic mi się nie przytrafiło. Parę razy było blisko, a jednak dojechałam do mety bez jednego zadrapania. Problemy z rowerem trudno przewidzieć, choć są nieuniknione. Nigdy nie wiadomo, co się zdarzy. W Czechach, w Brnie złamała się szprycha, ale w odwiedzonym serwisie nie zdołali jej naprawić. Jechałam więc do Wiednia na remont… To tylko 150 km!

A co sprawiało ci największą radość, wprawiało cię w dobry nastrój?
Największą radość sprawiało mi pokonywanie kilometrów i obserwowanie zmieniającej się architektury, a później natury… Zapierające dech w piersi widoki, piękny podjazd i jeszcze szybszy zjazd. Obserwowanie jak toczy się życie, kiedy ty akurat przejeżdżasz obok. Albo scenki z życia ludzi, z którymi przez mgnienie połączyła cię twoja trasa

Nie było dla ciebie problemem bycie samą, z własnymi myślami przez kilkaset kilometrów dziennie? W jaki sposób sobie z tym radziłaś? Byłaś w kontakcie z bliskimi? Co cię niosło?
Nie miałam problemu z byciem samą. Nawet mi się to podobało. A poza tym, jakkolwiek pewnie śmiesznie to zabrzmi, nie miałam zbyt wiele czasu na kontakt z bliskimi. Jakieś wiadomości na postoju czy telefon wieczorem. Generalnie rodzina i znajomi zostali dot-watcherami i śledzili mnie na trasie, znali moje położenie w każdej minucie. Wiedzieli, że wszystko jest ze mną w porządku, bo jadę, albo że się zatrzymałam, a jeśli tak, to gdzie. Tak naprawdę nie potrzebowałam więc nikogo o tym informować. Od samego rana do wieczora, jako kropka, byłam na tabletach, komórkach i telefonach moich najbliższych. To mi w zupełności wystarczało.

Jak twój organizm reagował na takie obciążenia? Czułaś, że jesteś pod względem fizycznym dobrze przygotowana?
Czułam się super, ale pierwsze trzy dni i tak chyba były szokiem dla organizmu. Wyraźnie zatrzymywał wodę, więc byłam spuchnięta, szczególnie ręce źle wyglądały. Miałam popękane do krwi usta, siniaki na dłoniach… Ale przy tym nogi były super mocne i z każdym dniem czułam się silniejsza. W efekcie wszystkie negatywne objawy ustąpiły po tygodniu i mogłam cieszyć się pedałowaniem od świtu do zmroku. Nasze organizmy są wspaniałe. Jeśli je traktujemy z szacunkiem, drzemią w nich ogromne pokłady mocy.

W jaki sposób zorganizowałaś sobie dzień?
Pedałowania na czysto było jakieś 12-13 godzin dziennie. Z przystankami każdego dnia byłam na trasie przez 15-17 godzin. Spałam po 4-5 godzin, ale zdarzało się, że i 7. Ruszałam o 5-6 rano, starałam się przedtem zjeść dobre śniadanie i później na jedzenie zatrzymywałam się po 4 godzinach. Przerwa na obiad, najlepiej makaron, wypadała gdzieś o 13. Niestety temperatury stale oscylowały w okolicach 35-39 stopni Celsjusza, trzeba więc było się często zatrzymywać na uzupełnianie płynów. Piłam izotoniki, wystrzegałam się słodkich napojów z uwagi na skoki cukru, po których od razu byłam znów głodna i bez sił. O 18 robiłam jeszcze jedną przerwę – na drugi obiad. Szukałam wtedy noclegu i jeszcze do 22-23 jechałam. Jeśli była taka możliwość, jadłam jeszcze kolację. Najchętniej makaron, ryż. Później meldowałam się w hotelu. Pierwszą rzeczą po wejściu do pokoju było podłączenie wszystkich urządzeń do ładowania. Drugą – pranie ciuchów, a trzecią – prysznic (zimny na nogi). Potem maści, kremy, różne suplementy, trochę social mediów i kładłam się spać z nogami do góry. I tak codziennie. Życie prosa, którego masują, transportują do hotelu, piorą mu rzeczy jest chyba jednak trochę łatwiejsze!

Czy nastawiałaś się od początku na walkę w klasyfikacji generalnej, czy raczej chciałaś po prostu zmierzyć się z tak potężnym dystansem?
Najważniejsze, co chciałam dzięki TCR zrobić, to zobaczyć jak zmienia się Europa – poznać różnorodność jej kultur, ludzi, jedzenia… To wydawało mi się najważniejszym i najbardziej interesującym aspektem wyścigu. Chciałam wprawdzie ukończyć go w limicie 15 dni, ale dawałam sobie na to 20. Jednak po paru dniach okazało się, że balansuję między 2 a 3 miejscem wśród kobiet. I naprawdę uczestniczę w wyścigu! Włączyłam się do niego, choć bardzo ostrożnie. Bałam się kryzysu fizycznego, nie byłam też gotowa rezygnować z hotelu, prysznica, dobrego jedzenia, bo uważam to za podstawę odnowy po ciężkim dniu. Dlatego długo o drugie miejsce walka rozgrywała się w nocy. Kiedy ja szłam spać, rywalka mnie wyprzedzała. W ciągu dnia ja z kolei nadrabiałam dystans do niej i ją wyprzedzałam, jadąc zdecydowanie szybciej. Kolejnej nocy sytuacja się powtarzała. Ja pedałowałam 12 godzin dziennie, ona 16, ale wolniej. Jej taktyka wzięła górę. W którymś momencie zdecydowała się jechać nawet 20 godzin. Ale ja nie byłam gotowa zrezygnować z noclegu w łóżku z obawy o swoją formę.

Wspomniałaś przed startem, że jesteś bardzo uporządkowaną osobą, lubisz mieć kontrolę nad tym, co cię dotyczy. Tymczasem w TCR musiałaś mierzyć się z nieprzewidywalnym, rzeczami, zdarzeniami, wydarzeniami nie zawsze poddającymi się kontroli. 
Tak, nieprzewidywalność w trakcie tych dni była najtrudniejsza do zniesienia. Wprowadzała największy dyskomfort. Ale z drugiej strony, bez tych przygód The Transcontinental Race byłby tylko dwunastoma godzinami pedałowania dziennie. Przygody i 4000 km nieznanego to jednocześnie najsłabszy i najmocniejszy punkt tego wyścigu. Przykładowo, kiedy ostatnich 40 km, jakie na dany dzień zaplanowałam, miały kończyć się 8-kilometrowym podjazdem, a później szybkim zjazdem do hotelu. Na zjeździe zastałam remont drogi, więc zjeżdżałam wolniej niż pokonywałam podjazd, do tego w zimnie, wilgoci i mgle. Godzinę dłużej niż planowałam! Właściciel hotelu mimo wszystko na mnie poczekał i jeszcze uraczył mnie kieliszkiem białego wina, ale kuchnia była już zamknięta, więc zasypiałam z pustym żołądkiem. A co do przygód i nieprzewidywalności, jeden z faworytów do podium złapał osiem gum! W końcu skończyły mu się nawet łatki. Z kolei ktoś inny kupił nowy rower, kiedy jego mu się zepsuł, i cały osprzęt przenieśli mu na tę nową maszynę. Wiele takich historii słyszałam na mecie, niektóre brzmią naprawdę absurdalnie…

Co podpowiedziałabyś komuś, kto chciałby się zmierzyć z TCR?
Powiedziałabym: „Zmierz się! Warto dać z siebie wszystko, warto mieć satysfakcję z przejechania całej Europy siłą swoich nóg, zmierzyć się z przepięknymi podjazdami, spotkać równie szalonych i głodnych przygód ludzi. I przygotuj się najlepiej jak możesz”. Można być najlepiej przygotowanym i mieć pecha (tak jak trzeci na mecie Björn Lenhard, który rozciął „tublessa” i musiał wchodzić z rowerem na piechotę pod Przełęcz Karkonoską). Jeśli się jednak nie przygotujesz, trasa TCR ci tego nie wybaczy. W każdym razie, każdemu, kto by mnie o to pytał, powiedziałabym, że jeśli kocha jazdę rowerem, to warto poświęcić czas na przygotowania i przeżyć kolarską przygodę życia.

Chcesz jeszcze kiedyś powtórzyć udział w takim wyzwaniu? Jeśli tak – w jakim wyścigu? Jaki cel sobie stawiasz? I kiedy?
Teraz nie potrafię powiedzieć, czy wrócę do parodniowych wyścigów. Ściganie w gran fondo też ma swój urok i swoją adrenalinę. Na dzisiaj jestem bardzo usatysfakcjonowana swoim udziałem w TCR. Czy kiedyś jeszcze w nim wystartuję? Jeśli wrócę, to tylko, żeby wygrać!

Zdjęcia: Karolina Maciejewska
Rozmawiała: greten