Dolce vita. Sylwester Szmyd o Włoszech

Dziś nikogo nie dziwi, że polscy kolarze wyjeżdżają za granicę szukać możliwości rozwoju, przepustki do najlepszych grup na świecie. Naturalnym kierunkiem są Włochy, kolebka kolarstwa, gdzie w latach 90. Sylwester Szmyd przecierał polskim kolarzom szlaki. – Wtedy nie było internetu, smartfonów, skype’a. Raz w tygodniu jeździłem 5 km na rowerze, żeby z budki telefonicznej porozmawiać z rodzicami – wspomina jeden z najlepszych pomocników na świecie.

Jak zmieniło się włoskie kolarstwo od momentu, w którym zamieszkałeś w Italii w 1998 roku?
Przede wszystkim stało się bardziej międzynarodowe. No i kiedyś kolarstwo we Włoszech opierało się na odczuciach, pasji, intuicji, specyficznym podejściu do zawodników. Dziś króluje nauka, słupki i wykresy. Dzisiaj dyrektor sportowy czy trener więcej czasu spędzają przed komputerem niż z zawodnikiem. Zmienił się także sposób rozgrywania wyścigów, ale to dotyczy całego kolarstwa, nie tylko włoskiego.

Co konkretnie masz na myśli?
Kiedy w 2001, 2002 czy 2003 roku jechałem Giro d’Italia, standardem było, że kiedy przejeżdżaliśmy przez miasteczko, w którym mieszkał któryś z kolarzy i w którym organizowana była strefa kibica, mieliśmy postój. W takiej strefie rozstawione były stoły zastawione ciastkami, lodami, napojami. Degustowaliśmy różne przysmaki, po czym jechaliśmy dalej. Później wyścig się zaczynał i była rywalizacja, ale w peletonie panowała zupełnie inna atmosfera. Obecnie „manetka” jest odkręcona od startu do mety… Zupełnie to do mnie nie przemawia.

Do Włoch wyjechałeś w 1998 roku. Można powiedzieć, że przecierałeś szlaki innym polskim zawodnikom.
Szansa na wyjazd pojawiła się w 1997 roku, miałem wtedy 19 lat. Jeździłem w kadrze i co prawda mieliśmy sporo zgrupowań, ścigaliśmy się w niezłych wyścigach, ale w polskim kolarstwie zaczynało się dziać coraz gorzej. Nie marzyłem o tym, żeby mieszkać we Włoszech, bo nie miałem pojęcia, jak tam może być. Miałem tylko w głowie, że w Polsce nie ma dla mnie przyszłości. Podczas jednego z najcięższych wtedy wyścigów dla młodzieżowców, Giro di Valle d’Aosta, na wszystkich etapach, które kończyły się pod górę, przyjeżdżałem w pierwszej piętnastce. Jeden z dyrektorów sportowych włoskiej ekipy amatorskiej zauważył mnie i zaproponował miejsce w teamie. Wtedy zrozumiałem, że mam całkiem realne szanse na wyjazd. Zacząłem marzyć o ekipie, w której będę miał dwa rowery do dyspozycji, masażystę, mechanika. My w tamtych czasach sami myliśmy sobie rowery. W końcu z pomocą Zenka Jaskuły wyjechałem do Włoch. To był styczeń 1998 roku.

Młody chłopak sam we Włoszech. To musiał być ciężki czas?
Kiedy moja mama się dowiedziała o wyjeździe, była załamana. Byłem wtedy w klasie maturalnej, więc od razu uznała, że nie zdam matury. Do Florencji jechałem 25 godzin autobusem. Później trzy godziny czekałem na przedstawicieli ekipy, którzy mieli mnie odebrać. Trafiłem do drużyny amatorskiej, w której spędziłem trzy lata. Mieszkałem w wynajętym przez ekipę apartamencie z innymi kolarzami. Gotowała nam mama szefa. Warunki były naprawdę dobre, w dodatku dostawałem zwrot kosztów i parę groszy na życie. Mogłem skupić się na treningu, nauce języka i przygotowaniach do matury. Raz w tygodniu 5 kilometrów jeździłem na rowerze do budki telefonicznej, żeby zadzwonić do rodziców. Łatwo nie było, ale miałem wyznaczony cel.

Co było po tych trzech latach?
Inna bajka. Przeszedłem na zawodowstwo. Trafiłem do Tacconi Sport, później były kolejne kontrakty. W Versili, miasteczku w nadmorskiej części Toskanii, wynająłem dom z dużym ogrodem i muszę powiedzieć, że to były najlepsze lata w moim życiu. Po kolejnych startach w Giro d’Italia i innych włoskich wyścigach stałem się rozpoznawalny bardziej we Włoszech niż w Polsce. Zostałem honorowym mieszkańcem miasteczka, byłem zapraszany na kolacje do wielu domów, miałem mnóstwo włoskich znajomych. Wtedy chyba udzieliła mi się włoska mentalność, no i zafascynowałem się włoskim winem.

Wtedy stwierdziłeś, że do Polski nie wrócisz?
Nie wróciłem ze względu na aspekt sportowy. W tamtych czasach myślałem, że wszędzie, ale nie w Polsce. Miałem przeświadczenie, że jak wrócę do kraju, to będzie to koniec mojej sportowej kariery, a miałem wtedy zaledwie 24 lata. Druga sprawa, że na miejscu było zdecydowanie cieplej niż w Polsce, świetne trasy do treningów, bliżej na wyścigi i zdecydowanie mniej spraw, które mogłyby mnie w pracy rozpraszać.

Która z włoskich ekip spośród tych, w których się ścigałeś, najbardziej ci odpowiadała?
Zdecydowanie Liquigas. Do dziś nie wiem, jak szefom tego teamu udało się stworzyć taką niesamowitą atmosferę. Nikt tam nie czuł się gorszy, wszyscy czuli ducha drużyny. To było później widać podczas wyścigów. Zresztą w każdej włoskiej drużynie miałem szczęście trafić na dyrektorów sportowych, którzy rozumieli, że kolarz to nie maszyna, tylko że w tym wszystkim ważna jest też głowa. Potrafili do nas dotrzeć.

Włoska mentalność, włoskie wino, mnóstwo przyjaciół… Ostatecznie jednak wyprowadziłeś się z Włoch.
Wyprowadziłem się. Dzisiaj wydaje mi się, że jednak na Lazurowym Wybrzeżu są lepsze trasy do treningów niż w Toskanii. Inna sprawa, że kiedy siadam na kanapie w salonie, to przez okno widzę Włochy. Raz w tygodniu jeżdżę na włoski ryneczek po zakupy. Często też odwiedzam włoskich przyjaciół. Myślę, że nie umiałbym już żyć bez tego kraju.

Rozmawiała: Aleksandra Szumska
Zdjęcia: Kristof Ramon, Adam Probosz