Czy szosowy Scrapper za 1299 zł to dobry rower na początek?

20180526-IMG_0299

Pytanie nasuwa się samo, gdy widzi się cenę i wyposażenie Scrappera Spego. Bo że rower ten nie zadowoli ambitnego kolarza, to jasne. W tak tanim sprzęcie nie obejdzie się bez radykalnych oszczędności, które wpływają negatywnie na wygodę i efektywność jazdy, a także na łatwość jego obsługi. Każdy więc, kto ma już jakie takie doświadczenie, a przede wszystkim przekonanie, że szosa to jest to, będzie wolał jeździć na rowerze „normalnym”, w którym zastosowano standardowe, a nie rekordowo tanie rozwiązania.

Jednak gdy przyjmiemy perspektywę ostrożnego nowicjusza, który chce się obwąchać z szosą i ten pierwszy zakup potraktować jak sprawdzian, a nie docelową inwestycję, sprawa wygląda inaczej. Bo z takimi rowerami jest jak z zegarkami za 30 zł. Można wygłosić całą litanię zastrzeżeń do ich jakości, klasy, prestiżu, wyglądu itd., a mimo to, dopóki starczy baterii, pokazują przecież właściwą godzinę. Dla niewtajemniczonych to wystaczający powód, by nie wydawać więcej.

Nie wchodźmy więc (choć aż się prosi) w dywagacje na temat wyższości rowerów droższych nad tańszymi. Jest jasne, że im sprzęt jest droższy, tym jest lepszy, a im jest lepszy, tym jest… lepszy. Nie musisz być wyczynowcem, by poczuć różnicę. Rzecz rozbija się wyłącznie pieniądze – inwestowanie w drogi sprzęt na samym początku bywa mało komfortowe.

Mądra zasada mówi: „kupuj najlepszy rower, na jaki cię stać” (co to znaczy, że kogoś na coś stać, to zupełnie inny temat, nie wchodźmy w to, są odpowiednie książki i blogi). Jeśli więc stać cię na rower droższy niż Scrapper, zakończ czytanie w tym miejscu i kup ten droższy. Tylko upewnij się, że pasuje ci geometria i rozmiar, i że poza rowerem kupisz też dobre buty, kask, okulary i komplet ubrań na każdą pogodę – to jest zawsze ważniejsze niż sprzętowe niuanse.

Jeśli natomiast 1299 zł jest górną granicą twoich możliwości finansowych, masz prawo bardzo się rowerem z Go Sport zainteresować. Zanim jednak przyłożysz kartę płatniczą do czytnika, chciałbyś mieć pewność co do jednego – że ten „zegarek” rzeczywiście „pokazuje właściwą godzinę”.

I to właśnie próbowałem ocenić, jeżdżąc na nim przez ostatnie kilka dni. Łącznie jakieś 200 km w urozmaiconym dolnośląskim terenie. Zdobyłem dwa kilkukilometrowe podjazdy, zjechałem z nich spokojnie, ale bezpiecznie, potelepałem się na kostce, a nawet wylądowałem na leśnej kamienistej drodze. I już wiem, co Scrapper adeptowi kolarstwa może dać, a czego nie da mu na pewno. Zacznijmy od minusów.

Co stracisz?

1. Komfort. Według standardów, do jakich przyzwyczaiły nas nowoczesne konstrukcje wyższej klasy, na Scrapperze jedzie się jak na kowadle. Trzepie po tyłku, trzepie po rękach. Obniżenie ciśnienia w oponach nie przynosi istotnych rezultatów. Na pewno pomogłaby sensowna owijka. Siodło jest twarde, dobre do szybkiej jazdy. Jeśli zamierzasz jeździć Scrapperem wolno, nacierpisz się. Więc lepiej jeździj szybko. Tyle, że…

2. Nie obsłużysz dźwigni zrzucającej łańcuch na mniejszą tarczę (z tyłu czy z przodu), jeśli jedziesz w dolnym chwycie. Taki urok Tourney’a, najtańszej grupy osprzętu Shimano – dźwignia jest zbyt wysoko, by do niej dosięgnąć od dołu. No, chyba że masz 15-centymetrowy kciuk. Ale przecież nie masz. Podczas zjazdu albo mocnej zmiany na płaskim musisz za każdym razem przenieść ręce z dolnego chwytu na górny. A na trudniejszych trasach lepiej, żebyś nie puszczał dolnego chwytu. Zdarzy ci się więc pewnie nieraz zrezygnować z dokręcania i zrzucania na twardsze biegi, na rzecz bezpieczeństwa (i słusznie). Czyli jechać wolniej, niżby można było. To rzadko spotykane ograniczenie w przypadku roweru szosowego. Zresztą…

3. Jeśli zechcesz dokręcić na lekko pochyłym zjeździe, albo gdy mocno zawieje w plecy, i tak nie przeskoczysz bariery czterdziestu paru na godzinę, brakuje twardszych przełożeń. Szczerze mówiąc, w większości sytuacji można to przeboleć. Tylko te lekko pochyłe zjazdy – tam naprawdę będziesz czuć, że rower cię spowalnia. Jeśli nie lubisz zbytnio się rozpędzać, pomiń ten punkt.

4. Jeśli zapomnisz zabrać płaskiej piętnastki, w razie gumy z tyłu nie zmienisz dętki – oś jest mocowana nakrętkami. Jak w rowerze, którym twój dziadek woził lucerkę dla królików. Uciążliwe. Jeśli jeździsz sam, po prostu nie zapominaj piętnastki, bo możesz brać za pewnik, że żaden ze spotkanych po drodze kolarzy nie będzie miał takiego klucza, by ci pożyczyć. Jeśli w grupie – przygotuj się na uszczypliwości przy każdej naprawie dokonywanej na oczach kolegów.

5. Jeśli często wnosisz rower po schodach i/lub montujesz go na bagażniku dachowym, za każdym razem, gdy dźwigniesz Scrappera w górę, będziesz głośno przeklinać.

6. Nie będzie ci dane to magiczne uczucie, że rower sam jedzie, że jest taki zwinny, lekki, dynamiczny – uczucie, jakiego zapewne doznałbyś, wsiadając na rower pięciokrotnie droższy.

7. Będziesz mieć rower z ciężkim metalowym widelcem, i żaden upgrade do wyższej klasy przerzutek, czy nawet kół, tego faktu nie zmieni. Bez względu na to, ile „dobra” dołożysz poźniej, twój rower będzie prowadził się gorzej niż konkurencja wyposażona w widelec kompozytowy. Pewnie, że możesz wymienić też widelec, ale to przecież bez sensu.

8. Myślenie na zasadzie „stopniowo go doinwestuję” lepiej sobie darować. Do uwag z p. 6 dochodzi jeszcze sprawa kół – piasta z wolnobiegiem oznacza, że jeśli zechcesz zamontować lepsze przerzutki, najpierw konieczna będzie zmiana kół. Łącznie – spore wydatki. Pewnie, że jest to sposób na rozłożenie kosztów w czasie, ale lepsze już wydaje się kupienie droższego roweru na raty.

9. Korba jest krótka, co przy niektórych proporcjach ciała może przeszkadzać. Mi przeszkadzało.

20180526-IMG_0260
10. Na każdej nierówności przerzutka będzie strasznie hałasować. Taki jej urok. Pocieszające jest to, że ani razu nie spadł mi łańcuch, nawet gdy przejeżdżałem przez wioski na Wzgórzach Niemczańskich.

Co zyskasz?

1. Czterysta złotych, jeśli porównujesz Scrappera Spego do Btwina Tribana 520 (bo przecież porównujesz, prawda?). Albo siedemset, jeśli do Huragana 1 z Rometu. Kupisz sobie za to przyzwoite buty.

2. Przede wszystkim jednak – zyskasz rower! Bez odkładania tysięcy złotych czy zaciągania groźnego długu na rachunku karty kredytowej, po prostu – rower jest gotowy do jazdy. A gdy na niego wsiądziesz okaże się, że można na nim ustawić sensowną pozycję, że ciężar ciała jest poprawnie rozłożony, że manetki działają skutecznie, hamulce pozwalają zahamować, a korby – rozpędzić rower. I że możesz śmiało pyknąć stówkę z przyzwoitą średnią.

I to jest właśnie ten moment ogłoszenia „werdyktu”. Mimo długiej listy wymienionych wcześniej uciążliwości jechało mi się na Scrapperze… dobrze. Szczerze mówiąc, najczęściej zapominałem, na czym jadę, zajmowało mnie bardziej nawigowanie, oglądanie widoków, słuchanie książki w słuchawce i trzymanie tempa, gdy sobie trochę przyspieszyłem. Czyli jak na każdym innym rowerze i jak na każdej innej spokojnej przejażdżce. Oba wyjazdy wspominam bardzo dobrze (Przedgórze Sudeckie pod koniec maja to coś pięknego). Bruki pomińmy milczeniem. Słowem, Scrapper „pokazywał godzinę”, spełniał swoją podstawową funkcję. I nic więcej – ale przecież nikt tu niczego więcej nie obiecywał.

Jak to podsumować? Jeśli chcesz od razu wskoczyć na odpowiednio wysoki poziom wtajemniczenia, poczuć tę ostrość, precyzję, z jaką wyczynowy sprzęt szosowy się kojarzy, nie kupuj Scrappera, bo się rozczarujesz. Bo w porównaniu do droższych rowerów jest bardziej mulasty, cięższy i nie tłumi drgań. A jeśli chcesz tym zakupem dać wyraz swojemu poczuciu smaku, zamiłowaniu do jakości, nie kupuj go tym bardziej, bo snobistyczne rowerowe towarzystwo nigdy nie zaakceptuje płaskiej piętnastki wystającej ci z kieszonki.

Ale jeśli masz to wszystko gdzieś, a po prostu lubisz pojeździć po okolicy, innymi słowy: chcesz tylko wiedzieć „która jest godzina”, a wydawanie więcej niż 1299 zł na taki szosowy eksperyment wydaje ci się przesadą, kupując Scrappera nie popełnisz błędu. Przejedziesz na nim swój pierwszy sezon, poćwiczysz technikę, wzmocnisz ciało i niewielkim kosztem zapewnisz sobie możliwść stwierdzenia, czy kolarstwo szosowe jest dla ciebie. Jeśli tak, sprzedasz Scrappera za parę stów i zainwestujesz w coś z wyższej półki. Jeśli nie, też go sprzedasz. I zapomnisz.

Cena: 1299 zł
www.go-sport.pl

Tekst i zdjęcia: Borys Aleksy

20180526-IMG_0313