Corrida na rowerach

Vuelta jest piękna. Taka nieokiełznana, pełna niespodzianek i górskich eskapad. Vuelta jest piękna, chociaż to najmłodsza z grandtourowych sióstr, która przez lata odgrywała w koncercie wielkich trzecie skrzypce. Vuelta była wyścigiem dla Hiszpanów. Ale nie dzisiaj. Trzytygodniówka na Półwyspie Iberyjskim jest po prostu pełnym emocji wyścigiem. Wyścigiem, którego nie da się nie lubić.

Tekst: Wolfgang Brylla
Zdjęcia: La Vuelta

Emocje, jak to z nimi bywa, mogą być różnej natury. W pierwszej kolejności mamy na myśli emocje wymiaru sportowego, a tych wiadomo na trasie Vuelty nie powinno zabraknąć. Druga kategoria emocji to te, związane ze skandalami. Konkretnie ze skandalami dopingowymi. Spójrzcie sobie na listę zwycięzców z dziesięciu ostatnich lat, a zrozumiecie. Mienszow – doper, Contador – zbanowany, Cobo – koksowy gigant, Horner – coś tam miał kiedyś z kortyzolem. Dziwnym trafem impreza zawsze przyciągała kolarzy z ciągotkami do zakazanego wspomagania. Ale pal licho. Widocznie hardcore’owy wspinaczkowy program wymagał hardcore’owo przygotowanych fizycznie organizmów. Choć Vuelta a España w dalszym ciągu jest mekką dla górali, ogólny krajobraz, tak się przynajmniej wydaje, zmienił się.

Lecz nie o dopingu rzecz ta być miała, a o 72. edycji Vuelty, tej fantastycznej corridy na rowerach w zapierających dech w piersiach landszaftach m.in. Pirenejów, gdzie nieraz może polać się krew. Zanim jednak przejdziemy do meritum sprawy, poświęćmy kilka słów człowiekowi, dla którego tegoroczna odsłona będzie ostatnim startem w zawodowej karierze. Wspomniany Alberto Contador wiesza kolarskie buty na kołku. „El Pistolero”, trzykrotny triumfator Vuelty, jedna z największych gwiazd światowego peletonu ostatniej dekady, zawodnik, który się nigdy nie poddawał i nawet wówczas, gdy jego szanse były równe zeru, atakował, żegna się z kolarskim cyrkiem. 35-latek, kiedy był w formie, był kwintesencją potęgi, starego, klasycznego ścigania znanego naszym ojcom oraz dziadkom. I teraz „Księgowy” odchodzi, a wraz z nim – pewna epoka.

Czy Contador pokusi się o swoje czwarte zwycięstwo w rodzimej imprezie? Wystąpi z jedynką na plecach. W ten sposób organizator Unipublic postanowił uhonorować Alberto. Konkurencja jest jednak spora, bo do Hiszpanii jadą ci, którzy mają sobie coś do udowodnienia po porażkach w Giro d’Italia czy Tour de France. Bądź ci, którzy chcą w końcu po raz pierwszy stanąć na najwyższym stopniu podium w Madrycie.

Ujrzymy więc we francuskim Nîmes, gdzie tym razem Vuelta rozpocznie się prawie 14-kilometrową drużynową jazdą na czas, i Chrisa Froome’a, jego pomocnika Mikela Nieva, Tejaya van Garderena, piekielnie mocne trio z teamu Orica – Johana Estebana Chavesa oraz braci Yates, Daniela Moreno, Warrena Barguila, Romaina Bardeta, Domenico Pozzovivo, Stevena Kruijswijka, Louisa Meintjesa, Fabio Aru, Daniela Navarro, „Rekina z Mesyny”, czy w końcu naszego Rafała Majkę. Grono wybitne i to tylko fragmencik peletonu. Z dzikimi kartami wystartują francuski Cofidis, hiszpańska Caja Rural, irlandzki Aqua Blue Sport oraz kolumbijska ekipa Manzana Postobon. Na liście wśród Polaków, oprócz „Zgreda”, są jeszcze Paweł Poljański, Przemysław Niemiec i Tomasz Marczyński.
Nie zobaczymy obrońcy tytułu Nairo Quintany oraz jego drużynowego kolegi Alejandro Valverde, który na samym początku lipcowego Touru zaliczył paskudny wypadek. À propos Francji: aż siedmiu zawodników z dychy Grand Boucle weźmie udział we Vuelcie!

Gdy w styczniu zaprezentowano trasę, prawie wszyscy niczym jeden mąż twierdzili, że rozkład jazdy preferuje – a to ci nowość… – górali z prawdziwego zdarzenia. Dziewięć finiszy pod górę mówi samo za siebie: Hiszpanie nie znają „zmiłuj się”. Aby nieco zbalansować proporcję między pokonywaniem kolejnych kilometrów przewyższeń a kręceniem po płaskim, szefostwo wyścigu wprowadziło również 40-kilometrową jazdę na czas do Logrono. Łącznie peleton będzie musiał połknąć nieco ponad 3300 kilometrów rozdzielonych między północną i południową część słonecznej Hiszpanii. Po przekroczeniu granicy kolumna obierze kierunek na Andorę oraz Katalonię, potem pora na Andaluzję oraz Asturię.

Górale do głosu powinni dojść już na etapie trzecim, prowadzącym przez Coll de la Rabassa oraz Alto de la Comella. Końcówka co prawda po zjeździe, lecz do mety dojechać powinna mała grupka szosowców, którzy dali sobie radę na ściankach. Następne odcinki to mieszanka płaskiego i pagórkowatego, czyli albo o zwycięstwie przesądzi sprint z wielkiej grupy, albo mini-sprint z małej grupki uciekinierów, którym „terenowy” charakter etapów powinny leżeć. W pierwszym tygodniu zmagań (8. etap) trzeba będzie się jeszcze zameldować na „hiszpańskim Gliczarowie”, jeśli tak można z przymrużeniem oka nazwać Xorret de Cati dochodzący do 22% nachylenia.

Maturę ze wspinaczki na wysokości trzeba będzie zdać w drodze na Calar Alto, gdzie mieści się obserwatorium astronomiczne, wcześniej czeka na kolarzy Velefique, które też do łatwych nie należy. Po trzech dniach kolejny test na Sierra de la Pandera, wracający do rodziny podjazdów wyścigu. Czasu na odpoczynek nie będzie, bowiem nazajutrz hopki przez wielkie H: Alto del Purche oraz tzw. dach Vuelty – Alto Hoya de la Mora w Sierra Nevada (2510 m n.p.m.).

Drugi dzień przerwy przyda się chyba każdemu, tym bardziej że na 17. etapie, jak mur, przed zawodnikami wyrośnie krótki, bo krótki, ale za to piekielnie stromy Collado de la Espina z maksymalnym nachyleniem niemal… 30%! Słownie: trzydzieści procent. Niewykluczone, że będziemy obserwować co niektórych zeskakujących z siodełka. Po dwóch odcinkach przejściowych w Asturii, trzy wspinaczki: Alto del Cobertoria, Alto del Cordal i ten słynny, znany, na który wszyscy czekamy z wielką niecierpliwością – Alto de l’Angliru. Angliru to kult, pomimo tego że na mapce pojawił się dopiero osiemnaście lat temu.

A na sam koniec etap przyjaźni do Madrytu. Powinno już być pozamiatane, a z triumfu w generalce powinien cieszyć się… Nie napiszemy, ponieważ nie wiemy. W Giro można mieć 70% pewności, kto zdominuje wyścig, w Tourze nawet 90%, lecz we Vuelcie nic nie jest pewne. No, może jedno: będzie niesamowicie ciekawie. Vuelta jest piękna. Vuelta es hermosa.

Trasa 72. Vuelta a España (19 sierpnia – 10 września):
1. etap: Nîmes (TTT, 13,7 km)
2. etap: Nîmes – Gruissan (203,4 km)
3. etap: Prades Conflent Canigo – Andora la Vella (158,5 km)
4. etap: Escaldes-Engordany – Tarragona (198,2 km)
5. etap: Benicassim – Alcossebre (175,7 km)
6. etap: Vila-Real – Sagunt (204,4 km)
7. etap: Lliria – Cuenca (207 km)
8. etap: Hellin – Xorret de Catí (199,5 km)
9. etap: Orihuela – Cumbre del Sol (174 km)
10. etap: Caravaca – El Pozo Alimentacion (164,8 km)
11. etap: Lorca – Observatorio Astronómico de Calar Alto (187,5 km)
12. etap: Motril – Antequera (161 km)
13. etap: Coin – Tomares (198,4 km)
14. etap: Ecija – Sierra de La Pandera (175 km)
15. etap: Alcala la Real – Alto Hoya de la Mora (129,4 km)
16. etap: Circuto de Navarra – Logrono (ITT, 40,2 km)
17. etap: Villadiego – Los Machucos (180,5 km)
18. etap: Suances – Santo Toribio de Liébana (169 km)
19. etap: Caso – Gijon (149,7 km)
20. etap: Corvera de Asturias – Alto de l’Angliru (117,5 km)
21. etap: Arroyomolinos – Madryt (117,6 km)